piątek, 30 grudnia 2016

Sekret Pamięci - Rozdział 3

Rozdział III

Akcja-reakcja

Nikt nie zwracał uwagi na bałagan pozostawiony przez gnomy. Każdy myślał tylko o całej sytuacji.
- Co tu się właściwie stało? - jako pierwszy przerwał ciszę Stanek, opuszczając powoli miotłę, jakby ocknął się z letargu. Rozejrzał się, mając nadzieję, że jego brat za chwilę wyskoczy zza rogu i wrzaśnie: „Niespodzianka! Ale się nabraliście frajerzy!” - Ford, nie baw się w te swoje gierki – powiedział z wyrzutem, idąc w kierunku wejścia. Wychylił ostrożnie głowę, wciąż będą w gotowości.
- Dzień dobry panie Pines! - zamiast staruszka pojawił się Soos. - Ładny mamy dzień, prawda?
Stanek chyba raczej tak nie uważał, bo wydał z siebie dziki okrzyk i zamachnął się swoją prowizoryczną bronią. W porę jednak opamiętał się, widząc, że małe istotki nie powróciły, a zamiast nich był menedżer, którego raczej trudno z nimi pomylić.
- Soos, na litość Boską! - odetchnął głęboko. - Aleś sobie moment wybrał. - Oparł miotłę o drewnianą chatę i dodał – No nie ma skubańca! Albo nie ma kompletnego wyczucia w kwestii żartów albo one naprawdę go porwały. - Pokręcił z niedowierzaniem głową, mrucząc pod nosem coś o głupocie swojego brata.
- Coś się stało? - mężczyzna podrapał się po głowie, przy okazji przekrzywiając czerwony fez.
- Wujka Forda porwały krasnoludy! - oznajmiła Mabel, wychodząc z chaty z wojowniczą miną. Poprawiła spodenki i odezwała się – najwyraźniej chcą mieć go jako królową – w tym momencie nie mogła powstrzymać nerwowego chichotu. Wyobraziła sobie, jak najpierw oświadczają mu się, a potem koronują go na władczynię. - Nie wiem, co oni w nim widzą. W końcu najlepsze lata ma już za sobą, a urodą też nie grzeszy.
Dipper, idący zaraz za nią, palnął ją w ramię i przewrócił oczami. Czasami nie rozumiał Mabel. Tak w sumie, nie rozumiał praktycznie wszystkich dziewczyn. To była wyższa sztuka jazdy dla niego, znajdująca się poza zasięgiem młodzieńca. Chociaż... z Wendy się dogadywał, może więc jakaś nadzieja dla niego została? W końcu do tego na szkolnych korytarzach zdarzyło mu się zasłyszeć, że ma w sobie „to coś”.
Jeśli chodziło o jego charakter, to od ostatnich wakacji w Wodogrzmotach wydoroślał; zachowywał się poważniej niż chłopcy w jego wieku, a w dodatku był jednym z najlepszych uczniów w klasie, jeśli nie w szkole. Oczywiście urósł i to znacznie, rysy jego twarzy zrobiły się ostrzejsze, a rozwichrzona czupryna podkreślała oczy i zawadiacki uśmiech. Wśród dość znacznej części dziewczęcej populacji klasy był uważany za przystojnego. Mimo to w jego sercu wciąż panowała niepodzielnie pewna dziewczyna z Wodogrzmotów Małych, a po szkolnych korytarzach wędrował raczej sam (nie licząc oczywiście kolegów).
Mabel również się zmieniła. Przede wszystkim zrezygnowała ze stałego noszenia swetrów; teraz ubierała je tylko okazyjnie. Zamiast spódniczek często wybierała wygodniejsze jeansy z butami na obcasach, jednak zrezygnowała z tego typu obuwia na wakacje. Oczywiście obowiązkowym elementem był delikatny makijaż. Nie miała grupki wiernych adoratorów, jak popularniejsze dziewczyny, a jednak bywała obiektem westchnień.
Dipper rozejrzał się wokół, marszcząc brwi. Kogoś mu tu brakowało. Skoro Wendy miała dzisiaj wolne i z tej okazji zabrała się z Melody na jakieś babskie zakupy, to ktoś inny powinien mieć zmianę za kasą. Pytanie tylko kto?
- Chwila – powiedział cicho, myśląc intensywnie. - Soos, widziałeś tę, jak jej tam... - nie udawał, naprawdę zapomniał imienia nastolatki.
Zapytany przekrzywił głowę, próbując sobie przypomnieć. Potarł palcami podbródek; wciąż wolał gładko się golić, by nie przypominać swojego kuzyna. Nie był jakimś umięśnionym czy postawnym mężczyzną. Tak naprawdę wolał gry niż sport, chociaż ostatnio najważniejsze były obowiązki związane z prowadzeniem chaty. Poprawił jeszcze muszkę.
- Laurę? Stary, nie przypominam sobie – zrobił zaniepokojoną minę. - Może zwinęła manatki i uciekła? - zażartował, nie wyczuwając powagi sytuacji.
Nastolatek nic nie odpowiedział. Nie pomagały nawet szturchnięcia Mabel, czy ukradkowe ciągnięcia za koszulę. Milczał uparcie, łącząc fakty i wyciągając niepokojące wnioski. Przeraziło go to, o czym pomyślał.
- Jeśli mamy odzyskać Forda, powinniśmy ruszać – stwierdziła w końcu szatynka, porzucając próby; stwierdziła, że to na nic. Jej brat był po prostu dziwny i tyle.
- Pójdę z wami miśki – ożywił się Soos, posyłając jednocześnie Stanley'owi spojrzenie w stylu „Niech pan się nie martwi. Przypilnuję ich.”
*~*
Miał wrażenie, że śni. Że jest w jakimś chorej marze; pragnął się wybudzić, wyłaniając się z koszmaru nocy. Zejść na dół, jak każdego dnia. Tymczasem lato już zaczynało być niezwykłe. Dipper wychylił się powoli zza drzewa i zachłysnął się powietrzem, gdy zobaczył krzątaninę gnomów i to, co szykują. Ciężko nawet było to ogarnąć wzrokiem. Przeraził się w duchu i krótkim gestem nakazał przyjaciołom odwrót.
- Za dużo ich – stwierdził, kiedy byli już w bezpiecznej odległości. Rozważał każde za i przeciw, starannie analizując możliwe kroki. Był ostrożny, nie działał pod wpływem chwili, to nie był jego typ charakteru. On musiał wszystko przemyśleć, zupełnie inaczej niż jego siostra.
A ta w tej chwili próbowała dostrzec coś wśród drzew, jakby oczekiwała, że nagle będzie miała rentgenowski wzrok. Stawała na palcach, przy okazji wykonując jakiś dziwny taniec. Soos przyglądał jej się z zaniepokojoną miną, jakby był niepewny, czy z nią wszystko w porządku. W końcu młoda nie wytrzymała tego napięcia.
- Brachu, a może po prostu tam pójdziemy. Wiesz, rozmowa też jest ok – przyskoczyła do niego z proszącym wzrokiem.
- Bars & Melody już całkiem przeżarli ci mózg? - odparował chłopak sykiem. - A w skrócie: pogięło ciebie już zupełnie? Chcesz po prostu z nimi rozmawiać, po tym co odstawili? Nie.
Skrzyżował ręce na piersi, patrząc z ukosa na niższą od niego nastolatkę. Nietęga mina zwiastowała poważną kłótnię, jeśli nie odejdzie od swojego pomysłu. W przeszłości bywało już nieraz, że różnica zdań prowadziła do istnej wojny. I to nie tylko w przenośni, chociaż jeszcze nie zdarzyło się, by mega poważnie na siebie naskakiwali. Nie ich styl po prostu; za bardzo się ze sobą zżyli.
Mabel mierzyła teraz szatyna wzrokiem, który w zamierzeniu miał go spalić na proch. W teorii tylko, bo żadną magią niestety (a może jednak stety?) nie władała, nad czym bardzo ubolewała w tej chwili. Soos biegał spojrzeniem od jednego do drugiego.
- Ej, miśki – wydukał w końcu. - Nie chcę wam przerywać, ale to jednak najlepszy moment nie jest – umilknął i ukradkiem zaczął wskazywać na coś palcem. - Ten tu już od chyba 10 minut słucha rozmowy. Chyba mama mu nie powiedziała, że tak nie wolno.
Nikomu jednak nie było do śmiechu, przez co nie spełniło się pierwotne zamierzenie mężczyzny, by ich rozweselić tym drobnym komentarzem.
- To nie pora Soos – Dipper tracił cierpliwość. - Moja siostra najwyraźniej nie rozumie, jak delikatna jest sprawa.
- Nie, Dipper – w głosie wymienionej słychać było nutki niepokoju. Jej zachowanie momentalnie uległo zmianie, jakby nagle ktoś ją zaczarował. Nagle nie stała już naprzeciw brata, tylko obok, i ciągnęła go za rękaw niebieskiej koszuli. - Zobacz no, przecież nie zmyślalibyśmy! - Nakierowała go w odpowiednią stronę i zapytała – Co to jest?
- To? - wyszczerzył się nastolatek w drapieżnym uśmiechu po chwili milczenia. - To nasza przepustka.
*~*
- Ślepi jesteście?! - wydzierał się Ford, próbując oswobodzić ręce. - Jestem facetem. FA-CE-TEM!
Już ochrypł od przekonywania porywaczy. Wciąż był w szoku po tym, co się stało. Za jego czasów gnomy nie uprowadzały ludzi, ot tak sobie! A już zwłaszcza mężczyzn. To niepokoiło i to bardzo. Jednak staruszek zdawał sobie świetnie sprawę z tego, jak wiele się zmieniło.
- Słuchajcie no – Stanford czuł się dziwnie, mówiąc do gnomów. - Rozumiem, że samotność i te sprawy robią swoje, ale chyba nie mnie potrzebujecie. Jestem tylko starym, nieszczęsnym człowiekiem. Co wam po mnie? Kto wie czy jeszcze dzisiaj nie umrę?
- Och, królowo, akurat to możemy zapewnić – wyszczerzył się przechodzący gnom. - Jak tak na tym zależy? - wzruszył ramionami, wyciągając ostrze zza pasa i podszedł do więźnia, który zaczął się wiercić niespokojnie, próbując się oddalić od źródła zagrożenia. W jego oczach malowały się zaczątki strachu; w końcu każdy obawiałby się o swoje życie.
- Kiedy... kiedy to była tylko metafora!
- Hej, ty tam! - wrzasnął inny ludek, zbliżając się szybkim krokiem. - Oszalałeś? Nie pamiętasz już rozkazów? - Ford zmarszczył brwi, zastanawiając się, kto im mógł rozkazać zamach na jego wybitną osóbkę. - Jeśli chociaż włos spadnie mu z głowy, będzie po nas, a ja zamierzam jeszcze sobie po tym lesie pobiegać – pokiwał z niedowierzaniem głową. - Pilnuj się lepiej.
Twarz drugiego zrobiła się purpurowa, widać było, że trawi go furia. Wyglądał, jakby z chęcią poderżnął gardło siwowłosemu. Mruczał przez chwilę pod nosem nieprzyjemne treści, zapewne o tym, że nie ma ochoty słuchać rozkazów. W końcu jednak splunął pod nogi przywiązanemu do drzewa Fordowi i odszedł zostawiając go z własnymi myślami. Mężczyźnie bardzo nie podobało się zachowanie stworzeń. Nie budowali ślubnego kobierca, jakby to mogło wynikać z ich wcześniejszych słów o królowej. Nie. Na środku powoli wznosił się kamienny ołtarz.
Ni stąd ni zowąd na polanę wbiegło dziwne coś, ni pies ni wydra. Miało liściaste poroże, masywne łapy pokryte futrem i cienki ogonek zakończony grotem strzałki. Wzór na biało-brązowej sierści układał się w znaki 'X'. Ku przeogromnemu zdumieniu przywiązanego, zaczął rozganiać gnomy, które ewakuowały się w popłochu, zostawiając naukowca na pastwę stwora.
*~*
Laura wychyliła się zza drzewa, obserwując jak po przestrzeni szaleje dziki pies. Zmarszczyła czoło, myśląc intensywnie o co tutaj może chodzić. I dlaczego jeden z Pinesów był przywiązany do drzewa?! Ach, no i zastanawiając się, co też najlepszego przegapiła.
Po opuszczeniu sali z posągami błądziła długo po podziemnym labiryncie, tracąc powoli nadzieję. W pewnym momencie zamierzała zawrócić, jednak coś nakazało jej iść wciąż naprzód i naprzód, nie bacząc na zmęczenie. Korytarz, ku jej radości, zaczął wznosić się i oto po mniej więcej godzinie stała już omiatana wiatrem na półce skalnej. Wychodziło na to, że świątynia znajdowała się pod jednym ze wzniesień.
Chwilę odpoczywała, przegryzając jabłko i podziwiając okolicę. Jak tylko nabrała sił, ruszyła dalej niełatwą ścieżką. Na szczęście późniejszy etap obył się bez większych przeszkód, tak więc teraz ukrywała się za rośliną, nie będąc pewną, co do swego zdrowia na umyśle.
Fordowi zdawało się, że wśród drzew mignął mu kawałek fioletu. Z chęcią przetarłby oczy, gdyby tylko mógł. W myślach krzyczał i zaklinał, by to nie była prawda, ponieważ obecność osoby, którą podejrzewał o bycie tu, zwiastowała kłopoty. Nabierał już w płuca powietrza, by wrzasnąć, kiedy młoda wyleciała zza sosny. Mimo porażającego bólu w kostce, Laura stanęła między mężczyzną a zwierzęciem, nie słysząc ostrzeżeń. Albo po prostu je ignorując w debilnym zrywie odwagi, co było o wiele bardziej prawdopodobne.
Zwierz zasygnalizował jej zauważenie warknięciem. Tylko to zwiastowało przepuszczony sekundę później atak. Z piersi dziewczyny nawet nie zdążył wyrwać się krzyk, gdy ledwie umknęła przed rozpędzoną masą futra. Przetoczyła się na bok, zrzucając torbę z ramienia. Za nią Ford usilnie usiłował się uwolnić z więzów, zanim stwór po raz kolejny skoczy na biedną nastolatkę. Niestety, nie był w stanie w żaden sposób zareagować, gdy ten przygwoździł ją do ziemi przy okazji rozcinając pazurami skórę na jej lewym przedramieniu.
- Dobry piesek – mruknęła Laura, mając nadzieję na uspokojenie zwierzęcia. Masywny pysk z ostrymi kłami znajdował się dosłownie centymetry od jej twarzy i szyi. Jedno kłapnięcie szczęką i już po niej.
Oddychała szybko, w prawej dłoni z całej siły ściskając laskę. Omiatał ją ciepłe tchnienie „psa”, od którego zaczęło jej się robić niedobrze.
- Zostaw ją stworze! - produkował się Ford, nie będąc w stanie zareagować inaczej, niż słowami.
W głowie nastolatki zaś zaczął kiełkować desperacki pomysł. Ostatnim zrywem kopnęła z całej siły agresora w brzuch. Odskoczył, a ona prędko zerwała się na nogi, krzywiąc się. Każda cząstka jej ciała wołała o litość, jednak nieugięty rozum nie chciał tego zrozumieć. Ręce jej drżały, gdy szykowała się na kolejny skok rogacza. Dziwne, wciąż widziała go jako psa. Rozległ się gwizd, po którym stwór zastrzygł długimi uszami i zniknął wśród bujnej roślinności.
W tym momencie na polanę wpadła ekipa ratunkowa. Laura krzyknęła ze strachem i zamachnęła się patykiem, trafiając nim Dippera w głowę. Łupnęło nieprzyjemnie, a chłopak zawył z bólu, gdyż do uderzenia doszła jeszcze siła rozpędu.
- Powaliło?! - wrzasnął na dziewczynę łapiąc się za zranione miejsce. - Nie masz lepszych zajęć od zasadzania się na ludzi? Wariatka! Kolejna wariatka!
- Nie trzeba było wylatywać tak zza drzew – odparowała patrząc na niego z dezaprobatą wymalowaną na twarzy. Zmarszczyła nosek. - Akurat to powinieneś wiedzieć. I radzę: zapamiętaj to sobie lepiej. Powtórzę, żebyś nie miał z tym kłopotów: Nie wybiega się do ludzi zza drzew – dobitnie akcentowała każde pojedyncze słowo. Była od niego nieco niższa, więc zmusiło ją to do zadzierania głowy górę, by spojrzeć mu wyzywająco w oczy, co tylko mocniej ją denerwowało.
Dipper jednak nie sprawiał wrażenia, jakby chciał, by go pouczała. W tej chwili miał ochotę zabić nastolatkę, nie ważne jakim kosztem ani w jakim jest stanie. Gdy ta dwójka mierzyła się wzrokiem pełnym nienawiści, Mabel z Soosem pomagali wujkowi oswobodzić się z ostatnich więzów.
- Zepsułaś nasz cały plan – syknął przez zęby nastolatek, ostatnią siłą woli powstrzymując się, przed uduszeniem dziewczyny.
- Niby jaki? Przywiązanie własnego wuja do drzewa i czekanie aż go rozszarpie dziki pies. Też mi plan – prychnęła Laura, podnosząc w końcu zgubioną torbę, w której ukryła księgę. Coś jej mówiło, że lepiej będzie, jeśli nikt nie odkryje, iż ją posiada. - Jesteście chorzy. Żeby nie powiedzieć gorzej.
Poprawiła pasek od swojego bagażu, cały czas jakby rzucając szatynowi wyzwanie. Morderstwo niestety nie wchodziło w grę; za dużo czasu przesiedziałaby w więzieniu. Otwierała właśnie usta, by wygłosić kolejną partię kazania, gdy nastolatek przypadł do niej, dłonią uniemożliwiając jej wypowiedzenie chociażby słowa. Drugą ręką złapał ją silnie za nadgarstek, by mu nie przywaliła. Nachylił się nad Laurą i popatrzył głęboko w dwukolorowe oczy dziewczyny.
- Weź już się w końcu zamknij – zepsuł całą magię chwili gniewnym głosem. Zacisnął palce, wbijając paznokcie w skórę przedramienia koleżanki. - Po prostu się zamknij! Nie znasz nas, nie wiesz wszystkiego, więc jakim prawem nas oceniasz? Jesteś tak irytująca – sapnął gniewnie, będąc zupełnie nieczułym na coraz gwałtowniejsze próby uwolnienia się fioletowowłosej.
- Uspokójcie się natychmiast – wrzasnęła na nich Mabel, odciągając Dippera od nieszczęsnej nastolatki.
- Nie ja próbuję zabić rozmówcę – Laura pocierała zranione przez Pinesa miejsce.
Soos w tym czasie nieustannie wypytywał naukowca, czy wszystko gra. Tak jakby nie chciał, by ten widział rozgrywającą się przed chwilą scenę. Zadanie wykonał prawidłowo, skutecznie rozpraszając staruszka. Naraził się przy tym na kilka uwag, lecz było warto. Wciąż nieco oszołomiony wuj podszedł do młodych. Kiwnął rodzinie głową w geście podziękowania; to nie była pora na takie konwenanse. Pozostawała jeszcze jedna sprawa.
- Czy ty już do reszty postradałaś zmysły?! - wydarł się na Laurę Ford, świdrując ją wzrokiem. Domyślał się, że za akcję ze stworem odpowiedzialne są bliźnięta, ale na sto procent szatynka znalazła się tam przypadkowo. - Zdajesz sobie sprawę jak bardzo nieodpowiedzialne to było? Nie mówiąc już o narażaniu samej siebie, a także nas wszystkich! Jeszcze nigdy nie widziałem... osoby, która by tak nie troszczyła się o siebie – w zamierzeniu chciał użyć o wiele ostrzejszych słów, lecz powstrzymał się, widząc minę dziewczyny, pełną żalu oraz smutku. Dopiero teraz spostrzegł się, w jakim stanie znajduje się nastolatka, więc złagodniał już do reszty. - Następnym razem powinnaś najpierw zastanowić się, a potem działać. - nagle coś sobie uświadomił i skrzyżował ręce na piersi. - Czy ty przypadkiem nie powinnaś być w sklepie?
Dziewczyna zwiesiła tylko głowę, nie odpowiadając nic; świetnie zdawała sobie sprawę ze swojej winy. Z opresji wyratował ją manager, miażdżąc wszystkich w uścisku. Chcąc nie chcąc nastolatkowie znaleźli się znów blisko siebie. Laura ukradkiem przejechała palcem wskazującym po swojej szyi, pokazując Dipperowi, że pożałuje swojej akcji. Ten w odpowiedzi tylko przewrócił oczami, bez słów wypowiadając „już nie mogę się doczekać”.
- No nic miśki... Chyba trzeba wracać. Pan Stan pewnie umiera z niepokoju – roześmiał się Soos, kompletnie nie wyczuwając powagi sytuacji.
*~*
Ford gestem zatrzymał Dippera w drzwiach Chaty, pozwalając reszcie na zostawienie ich z tyłu. Gdy chłopak chciał coś powiedzieć, ten tylko uniósł rękę, nakazując milczenie. Młodzieniec przestępował niecierpliwie z nogi na nogę, nie mogąc doczekać się, co też wuj chce mu przekazać.
Siwowłosy odprowadził go do totemu, poprawił okulary, tylko po to, by móc lepiej przeszyć nastolatka wzrokiem. Ten, cofnął się o krok pod wpływem spojrzenia.
- W co ty pogrywasz Dipper? - westchnął Stanford, skrzyżowawszy ręce na piersi.
- Ja? Absolutnie w nic! - zaprzeczył szybko chłopak; może nawet nieco zbyt szybko. Spuścił oczy, rozgarniając stopą ziemię.
- Dipper! Dobrze ci radzę, nie baw się nią. To się źle skończy, a po dzisiejszej akcji można się wszystkiego spodziewać. - pogroził mu palcem, lecz zaraz zaniechał tematu. - Słuchaj, jest sprawa. Nie chciałbyś się może jutro urwać ze mną na poszukiwania?
Chłopak momentalnie zmienił swoje podejście. W jego oczach było widać podekscytowanie. Gdyby mógł, zamerdałby aż ogonem z radości.
- Pytanie! Jasne, że tak. Gdzie idziemy? Na jak długo? - zaczął zasypywać wuja pytaniami.
- Hola, hola, hola. Przystopuj może nieco, co? - Ford zapomniał już, jaki to jego niedoszły uczeń był dociekliwy. I uciążliwy. Rozejrzał się wokół i ściszył głos do szeptu. - Na spokojnie. Pamiętasz ten artefakt, o którym wam mówiłem? - Dipper pokiwał twierdząco głową z miną znawcy. - Mam podejrzenia, gdzie się może znajdować. Wiem, że jesteś bardzo zorganizowany. Ufam, że przygotujesz wszystko, co będzie przydatne.
- Oczywiście! - nastolatek zakrzyknął, ale potem dodał już ciszej, widząc karcące spojrzenie wujka. - Zaraz się do tego zabieram. Będziemy potrzebowali plecaków, jakiś prowiant, woda... Lina, nie możemy zapominać o linie – zaczął wyliczać na palcach.
- Wiedziałem, że podejdziesz do tego profesjonalnie. - Staruszek położył mu dłoń na ramieniu. - Broń również w to wlicz. Nie możemy iść na poszukiwania nieuzbrojeni. - potarł w zamyśleniu brodę. - Wyruszymy z samego rana, dlatego powinieneś się dzisiaj wyspać. Żadnego siedzenia to późna i oglądania Kaczego Detektywa – zaśmiał się.
Dipper przez chwilę zamarł, niepewny, lecz zaraz zaczął się śmiać razem z Fordem. Ze względów bezpieczeństwa porzucili jednak rozmowę o wyprawie, dyskutując teraz wspólnie o wieloświatach. Tylko podejrzanie radosny głos szatyna mógł zdradzać, że coś się szykuje. Zgodnym krokiem przekroczyli próg domostwa. Mieli nadzieję na ciszę i chwilę odpoczynku. Jednak nieco im to uniemożliwiono.
- Auuu! Cholera jasna to boli! - wydarła się Laura, gdy Mabel po raz kolejny przyłożyła jej gazę nasączoną wodą utlenioną do paskudnej rany na ramieniu.
- Jak ty się wyrażasz? - Stan stanął tuż przed nią, uderzając ją lekko w głowę gazetą, w formie skarcenia. Tego było już za wiele, więc zerwała się z taboretu. Zabawne, kostka jej nie zabolała; nie musiała nawet udawać, tak jak w drodze do Tajemniczej Chaty.
- Jeżeli ktokolwiek z was mnie tknie, nawet w formie pomocy – fioletowowłosa podniosła głos, każde słowo akcentując zamaszystym ruchem rąk – to, przysięgam na latające kotlety, że gorzko tego pożałuje!
- Latające kotlety? - zdziwił się Stan, ignorując zupełnie resztę zdania. - A to ci nowość. Co o tym sądzisz? - zwrócił się do krewnej.
- Chrzanić ich latanie! - ożywiła się Mabel, podchodząc do Laury z bandażem. - Mów lepiej, gdzie je złapać! Ciekawa jestem ich smaku – wyszczerzyła się.
- Ouch! Jesteście niemożliwi!
- Nie, to ty jesteś niemożliwa. - powiedział dobitnie Stanley.
- Wujku, daj już spokój – Spadająca Gwiazdka nie dała dziewczynie dojść do głosu, wyczuwając zbliżającą się kłótnię. - Postaw się na jej miejscu. A w ogóle, to proszę o trochę spokoju! Skupić się nie można. - wygoniła go z kuchni. Gdy już zostały same, zwróciła się do towarzyszki. – No to co? Mogę zabandażować, czy zdzielisz mnie po głowie jak Dippera?
- Ej no, to był przypadek. Naprawdę nie chciałam; myślałam, że to ten pies powrócił. - Laura momentalnie złagodniała i zaczerwieniła się. - Spokojnie, z tym... To były nieprzemyślane słowa. Najwyżej opatrzę zranienia.
Mabel pokręciła z niedowierzaniem głową. Rozwinęła bandaż, wcześniej przykładając gazę na ranę i zaczęła ją opatrywać, co szło jej zdumiewająco szybko. Po chwili skończyła, oceniając z dumą swoje dzieło.
W tym czasie Dipper chodził niespokojnie po salonie, robiąc w głowie listę przydatnych rzeczy. Jednak po chwili porzucił swój pierwotny plan, porywając notes wraz z ołówkiem. Grafit zawzięcie znaczył papier wraz z rosnącą ilością pomysłów. Co chwilę coś wykreślał, dopisywał, zmieniał...
- Nie, to bez sensu – mruknął do siebie, gniewnie kreśląc ideę. - Nie wytrzyma naporu wody. - usiadł w fotelu.
- Polecam linę - rozległ się głos tuż za nim. Irytująco znajomy głosik.
Wysoki szatyn podskoczył, będąc kompletnie zaskoczonym. Nie słyszał, by ktoś się zbliżał. Odwrócił się szybko, tylko po to, żeby zobaczyć pokerową twarz Laury, która siedziała na oparciu fotela. Zaraz jednak wyszczerzyła się do niego w uśmiechu.
- No wiesz, lina – zaczęła tłumaczyć, widząc jego pusty wzrok. - Taki gruby sznur. Przydatny podczas apokalipsy zombie – zaśmiała się z żartu.
Chłopaka jednak to nie śmieszyło. Wiedział coś o apokalipsie zombie i wcale nie były to doświadczenia przyjemne. Doskonale pamiętał, jak ciężko było wygrać z żywymi trupami. A przecież to była jego wina... Potrząsnął głową, odganiając od siebie wspomnienia. To nie była pora.
- A ciebie jakie licho tu przywiało? - spytał, gdy nagle rzuciła się na niego Mabel, ku wtórze śmiechu drugiej nastolatki.
- Co tam masz za zapiski brachu? - zadała pytanie, próbując wyrwać zeszyt Dipperowi. Nastolatek zawzięcie się bronił przed odebraniem zapisków. W końcu jednak bliźniaczka wygrała. Zerwała się z fotela, mrużąc brązowe oczy. Mruknęła coś o fatalnym piśmie.
- Co to za nerdowskie rzeczy? Plecaki, kompas, paralizator o działaniu dwufazowym?! - popatrzyła na niego unosząc brwi. Nawet Laura się zainteresowała, wychylając się niebezpiecznie daleko. - Znowu ruszasz gdzieś z Fordem? Jesteśmy tutaj dopiero trochę czasu, a ty już gdzieś się wybierasz? Nie możesz jak każdy inny chłopak po uganiać się za laskami, nie wiem no, flirtować, zarywać, cokolwiek? Musisz łazić po jakiś jaskiniach i Bóg wie czym.
- Mabel, słuchaj, to bardzo ważna sprawa i nie ma innego wyjścia – Dipper naginał nieco prawdę. - Zobaczysz, raz, dwa i będziemy z powrotem. A potem mogę zarywać do każdej laski w Wodogrzmotach, jeśli tego serio chcesz.
- Ta, jasne – prychnęła brązowooka. - Znając życie przepadniecie na cały dzień albo i dłużej. Ach, nie uwierzę, chyba że zobaczę. Nie twój styl i tyle.
- I tak nie zar... - nie dokończyła druga z nastolatek, zarobiwszy potężne szturchnięcie w bok – No co? Aaach! - W ostatniej chwili uchroniła się od upadku, chwytając się rękawa koszuli Dippera. Gdy już ustabilizowała swoją pozycję, odwracając wzrok mruknęła – Wybacz. Mogę iść? Przyda się wam obstawa – wrócił jej dobry humor.
- Nic się nie stało – chłopak udał, że strzepuje jakiś pyłek z ramienia. - I nie, nie możesz. To zbyt niebezpieczne dla takich zwykłych, szarych ludzi.
- Przepraszam bardzo, że co?! - oburzyły się jednocześnie dziewczęta, po czym Mabel dokończyła – Jestem twoją siostrą i jakoś nie zabierasz mnie na te wasze wyprawy. Czyli też należę do szarej masy, dobrze rozumuję? Ej, a tak serio, to kto cię nauczył takiego słownictwa?
- Sister, dobrze wiesz, że to nie tak. Twoja osoba to osobna kwestia, ale ona? Wystarczy, że popsuła nasz dzisiejszy plan.
- Ona – wtrąciła się Laura, zeskakując w końcu z oparcia. - Ma imię. Nic tu po mnie, potrafię wyczuwać aluzje. - W tym miejscu rzuciła Dipperowi znaczące spojrzenie. - Jakbyście mnie szukali, jestem... A zresztą wiecie gdzie. Nigdzie się nie wybieram.
Zarzuciła z godnością warkocz na plecy, chwyciła w dłoń pasek od torby i wyszła z salonu. Nie oglądając się za siebie zaczęła wchodzić po schodach, by później skierować się do przydzielonego jej pokoju. Chłopak prychnął w odpowiedzi na ostentacyjne wyście nastolatki, zaś Mabel tylko westchnęła przeciągle, by zaraz potem kontynuować dyskusję z bratem.
*~*
Dawno już zapadła noc, a Laura wciąż nie mogła zasnąć. Coś nie dawało jej spokoju, powodując, że co chwilę przewracała się z boku na bok. Tajemnicze szepty błądzące jej po głowie nie pozwalały odpłynąć w błogi stan zapomnienia oraz ułudy. Księżyc już dawno zniknął za horyzontem, jeszcze trochę a wstanie słońce.
W końcu nie wytrzymała i zerwała się z łóżka. Wyjąwszy księgę z torby, usiadła na parapecie. Pomyślała coś jeszcze o tym, że powinna znaleźć jej lepszą kryjówkę. Uchyliła ostrożnie okładkę, zaglądając na zapiski. O dziwo były doskonale widoczne, jak na mrok panujący w pomieszczeniu.
- A to dziwne – mruknęła, marszcząc brwi. Jednak nie zastanawiała się nad tym faktem długo, kartkując pospiesznie dzieło. Szukała pewnej strony, a trybiki w jej głowie pracowały ciężko, łącząc wydarzenia.
W końcu natrafiła na miejsce, które chciała zobaczyć. Jedyne wyrazy, które udało jej się przeczytać. Finelo Demento. Analizowała te dwa proste słowa. Tak bardzo chciała wiedzieć, co oznaczają.
- Demento, Demento. Dementorzy? - podrapała się po głowie. - A co z Finelo wtedy? Koniec Dementorów? - ziewnęła potężnie i potarła oczy. Zmęczenie dawało o sobie znać. - To nie ma sensu. Finelo Demento, zdradź mi swoją tajemnicę... - coraz ciężej jej się walczyło z sennością.
- Uzdrów mnie. Mądry wybór. - rozległ się przyjemny kobiecy głos.
Laura otworzyła oczy i poderwała się z parapetu, podejrzewając wpierw Mabel o zakradnięcie się do jej pokoju. No właśnie... W tym problem, że nastolatka brzmiała zupełnie inaczej, niż usłyszana osoba. Do tego szatynka nie znajdowała się już w Tajemniczej Chacie, a przynajmniej to miejsce w żadnym calu nie przypominało domu Pinesów. Będąc szczerym, nie przypominało to niczego. Dziewczyna unosiła się wśród białej mgły, która uniemożliwiała zobaczenie czegokolwiek. Nie miała też na sobie swojej piżamy; ubrana była w powłóczystą suknie w prawie białym odcieniu fioletu, rozpuszczone włosy nastolatki unosiły się jak w wodzie.
- Kto to powiedział? To nie jest śmieszne! - wykrzyknęła w pozorną pustkę, rozglądając się panicznie, a w myślach cały czas powtarzała sobie, że to tylko sen.
- Och, nigdy takim nie miało być. - nadeszła odpowiedź.
- Pokaż się – w głosie Laury zagościły nutki niepewności. - Chcę zobaczyć, z kim mam do czynienia.
- Och, chciałabym – rozległ się perlisty śmiech. - Ale nie mogę. Pozbawiono mnie ciała dawno temu. A szkoda, bo było dziesięć na dziesięć, jak to się teraz mówi – Można było wyczuć, jak mówiąca mruży oczka. - Przejdę do konkretów. Masz księgę, znalazłaś ją w świątyni, prawda? Zawarte w niej jest wiele zaklęć i uroków. Pradawna siła, która...
- Nie mów tak, błagam... - jęknęła fioletowowłosa i odparła twardo – Poza tym, nie wierzę w magię. To bzdurne bajki dla dzieci.
- Niedługo uwierzysz, Słońce. O to się nie martw – rozmówczyni zdawała się być znudzona wymianą zdań.
- Więc, czego chcesz? Streszczaj się, bo już mnie zaczynają wkurzać te fruwające kosmyki – Laura z chęcią tupnęłaby nogą, lecz nie mogła tego zrobić, więc machnęła z irytacją ręką. Zaprzeczanie, że nie posiada księgi, nie miało sensu, przecież to był tylko głupi sen. A skoro tak, to wyobraziła sobie samą siebie w wygodnym warkoczu. I tak po chwili się stało, jej włosy zostały splecione. - No więc? Słucham.
- Ech – rozległo się wszędzie wokół westchnięcie, po czym melodyjny głos kontynuował – Słuchaj, chodzi mi o to, że masz szansę nauczyć się posługiwać „Eternollem”. Nie pożałujesz. Mogę nauczyć cię wszystkiego, co jest z nim związane.
- Co jeśli odmówię?
- Nigdy nie poznasz tajemnic tej księgi – głos powoli cichnął. Dopływał jakby z oddali. - Namyśl się dobrze. A tymczasem Przejrzyj. Tesut’yun!
Umilkła zupełnie, a Laura nie zamierzała jej wołać, by wróciła. Nagle, gdy już nie czuła żadnej obecności, zaczęła spadać w pustkę. Jej krzyk niknął, a ona nie była w stanie kompletnie nic zrobić, by temu zapobiec, nawet uciec z tego snu. W momencie, kiedy już miała mieć bolesne spotkanie z ziemią, ostatnim zrywem woli spróbowała jedynego wyjścia.

Podłoga była tak zimna. Wychodziło na to, że podczas majaków musiała zlecieć z parapetu. W sumie dobrze, że tylko z niego, a nie z większej wysokości. Nieopodal dziewczyny leżała tajemnicza księga. Laura podniosła się ze stęknięciem, zauważając przy okazji niebo, które zaczynało się robić różowe. Było zapewne gdzieś około trzeciej rano. Nastolatka sięgnęła po księgę, palcem zaznaczając stronę, na której wylądowało dzieło. Usiadła z powrotem pod oknem, otwierając ją. Zmarszczyła brwi, teraz już naprawdę mocno zaniepokojona. Wpatrywała się w napisane słowo, które o dziwo bez trudu mogła teraz odczytać. Przejrzyj. Tesut’yun!