czwartek, 3 maja 2018

Kryształ Soldenu

7. Zaczyna się zabawa


Lot helikopterem był dla niej czymś całkowicie nowym i niespotykanym. Musiała mieć słuchawki na uszach, połączone z systemem komunikacji, więc była skazana na słuchanie rozmowy Matthewa i Raymonda. Brzmieli jak starzy kumple. Nawet wyglądali podobnie.
Tylko tego jej brakowało; takich dwóch Matthewów utrudniających jej życie. W końcu jednak zmęczenie dało o sobie znać i ostatnie, co pamiętała, to był prowizoryczny opatrunek.
Za który oczywiście dostała kazanie od Yvonne. Oczywista oczywistość. Przecież mogła się tego spodziewać. Pozostało jej zacisnąć zęby i dać się opatrzyć. Wiedziała przecież, że kobieta się martwiła ich stanem zdrowia.
Pani naukowiec była niepocieszona, widząc już w samolocie dwójkę rannych agentów. Rozumiała potrzebę zatamowania krwawienia, ale to nie zmieniało faktu, że ona zrobiłaby to inaczej. Bardziej sterylnie.
— Czy wyście całkiem poszaleli? Używać byle jakiego fartucha, na który mógł się wylać jakiś alkohol?! Taki dekanol przykładowo! — irytowała się kobieta, wyrzucając to z siebie na jednym wdechu, jednocześnie opatrując zranienia. Jej biologiczno-chemiczny perfekcjonizm doszedł do głosu. — To nie etanol, żeby szybko wyparował.

Produkowała się, wyrzucając z siebie nazwy związków chemicznych, jakby ta wiedza miała odmienić ich życie. Gdyby chociaż znali i rozpoznali połowę z nich...
W pewnym momencie, kiedy już zostawiła Laurę w spokoju, podeszła do Matthewa, który bawił się leżącą samotnie na blacie biurka probówką. Najwyraźniej Yvonne nad czymś próbowała pracować, kiedy dostarczono ich do samolotu. Spojrzała na niego badawczo, z niezbyt zadowolonym wyrazem twarzy. Gdy zajmowała się nastolatką, paplała jak najęta swoje ostrzeżenia
i zarzuty. Teraz umilkła, biorąc z szafki wodę utlenioną, gazę i bandaż.
— Patrzysz na mnie, jakbym co najmniej zabił ci matkę, Cocci. — Matthew w końcu nie wytrzymał tej ciszy.
— No, ciekawe, ciekawe — mruknęła Yvonne, kontrolując ukradkiem Laurę rozmawiającą z jednym z agentów. Z Davisem, jak zauważył Ramon. Dziewczyna zaśmiała się, rozbawiona własną nieuwagą w dzieciństwie, ale zaraz zmarszczyła brwi, kiedy próbowała przypomnieć sobie kolejny fakt z życia. Całkiem szybko przyszła do siebie po szyciu. — bo raczej ja mogłabym cię o to posądzić. Mam wrażenie, że Laura chce cię zamordować.
— Za co niby? Przecież ja jestem wcieleniem niewinności, Yvonne. — Matthew rozłożył szeroko ramiona, demonstrując w ten sposób swoją naturę. Naukowiec prychnęła i lekko uderzyła go gazą po głowie, karcąc go, żeby się nie ruszał.
— Agent Matthew Ramon i niewinność? Mamma mia, co się dzieje z tym światem? — Pokręciła głową z udawanym niedowierzaniem. Zaczęła obwiązywać mu ramię bandażem. Nachyliła się przy tym do niego, ściszając głos do szeptu. — Wygląda, jakby otrzymała naprawdę mocny cios w głowę.
Matthew przez chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć, bo zaskoczyła go ta nagła zmiana kierunku rozmowy. Agentka Cocci słynna była w całej agencji ze swojego skakania po tematach i nadmiernej, włoskiej wylewności. Ale on z nią tak często nie przebywał. Więcej styczności z naukowiec miała Kowalska. Może właśnie dlatego była narwana?
Mężczyzna zmarszczył brwi, ale już po momencie jego oblicze na powrót rozpogodziło się. Tylko widać w nim było pewne zmęczenie, a delikatna zmarszczka na czole mówiła, że coś go trapi bądź niepokoi.
— Kowalska? — W ostatniej chwili powstrzymał się od powiedzenia tego głośno. Z przyzwyczajenia chciał poprawić koszulę, lecz uświadomił sobie, że tym razem, specjalnie do opatrywania, miał na sobie tylko podkoszulek. Gdy Yvonne skinęła głową, kontynuował: — Zgadza się. Solidnie oberwała.
— I nie zemdlała? Nie straciła przytomności? — Cocci przerwała na chwilę swoje zajęcie i spojrzała prosto w szare oczy Matthewa jak wyrocznia przeszywająca duszę proszącego ją o radę. — Nic w tym stylu?
— No, może wyglądała na nieco zamroczoną — Matthew wzruszył ramionami. — ale jak najbardziej przytomną. No, chyba że miałem zwidy.
— Interesujące — mruknęła do siebie Yvonne. — Musi mieć silną głowę.
Agent z grzeczności nie zaprzeczył, a włoszka zupełnie już była pochłonięta czymś innym niż bandażowanie. W pewnym momencie wręcz go porzuciła, poleciwszy mu dokończyć samemu opatrunek. Powiedziała do niego tylko, że musi to zanotować. Czymkolwiek to „to” było.
Zdziwiła go ta reakcja. Przecież nie mogło chodzić o zwykłe uderzenie. W końcu ludzie bywali naprawdę różni. On sam spotkał kiedyś człowieka, który znacznie przekroczył śmiertelną ilość alkoholu we krwi i wciąż żył. No, ale tutaj najwyraźniej mowa była o czymś zupełnie innym.
Podniósłszy się ze stęknięciem, zauważył, że zwrócił tym na siebie uwagę Laury. Spojrzenie zielonych oczu przeszywało go na wylot, wprost pałając niewypowiedzianą na głos uwagą. Czasem zastanawiał się, czy dziewczyna potrafi odczuwać jakieś pozytywne emocje, bo wiecznie była naburmuszona. Ale kiedy usłyszał, jak niedawno się zaśmiała, cała jego teoria o chodzących stu siedemdziesięciu iluś centymetrach czystej nienawiści mogła iść sobie popływać.
Zarzucił na siebie wymiętą koszulę i mruknął pod nosem coś o tym, że idzie znaleźć Mayleen, w sumie nie wiadomo do kogo, bo wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Nawet Raymonda gdzieś wcięło; najwyraźniej zbyt długa rozmowa z Kowalską była ponad jego siły.
— Hej, a ty dokąd, Ramon? Nie ma ucieczki.
Agent zaklął pod nosem, kiedy to całe ileś tam centymetrów nienawiści zerwało się prędko ze swojego miejsca. Skrzyżowawszy ręce na piersi, maszerowała ku niemu z niebyt zadowoloną miną. Zmarszczyła nieco brwi i wykrzywiła usta. Matthewowi przyszło do głowy, że Yvonne jednak miała rację. Cała postawa dziewczyny sprawiała wrażenie, jakby w myślach planowała brutalne morderstwo.
— Kowalska. Nie powinnaś przypadkiem, hm, pomyślmy, sprawdzić, czy nie ma cię poza samolotem?
Zastąpiwszy mu drogę, zmrużyła oczy, zadzierając nieco głowę do góry. Przez chwilę siłowali się na spojrzenia. W końcu dziewczyna prychnęła z rozbawieniem.
— Żebyś widział swoją minę, Ramon. Aż żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia. — Pokręciła głową z udawanym żalem, a Matthew osłupiał.
— Kim jesteś i co zrobiłaś z Laurą?
— No co? — Wzruszyła ramionami, porzucając naburmuszony wyraz twarzy. Uśmiechnęła się, przez co mężczyzna był jeszcze bardziej skołowany. — Nie mogę mieć dobrego humoru?
— Nie no, po prostu... Ty i dobry humor, Kowalska? Mocno uderzyłaś się w głowę?
W odpowiedzi przekrzywiła głowę, a Matthew o mało co nie chwycił jej za ramię i, zapewne wbrew protestom, zaprowadził do Yvonne z zaleceniem, żeby pod żadnym pozorem nie wypuszczała dziewczyny z izolatki.
Samolotem zatrzęsło, a ona straciła nieco równowagę i poleciała na ścianę. W ostatniej chwili podparła się ręką. Uśmiechnąwszy się, udała, że nic się nie stało, a Matthew westchnął w duchu.
Czyżby to przez to całe znieczulenie?, pomyślał, przepuszczając ją w drzwiach. Mimo chłodu Laura nie założyła swojej kurtki, tylko przewiązała ją w pasie. Chyba w ten sposób próbowała zademonstrować swoją wytrzymałość, ale Matthew nie był przekonany, czy to o to jej chodziło.
Laura przeszła parę kroków i zatrzymała się, blokując mu przejście. Już nie była radosna, jej nastrój po raz kolejny zmienił się w mgnieniu oka.
— Co znowu? — W ostatniej chwili Matthew zrobił szybki krok do tyłu, unikając w ten sposób wpadnięcia na dziewczynę.
— Słuchaj — płynnie przeszła na polski, pragnąc najwyraźniej, by nikt nie zrozumiał ich rozmowy. Dotąd rozmawiali po angielsku, jako że pracownicy agencji pochodzili z najrozmaitszych państw. — nie wiem, co masz w tej swojej pustej głowie, ale tknij mnie jeszcze raz podczas misji, a pożałujesz.
— Czekaj — Mężczyzna również odezwał się w tym samym języku co ona. — masz do mnie problem o to, że próbowałem utrzymać naszą przykrywkę?
— Właśnie tak. — Skrzyżowawszy ręce na piersi, pokiwała głową. — No więc, Ramon?
Matthew uniósł brwi, myśląc o tym, że Laura musiała być chyba nienormalna.
— Czyli według ciebie przesadziłem?
— Tak, właśnie o to mi chodzi. Że przesadziłeś.
Matthew podrapał się po głowie, w duchu pytając, dlaczego go to wszystko spotyka. Jakby Laura nie mogła być całkiem normalna. Nie, jemu musieli przydzielić walniętą nastolatkę, która wiecznie o coś miała do niego problem. A on się wtedy irytował.
— Skoro to tak wielka zniewaga, to raczej nie powinnaś o tym mówić każdemu. — Ostentacyjnie westchnął, włożywszy ręce do kieszeni. — Dobra, postawię ci pierogi i będziemy kwita.
— Żadne tam kwita. Żądam satysfakcji! Za ten policzek, za mój paralizator i włamanie się do mieszkania. I tak, właśnie chciałam użyć kropki nienawiści, ale że mówię, to tego nie mogę zrobić.
Już jakiś czas temu zauważył, że gdy dziewczyna się denerwowała, jej głos robił się śmiesznie piskliwy. Napomknął o tym tylko raz; pożałował praktycznie od razu. Laura jeszcze bardziej była zła, jeśli to w ogóle było możliwe, a jego aż zabolały bębenki uszne, gdy specjalnie podniosła głos, w końcu się uśmiechając z satysfakcją, gdy podziwiała wywołany efekt.
Samolot znowu się zatrząsł, aż tym razem nawet Matthew musiał się podeprzeć o ścianki niewielkiego korytarzyka, na którym stali. Uderzył się przy tym w łokieć, więc syknął.
— Satysfakcji? Co ty, chcesz się ze mną pojedynkować, czy jak?
— Tak, właśnie tak! Możemy nawet tu i teraz.
— A puknij się w łeb, Kowalska. Rozumiem, że znieczulenie, ale aż tak ci na mózg paść nie powinno. Idź do psychiatryka czy coś, jak masz problemy ze sobą. Wiesz co? Sam cię tam nawet odeskortuję, skoro sama nie umiesz trafić.
Laura zapowietrzyła się, przez chwilę nie wiedząc, co powiedzieć, a Matthewowi przyszło na myśl, że może tym razem przesadził. Dziewczynie rzadko kiedy brakowało argumentów. Wiecznie była gotowa na kłótnię. Nie tak jak Ramon. On tylko chciał, żeby go zostawiono w spokoju.
Tylko o tyle prosił, żeby mieć chwilę z dala od wszystkich. Żeby nikt za nim nie łaził, nie krzyczał. Potarł skronie, już chcąc dziewczynę przepraszać. Widział jej minę. Przygryzła wargę, dłonie zacisnęła w pięści. Drżała lekko, jakby chciała się na niego w tej chwili rzucić. Albo... sam nie wiedział co. Nie spodziewał się, że młoda ma tak delikatne ego.
— Nie fatyguj się. — Jej głos był bardzo cichy, mężczyzna ledwo go usłyszał, ale za to kryła się w nim gniewna nuta z odrobiną wyrzutu.
Odwróciwszy się na pięcie, poszła w stronę polowego biura Mayleen. Ramon stał przez chwilę, nie wiedząc co zrobić. W końcu jednak podszedł do niego Pedro i pogrążyli się w rozmowie. A Ramon prędko zapomniał o wypowiedzianych przez niego słowach.
~*~
Nie miała pojęcia, co w nią wstąpiło. Na ogół przytyki raczej jej nie ruszały, więc tym bardziej cała ta sytuacja pozostawiła ją rozstrojoną. Przeklinała w myślach Matthewa, jednocześnie czując przejmujący smutek.
Bo co, jeśli naprawdę ją tak postrzegają?
Co, jeśli tym razem przesadziła?
Czuła w duszy niewyobrażalny ciężar. Przecież to był tylko głupi agent Ramon, który pieprzył głupoty, a ona zachowywała się, jakby nie wiadomo co się stało. Może on też miał w życiu problemy i w ten sposób odreagowywał? Dziewczyna nie miała pojęcia, czy tak było. Zawsze skupiała się na zadaniu, więc, mimo wspólnego dogryzania sobie, nie miała czasu, by poznać lepiej agenta.
Gdy już się wystarczająco oddaliła, Laura oparła czoło o chłodną ścianę. Jeśli on tak o niej myślał, to co dopiero inni... Dosyć! Od kiedy obchodzi mnie czyjakolwiek opinia?
Nastolatka nie wiedziała już, czy jej zachowanie wynikało z charakteru, czy była to tylko kolejna maska. A może właśnie ta maska stopiła się z charakterem dziewczyny, tworząc w ten sposób dziwaczną fuzję o fatalnych skutkach. Bo przecież często bywała nieprzyjemna.
Laura westchnęła i podniosła wzrok. Nie mogła zostać tutaj na zawsze. Grzbietem dłoni otarła policzki, po których spłynęło parę pojedynczych łez. Była zła na siebie za tę chwilę słabości. Przecież silni nie płaczą. Silni nie załamują się przez parę słów. A ona przecież chciała być silna.
Potrząsnęła głową, w duchu pytając się, co też ona najlepszego wyprawiała. Szybko doprowadziła się do jako takiego porządku, wiedząc, że prędzej czy później i tak będzie musiała porozmawiać z Mayleen. Nie mogła przecież zachowywać się jak miękka klucha, skoro była agentką takiej organizacji! Musiała przecież reprezentować sobą jakiś poziom.
Ruszyła wolno korytarzykiem. Sam samolot nie był już aż tak imponujący, jak za pierwszym razem. Powoli się z nim oswajała, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy znalazła się w mieście. Jednak trochę rzeczy dało się znaleźć w tej maszynie. Polowe laboratorium graniczyło z pomieszczeniem, którego wyposażeniem były wygodne fotele. Nieco dalej było parę gabinetów, miejsce, w które przybyła na odprawę... Normalne samoloty raczej tak nie wyglądały. Laura leciała takim tylko raz, czy tam dwa, bo WOfAC kazało jej coś sprawdzić. Miała tylko nie rzucać się w oczy. No cóż, dobrze, że przynajmniej zarządzili to, jak była już nieco starsza.
Ale by się napiła w tej chwili. Tak potajemnie, żeby nikt się nie zorientował. Jednak nie mogła liczyć na to, że ktoś przypadkowo zostawił na wierzchu butelkę dobrego trunku. Usłyszawszy w głowie głos Yvonne, skrzywiła się. Jak na chemiczkę przystało, kobieta skutecznie wybijała Laurze z głowy picie.
— Jak ty możesz chociażby myśleć o piciu tego świństwa? — pytała zawsze, kręcąc z naganą głową. Czasami nawet miewała ze sobą starannie zapisany reakcjami zeszycik. Otwierała go wtedy na odpowiedniej stronie i wskazywała dziewczynie palcem właściwą linijkę. — Czy ty nigdy nie słyszałaś o koagulacji nieodwracalnej? Że alkohol ścina białko?
Potrząsnąwszy głową, nastolatka wróciła do rzeczywistości. Tylko gdzieś z tyłu głowy pozostało jej echo słów naukowiec, mieszając się z innymi wypowiedziami.
Przed pokojem Mayleen zawahała się. Zamarła z uniesioną dłonią. Teoretycznie powinna poczekać, aż agentka ją wezwie, by sporządzić raport z misji, jako że Laura nie miała jeszcze w tym doświadczenia. Nastolatka odetchnęła głęboko i dosyć mocno zapukała. W odpowiedzi usłyszała tylko suche „Wejść!”.
Nastolatka odsunęła lekkie drzwi, a jej oczom ukazał się niewielki gabinecik. Naprzeciwko wejścia stało przykręcone do podłogi biurko, za którym z niezadowoloną miną siedziała Mayleen. Laura odetchnęła głęboko i przyjęła swoją zwyczajową minę. Czyli jakby ktoś podetknął jej pod nos nieudolnie napisane fanfiction ze wciśniętymi tam na siłę elementami yaoi.
Ta prostota ją przytłaczała. Dosłownie.
— Wiem, jak to wyglą...
— Siadaj. — Głos Mayleen brzmiał ostro. W tym momencie nie była znajomą nastolatki. Była teraz jej przełożoną, która wyglądała na zadowoloną z przebiegu misji.
Nie wróżyło to niczego dobrego. Zdenerwowana Mayleen była jeszcze większą formalistką niż sam Matthew. Wszystko dla dobra drużyny, czy jakoś tak to szło. A do tego siedziała za biurkiem, nie przywitała się, nie uśmiechnęła, co znaczyło tylko tyle, że było naprawdę źle.
Zbliżywszy się do biurka, Laura wzięła cichy, lecz głęboki oddech. Widać było, jak jej spojrzenie stwardniało, gdy założyła na twarz „maskę”. Usiadła sztywno, w gotowości do natychmiastowego zerwania się z miejsca. Palce nerwowo zabębniły o udo dziewczyny.
— No więc? — zapytała swoim zwykłym tonem. Zadbała, żeby nie dało się w nim wyczuć nawet tonu niedawnej goryczy, chociaż nie była pewna, jak jej to wyszło.
— No więc?! Śmiesz pytać „no więc”? — Mayleen podniosła głowę, wlepiając w nią przeszywające na wskroś spojrzenie. W źrenicach kobiety błyszczała czysta złość. — Po co lazłaś do tego laboratorium?
Nastolatka zmarszczyła brwi. Nikt nie powinien wiedzieć o jej prywatnych poszukiwaniach. Przecież... szła do Raymonda, tak? A przynajmniej powinna była tak zrobić. Nawet nie miała czasu przemyśleć swoich następnych słów.
— Skąd o tym wiesz? — W jej głosie słychać było autentyczne zdumienie, nie musiała nawet udawać.
Mayleen potrząsnęła z niedowierzaniem głową, zapewne zastanawiając się, co też dziewczyna ma w tej swojej mózgownicy. Zamknąwszy teczkę, która przed nią leżała, splotła palce. Całość dawała niepokojący efekt, zwłaszcza że włosy upięła w koński ogon, co tylko podkreśliło jej wystające kości policzkowe i profesjonalną minę.
Widać było, że Mayleen całą siłą woli kontroluje swoją reakcję. Co byłby z niej za przywódca, gdyby wydzierała się z byle powodu? To Laura była tą wybuchową. Mayleen bywała wściekła, tak jak teraz, ale mimo wszystko próbowała podchodzić do całości z jako takim opanowaniem.
— Wasze komunikatory połączone są z lokalizatorami. Przecież musimy wiedzieć, gdzie jesteście, żeby w razie potrzeby móc przyjść wam z pomocą. Wysłać wsparcie. — Przysunęła w stronę nastolatki jakiś papier. Laura zerknęła na niego przelotnie, ale nie poświęciła mu więcej uwagi, niż było to konieczne. Zajmie się nim później, teraz musiała skupić się na wytrzymaniu walki na spojrzenia z Mayleen. — A tymczasem ty, agentko Kowalska, nawet jeśli wtedy musiałaś wstąpić do tamtego laboratorium, zostałaś w nim dłużej, niż to było potrzebne.
Laura przewróciła oczami. Szczegóły, prychnęła w myślach. Przecież liczył się efekt, a nie to jak do niego doszła. Nikt nie zginął, wszyscy wrócili bez większego uszczerbku na zdrowiu.
— Co więcej — kontynuowała Mayleen, jednocześnie wyliczając przewinienia na palcach. — ot tak wyłączyłaś swój komunikator na długi czas, by nikt nie mógł wpaść na to, gdzie jesteś. Wiesz, ile problemów przez to narobiłaś?
— Zero? — spytała dziewczyna ze złudną nadzieją w głosie.
— Za dużo. — Mayleen potrząsnęła głową w wyrazie rezygnacji. Dobrze, Laura była młoda, jednak dla agentki to, że nastolatka bywała tak nieodpowiedzialna, wciąż stanowiło zagadkę na miarę kosmicznych technologii. — Pedro prawie wpadł przez twoją głupotę! Już nie wspominając o agencie Ramonie...
— O nie, nie wyjeżdżaj mi tutaj z Ramonem, Mayleen. — Laura skrzyżowała ręce na piersi, odwróciwszy wzrok. Popatrzyła na jedną z półek. Porządek na niej był tak bardzo różny od stanu pokoju Testeo.
Otrząsnęła się z tego. Nie mogła o nim teraz myśleć. Przecież nikt nie powinien się dowiedzieć, gdzie była. Raczej organizacja nie byłaby zadowolona z jej wycieczki do innej galaktyki. Układu. Planety. Whatever.
— Właśnie, że będę. Musisz stawić czoło faktom. Zostawiłaś porządny karabin na dachu, kompletnie bez żadnego nadzoru, żadnego zabezpieczenia. Pojawiasz się znikąd przed kryjówką Davisa, jakbyś się teleportowała. To jest WOfAC, a ty byłaś na oficjalnej misji. Dałaś ciała w naprawdę wielu momentach. Może to był błąd.
— Przecież osiągnęliśmy sukces — próbowała się bronić nastolatka, ale miała wrażenie, że raczej był to mizerny argument.
Westchnęła w duchu. Dlaczego ona zawsze musiała się kłócić z ludźmi? Najpierw Ramon, teraz Mayleen miała do niej jakiś problem... Chyba tylko z Martą nie miała od dawna żadnej sprzeczki. Yvonne też jakoś nie dawała się sprowokować. W końcu irytacja na ich zachowanie, a burzliwa wymiana zdań to dwie zupełnie różne sprawy. No i pozostawał jeszcze Davis. Ale on... Zbyt krótko go znała, żeby wydać jednoznaczny wyrok.
— Sukces? — Mayleen prychnęła. — Nie nazwałabym tego sukcesem. Raczej zupełną samowolą. Dziewczyno, ile ty masz lat? Nie jesteś bezrozumnym dzieciakiem, żeby robić, co ci się żywnie podoba, nie bacząc na konsekwencje. Kiedyś przez twoje wygłupy komuś stanie się krzywda. I co wtedy?
Laura wbiła wzrok w swoje dłonie, które, opuściwszy, ułożyła na udach. Jej strój nie miał nawet pojedynczej nitki, którą mogłaby się w tej chwili pobawić, kojąc w ten sposób nerwowe bicie serca. Niepotrzebnie się nakręcała. Przecież ten cały gniew nie był wyjściem. Należało zacisnąć zęby i iść dalej.
— Nie wiem. — Głos nastolatki był ledwie słyszalny.
Wiedziała, że jej szefowa ma rację. Tę cholerną rację, a ona uparcie trwała przy swoim postanowieniu robienia tego, co uważała za słuszne. Nie lubiła się podporządkowywać. Uczono ją wytyczania własnych ścieżek, a tymczasem...
— Przyda ci się poważny trening — stwierdziła w końcu sucho Mayleen, pokazując na podsunięty wcześniej papier. Nastolatka dopiero teraz przyjrzała mu się dokładniej, prawie natychmiast rozpoznając teczkę z danymi, które błędnie wcześniej wzięła za kartkę. — A jako że agent Ramon dotąd sprawował nad tobą nadzór, to logiczne jest...
— Nie — przerwała jej dziewczyna, gwałtownie odsuwając swoje krzesło do tyłu. Rozchyliła nagle pobladłe wargi, wpatrując się ponuro w tekst. — Nie, nie, nie. Nie możesz być poważna, Mayleen. Ja się nie zgadzam.
— Przykro mi, gdybym mogła, wzięłabym cię pod swoje skrzydła. Ale niestety. Musisz się pomęczyć z agentem Ramonem. Tym razem nie powiem nikomu o twoich wybrykach, zatuszuję to – wisisz mi przysługę tak notabene. Ostatni raz to zrobię, bo na zbyt wiele sobie pozwalasz. A to nie jest jakaś gierka.
— Desiro, nie — mruknęła Laura, pocierając twarz. To się nie działo naprawdę. — My się przecież pozabijamy nawzajem.
— O wszystkim pomyślałam. — Mayleen popukała palcem wskazującym w swoją skroń. — Tu się ma. Najlepsze zostawiłam na koniec, no bo, skoro praktycznie za każdym razem skaczecie sobie do gardeł, to będzie wam potrzebny rozjemca. A że agent Davis radzi sobie całkiem nieźle, to nada się idealnie na pomocnika dla Ramona.
Laura najwyraźniej się załamała. Położywszy na biurku rękę, oparła na niej głowę i jęknęła cicho.
Swoboda wymykała jej się przez palce.
~*~
Powroty powinny być przyjemne, nawet jeśli wracało się po krótkim czasie. Cichy szum silników Yesiqetrum, kryształowe pola, nad którymi przelatywali, a w końcu stolica napawały duszę Izis dziwną lekkością. Sunęli gładko nad zdobionymi budynkami. Sakirianie unosili w górę głowy. Niektórzy nawet wyciągali w ręce i machali przelatującym. Księżniczka tylko się tego domyślała, bo widziani z tej wysokości bardziej przypominali malutkie stworzonka niż podobne jej istoty.
W końcu przed podróżnikami wyrósł pałac. Wspaniały jak zawsze, z siedmioma wieżyczkami, na których szczytach powiewały kolorowe flagi. Głównie niebieskie. I złote. I białe. Ale ważny był fakt, że miały jakieś kolory. Cztery wieże umieszczono w rogach budowli, dwie pilnowały bramy. Siódma wznosiła się dumnie gdzieś pośrodku, górując nad pozostałymi, wyłaniając się z kryształowych kopuł, łuków, zdobień i przeszkleń.
Sakiriańska siedziba władców nie miała przyciągać oka swą praktycznością. Tutaj polegano na magii kryształów, umiejętnościach formacji Nour, a przede wszystkim ufano pokojowi zapewnionemu przez Konwencję Światów. Na tej planecie chciano zwracać uwagę subtelnymi zdobieniami, jednocześnie ukrywając, jak wielką mocą dysponowano.
Izis uśmiechnęła się, patrząc przez szybę na swój dom. Jak dobrze było wrócić. Te wszystkie kłamstwa, oskarżenia, przeprawa z Cuido... Dziewczyna potarła skronie, czując psychiczne zmęczenie. Szybko powróciła do obserwacji.
— Pani? — odezwał się nagle Kolen, nie zerkając na księżniczkę. — Czy to zły znak?
Izis zmarszczyła brwi, nie wiedząc na początku, o co mogło chodzić majorowi. W końcu jednak zrozumiała i ze zdumienia zamrugała parę razy. Oto z najwyższej wieży wzbijał się w niebo słup światła.
— Bardzo zły — odpowiedziała mu zachrypniętym głosem. — Przecież wiesz, majorze, że kiedy zwołują naradę, to zawsze jest zły znak. Ale... nigdy nie używali do tego Crystaliusa.
Było to wielce zastanawiające, słyszała o nagłych przypadkach, w których go używano. Jednak przecież ostatnio nic takiego się nie wydarzyło, a jej nie było pewnie przez pół dnia. No, może dzień. Nigdy nie była tego pewna przez te wszystkie zmiany czasu.
Kolen milczał, najwyraźniej porażony tym widokiem. Z daleka ten słup światła wyglądał naprawdę zjawiskowo. Pobudzał zmysły do marzeń, zapraszał do lotu. Do kompletu brakowało tylko podniosłej muzyki. Lecz im bliżej byli, tym idiotyczniejszy się wydawał – przynajmniej dla Izis.
Gdy tylko wylądowali, księżniczka nie obejrzała się ani na majora, ani na Sekiny. Służka otrzymała tylko krótkie polecenie, by dostarczyła księgę do komnaty przyszłej władczyni.
Cały pałac wyglądał jak jedno wielkie mrowisko. Służba uwijała się z niespokojnymi minami, po drodze kłaniając się przechodzącej szlachciance. Izis próbowała zorientować się, o co chodziło, jednak marnie jej to szło. Gwardia pałacowa była w gotowości, stali na baczność w najważniejszych punktach, z Hasoenami w dłoniach, a nie, jak zwyczajowo zostało to przyjęte, za pasem. Do tego ukształtowali je na coś w rodzaju halabard. Z tym że były one wiele mocniejsze i praktyczniejsze, z kolcem w dolnej części oraz wygodnym uchwytem.
Stukot jej kroków prawdopodobnie niósłby się echem, gdyby nie przyciszone rozmowy naokoło przez co nie było ich słychać. Izis wytężyła słuch, ale sama jej obecność sprawiała, że Sakirianie milkli na chwilę, nie kończąc tego, co chwieli powiedzieć. Teoretycznie nakazywała to etykieta, ale Izis strasznie to irytowało. Wyglądało to tak, jakby mieli jakiś niecny plan przeciwko władzy i dopiero gdy oddaliła się na bezpieczną odległość, wznawiali swoje dyskusje.
Zorientowawszy się, gdzie znajduje się źródło tego całego zamieszania, skierowała się prosto do sali narad. W korytarzu wznosiły się kolumny, które miały bardziej ozdobną funkcję niż praktyczną. Połączone fantazyjnymi łukami, łączyły się z kryształowym sklepieniem. Na nim zaś dawno temu ktoś wprawną ręką wyrzeźbił konstelacje. A za to we wnękach między kolumnami stały posągi. Czyje? Izis kiedyś wiedziała, ale teraz miała inne sprawy na głowie niż zastanawianie się nad tożsamością owych mężów o odkrytych piersiach czy kobiet w zwiewnych szatach.
Pod drzwiami stali dwaj strażnicy, którzy skrzyżowali przed wejściem swoją broń, nie pozwalając w ten sposób księżniczce dostać się do środka.
— Podczas posiedzenia, nikt nie może wejść. Przykro nam, wasza wysokość — odezwał się wyższy, jednak wzrok miał zupełnie pozbawiony wyrazu. Jakby po prostu powiedział wyuczoną formułkę, w ogóle się do niej nie przykładając, nie dając znać, że cokolwiek dla niego znaczy.
Jego towarzych zrobił przestraszoną minę. Przepisy przepisami, ale chodziło tutaj o następczynię tronu.
— Czy ty naprawdę nie wiesz, kto to jest? — zapytał, skłoniwszy się przepraszająco.
Zapewne chętnie szturchnąłby swojego kolegę, jednak dzieliła ich szerokość drzwi. Posłał mu więc niezadowolone spojrzenie. Wiedział, jakie było prawo, lecz mimo wszystko wolał nie narażać się rodzinie królewskiej. Za bardzo lubił swoją wygodną posadę pałacowego strażnika. To nie było Nour ze swoimi morderczymi ćwiczeniami, wielkim szacunkiem, ale też wielką odpowiedzialnością.
— Zasady są zasadami. A do tego jego wysokość, król Oneji osobiście rozkazał, by nikt im nie przeszkadzał.
— Zdefiniuj „nie przeszkadzał”, żołnierzu — rozkazała Izis, skrzyżowawszy ręce na piersi. Mówiła normalnym, spokojnym tonem, całkowicie opanowana. Przeszywała spojrzeniem to jednego, to drugiego, jakby nie mogła się zdecydować, którego oddelegować najpierw.
— Nikt nie może zakłócić posiedzenia, jeśli nie ma ważnego powodu, wasza wysokość. — Po raz pierwszy w głosie strażnika rozbrzmiała jakaś emocja. Zdawać by się mogło, że był to lekki niepokój. Coś w sposobie bycia księżniczki sprawiło, że zaczął się obawiać o to, co się stanie.
— Jeśli nie ma ważnego powodu. Świetnie. — Dziewczyna uśmiechnęła się niewinnie, rozluźniwszy się. Wydawało jej się, że ma idealną przyczynę wtargnięcia. — W takim razie wchodzę.
Dotknęła dłonią koka, sprawdzając, czy po drodze nie rozwalił się. Jeszcze tego by jej brakowało, żeby wparowała do komnaty w innym stanie niż nienagannym. W końcu następczyni tronu musiała się jakoś prezentować.
Strażnicy chcieli ją powstrzymać, niestety bez większego entuzjazmu. Nie czekając na ich inicjatywę, nastolatka pchnęła zdobione drzwi i po raz kolejny znalazła się w sali posiedzeń. Tym razem wszystkie miejsca przy pokrytym papierami kryształowym stole były zajęte. Posępne twarze zwróciły się w kierunku wejścia, a Izis przystanęła, speszona.
Byli tutaj wszyscy przedstawiciele siedmiu sakiriańskich rodów Vinyt. Prędko rozejrzała się po zebranych, szukając swoich rodziców. Ojca odnalazła z przewidywalną łatwością, w końcu jako król mimowolnie odróżniał się od poddanych, nawet jeśli był skromnie ubrany. Matki jednak nigdzie nie dostrzegła. Przy okazji tych poszukiwań wzrokiem napotkała ojca Kolena. Prędko spojrzała gdzie indziej, ale posępna, surowa twarz nie dawała jej spokoju.
Cisza, która nagle zapadła w pomieszczeniu, sprawiała, że w uszach aż dzwoniło. Księżniczka otrząsnęła się z chwilowego szoku i dygnęła, przykładając zaciśniętą pięść do ramienia. Niżsi rangą dotykali go dwoma palcami, zaś rodzina królewska wykonywała właśnie taki gest.
— Księżniczko Izis, co tu robisz? — Niezręczną chwilę przerwał donośny głos króla Onejiego. — Przecież wyraźnie mówiłem, żeby nikt nie wchodził, dopóki nie zakończymy posiedzenia.
Księżniczko, pomyślała dziewczyna. A więc musiało stać się coś poważnego.
— Najwyraźniej Mendlerowie przejęli od Mirage'ów zwyczaj nieprzejmowania się poleceniami i zasadami — zauważył ojciec Kolena, mrużąc nieco oczy. Najwyraźniej Generał Armii powoli zaczynał potrzebować lepszej jakości wstawek naocznych.
Entoi Nislen słynął ze swojej bezpośredniości. Nigdy nie wahał się przed wygłoszeniem swoich „bezcennych” uwag, czym nie przysporzył sobie popularności wśród rodów. Nikt jednak nie śmiał go wyprosić w sali, w końcu był jednym z najlepszych wojowników. Niektórzy mówili, że swoimi umiejętnościami dorównywał nawet Tenebryjczykom. Jak na Generała przystało, prezentował się dobrze. Może nieco pozwalał sobie na zbyt wiele jadła, jednak sylwetkę wciąż miał umięśnioną, a w jego twarzy zachowało się coś łobuzerskiego. Coś, co Izis tak doskonale znała dzięki Kolenowi. Miał na sobie dzisiaj ciemnoniebieski mundur, tak bardzo typowy dla Nour, z czarnymi generalskimi wstawkami. Pogładził równo przystrzyżoną brodę.
— Bezczelność! — Zerwała się jedna z dam, uderzając dłonią w stół. Policzki jej płonęły, gdy przeszywała wzrokiem generała.
Entoiemu nawet nie drgnęła powieka. Stuknąwszy palcami w blat, założył nogę na nogę i odchylił się na krześle. Wszyscy zamarli, zaszokowani wystąpieniem kobiety. Mężczyzna nie był lubiany, ale nigdy nikt głośno się nie sprzeciwił. Izis wstrzymała oddech; bardziej przeraził ją ten stoicki spokój generała.
— Czyżby? — Przechylił beznamiętnie głowę, trochę jak robot, jak ktoś bezwzględny. — A zaprzeczysz, lady Coletie?
Wspomniana lady zacisnęła zęby. Policzki jej płonęły. Najwyraźniej darzyła szczególną nienawiścią Entoiego, co teraz otwarcie demonstrowała. Kurczowo trzymała brzeg stołu, aż knykcie jej zbielały. Już otwierała usta, by coś powiedzieć, kiedy...
— Dość. — Głos królowej Beulne brzmiał nadzwyczaj słabo, jednak wciąż miał w sobie jakąś królewską nutę nieznoszącą sprzeciwu.
Księżniczka drgnęła na widok swojej matki. Królowa była niezwykle blada, a w połączeniu z ciemną, typowo sakiriańską karnacją, wyglądało to naprawdę niepokojąco. Siedziała wyprostowana, zgodnie z naukami, które wpajała swojej córce, od kiedy ta była mała. Zawsze powtarzała, że niezależnie od okoliczności, królowa powinna być pełna gracji. I teraz to bezsprzecznie udowadniała.
Zakrywszy usta dłonią, nastolatka rzuciła się ku kobiecie. Chociaż rzuciła to złe słowo. Bardziej pasowałoby: pospieszyła w kierunku matki, kiedy tylko zobaczyła jej podrapane dłonie i czerwoną szramę na szyi.
— Co się stało? — Dziewczyna przystanęła przy niej, ignorując całą resztę zebranych. Rozległy się szmery, niektóre brzmiały dziwnie podobnie do protestów i skarg, że przerwano tak ważną w tej chwili naradę.
— To nic poważnego, kochanie. — Beulne uśmiechnęła się delikatnie, lecz nie przekonało to Izis.
— Nic poważnego? — Pokręciła głową.
— Księżniczko Izis. — Zanim zdołała powiedzieć coś więcej, przerwał jej głos ojca. — Czy, jeśli oczywiście pozwolisz, moglibyśmy kontynuować naradę?
Zamarła, przez chwilę nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Miała w głowie kompletną pustkę, a to, co chciała oznajmić zebranym, nagle wydało się dziwnie dziecinne i błahe. Cała ta powaga panująca w sali, doskonale wyczuwalne napięcie sprawiły, że Izis zgarbiła się nieco i potulnie skinęła głową, przechodząc gdzieś w kąt. Nawet głupi wiedziałby, że nie był to czas na dyskusje. Przynajmniej mogła się przysłuchiwać obradom.
Król Oneji z ponurą miną powrócił do przeglądania leżących na stole raportów. W tej ciszy bardzo dobrze słychać było każdy, nawet najmniejszy szelest kartek.
— Skąd pewność, że to oni? — zapytał dosyć młody chłopak. Miał długie, jasne włosy zebrane na karku w kucyka, a jego wymyślny strój sugerował, że mógł pochodzić tylko z jednego rodu – Quedatów. Miał na sobie krótki płaszcz z rozciętymi rękawami, co wskazywało już jednoznacznie na pochodzenie. — Wasza wysokość, przecież to niepodobna...
— Lordzie Haywellu — wtrąciła prędko lady Colette. — Warto rozważyć każdą możliwość, nawet tak nierealną.
Stojąc w kącie za rodzicami, Izis mogła obserwować wszelakich zebranych. W końcu kiedyś przyjdzie jej rządzić nad tymi ludźmi. I zarządzać państwem razem z nimi, nieważne czy jej się to będzie podobać, czy nie. W myślach wymieniała obecnych.
A więc Haywell Quedat w końcu zastąpił rodziców. Ciekawe, krążyły przecież plotki, że jest niekompetentny. A ten ubiór? Niby jego rodzina kocha tradycję, ale mogliby mieć troszkę więcej gustu. I czy naprawdę Lady Colette w końcu się pokazała? Nie widziałam jej od śmierci Jeinesa. Nie wygląda na jakoś szczególnie załamaną. Chyba jednak Lstyni nie osłabli. Trzeba będzie na nich uważać w przyszłości. Wiadomo, handel handlem, ale dzięki nim jest jedzenie w pałacu.
— Nierealną? — Podchwycił zaraz Pastew Ytucjow. Poprawił poły stroju, który na jego dość obwitym ciele trzymał się chyba tylko dzięki grubemu, skórzanemu pasowi. Jak zwykle próbował zamaskować swoje łysienie początkami zarostu, które sprawiały, że wyglądał na jeszcze starszego niż w rzeczywistości. — Toż to nawet więcej niż nierealne, lady Colette. Nie wydaje mi się, żeby Tenebris mógł czerpać korzyści z rozpadu Konwencji.
— Przecież wszyscy wiedzieliśmy, że się rozpadnie. Prędzej czy później — Haywell brzmiał na zrezygnowanego, co zadziwiło Izis. Był tutaj jednym z najmłodszych; miał ledwie coś koło dwudziestu ośmiu akilusów, więc dopiero co wkraczał w dorosłość. Według księżniczki to właśnie on powinien tryskać największym optymizmem. A tymczasem miął w dłoniach jakąś kartkę, pogrążywszy się w myślach.
— Ale czy to musi być właśnie teraz?
Wypowiedziawszy te słowa, Beulne wstała i zaczęła spacerować w pobliżu zwiniętych map. W jej chodzie było coś niespokojnego, ale Izis nie była przekonana co. Lekko przygarbione ramiona, co trzeci krok stuknięcie obcasem, czego zazwyczaj królowa unikała z ogromnym powodzeniem. Kraniec spódnicy smutno sunął po podłodze.
Księżniczka zesztywniała, uświadomiwszy sobie powoli, co oznaczały słowa zebranych. Konwencję Światów podpisały największe imperia, by zapewnić pokój. Zakończyć wojny. A potem stopniowo inni się do nich przyłączali.
Powstała cała rozwinięta administracja na czele z Radą, skomplikowany system handlowy. Co więcej, pamiętała doskonale, że Mowa Społu została opracowana specjalnie z tego powodu. A teraz to wszystko miało upaść przez imperium, które obiecało bronić Konwencję?
— Najważniejsze jest pytanie, co dalej? — Wstawszy, król Oneji rozłożył ręce i obrócił się, jakby w ten sposób chciał pokazać całe królestwo Sakirii.
Rozwiała mu się przy tym nieco peleryna, prawie dotykając przy tym Izis. Dziewczyna zmarszczyła nos. Jej ojciec ostatnio najwyraźniej stał się wielbicielem efektownych ruchów. Chociaż przy tym również wyglądał na niespokojnego, zupełnie jak jej matka. Zdradzało to nerwowe stukanie palcem wskazującym, gdy rękoma oparł się o stół. Nachylił się nad nim, ale nie patrzył w blat, jakby się tego można było spodziewać. Zaniepokojonym wzrokiem przyjrzał się każdemu w sali, jak paranoik, który obawia się zdrady z każdej strony. Od ich rozmowy w tej sali minęło niewiele czasu, w końcu jej wyprawa nie trwała zbyt długo, ale już zauważała niepokojące zmiany w zachowaniu rodziców.
— Musimy się uzbroić — podchwycił zaraz Entoi. Pogładził w zamyśleniu brzeg kurtki swojego munduru, jakby stwierdził, że koniecznie jego zadaniem jest natychmiastowe podanie rozwiązania. — Nasi wojownicy są dobrzy, ale, z całym szacunkiem, wasza wysokość, brakuje im naprawdę wiele do poziomu Tenebrisu. Nie chodzi mi o sprzęt, bo Hasoeny spełniają swoje zadanie aż za dobrze, aczkolwiek ulepszenia nigdy nie zaszkodzą. Ale wracając, chodzi mi o wyszkolenie. Technikę, szybkość, reagowanie. Ci tam — wskazał palcem sufit, by zebrani mogli wyobrazić sobie położenie omawianego imperium. — ćwiczą się już od dziecka. Widziałem to na własne oczy podczas jednej z nieoficjalnych wizyt. Praktycznie każdy z nich to chodzący zabójca.
— To by wyjaśniało, jak przedarli się przez osłony — mruknął do siebie Oneji, odruchowo zerkając na Beulne. Izis zmarszczyła brwi. Przecież wtedy, jak ona sama włączyła się do walki, nie było osłon nad pałacem. Bo przecież Nour sobie miała poradzić.
— Nie jestem do końca przekonana co do tych „chodzących zabójców” — odezwała się milcząca do tej pory Fierre Wiestys, wymieniwszy wcześniej porozumiewawcze spojrzenia z Xnyrem Crostabem. Wyglądało na to, że zawiązali między sobą sojusz, dzieląc inne przekonania niż większość zebranych. Dama speszyła się nieco, kiedy cała uwaga została skierowana na nią. Szybkim ruchem rozłożyła zdobiony wachlarz i ukryła za nim twarz. Wtedy podjęła, już spokojniejszym tonem: — Cały czas skupiamy się na obwinianiu Tenebryjczyków, jakby byli jedynymi istotami wszechświata. A tymczasem jest tylu innych, którzy mieli powody do siania wśród nas niezgody. A Republika Iteoeieieneiueneaninu? Wasza wysokość pamięta pewnie doskonale ich wystąpienie z Konwencji.
Oneji skinął głową, lecz na jego twarzy malował się wyraz determinacji świadczący o tym, że wywód do niego zupełnie nie dotarł. Izis wstrzymała na chwilę oddech. Zakręciło jej się od tego wszystkiego w głowie.
A więc są jeszcze inni, którzy nam źle życzą?!
— Nie zapominajmy też o istotach z Tierry — podjął się dalszych objaśnień Xnyr. Wplótł palce we włosy, zaraz jednak opuścił rękę, uświadomiwszy sobie, że taki gest nie był najlepszym rozwiązaniem. Przy tym wszystkim uderzył dłonią w blat, przez co się skrzywił. — Wybaczcie. Więc, ludzie – jak same siebie zwą Istoty Tierrańskie – mają naprawdę wiele powodów, by nas nienawidzić. Chociaż osobiście uważam, że okres Protektoriatu Sakiriańskiego pozwolił im tak udoskonalić ichniejszą technologię, że po dziś dzień powinni nam służyć.
— Myślałam, że ten okres mamy już za sobą — wtrąciła się lady Colette, unosząc brew. Nie lubiła powracać myślami do tamtego czasu. — Tierranie nas nie docenili. Ale nie sądzę, żeby sami byli w stanie skonstruować statki czy przejścia, żeby dostać się aż tutaj. Chyba, że Normaxis ponownie przejęli Protektorat.
— A Osiedleńcy? — odezwała się nagle Izis, ku zaskoczeniu wszystkich. Zgromadzeni tak pochłonięci byli dyskusją, że zapomnieli o obecności księżniczki.
— Izis, skarbie, nie teraz. — Beulne podeszła do córki i położyła jej dłoń na ramieniu. Uśmiechnęła się, chcąc uspokoić wzburzoną dziewczynę.
— A kiedy? — Księżniczka potrząsnęła głową, po czym kontynuowała. — Wszyscy wiemy, że nikt normalny nie zostaje na Tierrze na dłużej.
— Księżniczko, to naprawdę nie jest pora. — Oneji stanął naprzeciwko niej, zakładając ręce na piersi. Efekt osłabiły nieco nonszalancko podwinięte rękawy białej, zdobionej haftami koszuli. Nachylił się do niej, po czym stuknął ją delikatnie palcem w czoło. — Następczyni tronu musi nauczyć się słuchać. A przede wszystkim — wyprostował się, zdecydowawszy, że nie ma sensu poświęcać więcej uwagi córce. — wyciągać wnioski. — A więc zostawmy może gdybanie co do tożsamości napastników. Czy ktoś może ma propozycję innego rozwiązania?
~*~
Ta pościel była taka miękka. Chyba byłaby w stanie oddać całe królestwo, by nie musieć już nigdy więcej ruszać się z łóżka. Dziewczyna z cichym jęknięciem przewróciła się na plecy i otworzyła oczy. Uderzyła ją jasność promieni słonecznych, bo jak zwykle po powrocie zapomniała zasłonić rolet. Była tak zmęczona, że w zaśnięciu nie przeszkodziło jej nawet słońce, które jakiś czas wcześniej wzeszło.
Laura przejechała dłonią po twarzy i skrzywiła się. Całkiem zapomniała o tej zszytej ranie. Będzie musiała coś z tym później zrobić. Chyba gdzieś jeszcze miała tę maść, co kurowała nią skaleczenie na łydce. Powoli wracały do niej wydarzenia z nocy. Przewróciła się raptownie na plecy i przykryła głowę poduszką, zdawszy sobie sprawę z idiotycznej kłótni z Ramonem o policzek. Czy ona naprawdę wyzwała go na pojedynek?
— Desiro, jestem taką idiotką — powiedziała do siebie, lecz poduszka stłumiła jej słowa, zmieniając je bardziej w niewyraźny pomruk. — Cholera, przecież to jest Ziemia!
W końcu odrzuciła poduszkę, czując, że dłużej pod nią nie wytrzyma. Podwieszane łóżko zakołysało się, gdy przesunęła się na jeden z jego krańców i sięgnęła do stolika, by wziąć swoją komórkę. Przespała pół dnia, starając się odzyskać siły. Przy okazji natrafiła na opakowanie maści, które to zaraz otworzyła. Prędko posmarowała zranienie, prawdopodobnie łamiąc wszelakie zasady postępowania z ranami. W tej chwili nie miało to dla niej znaczenia. Nie chciała mieć blizny, więc zastosowała maść z importu. Od kosmity, ale to były szczegóły.
Bardziej zmusiła się, niż zdecydowała, do wstania. Zakręciło jej się w głowie, lecz zwaliła to na karb przeżyć zeszłej nocy. Zaśmiała się głośno z lekką nutą szaleństwa. To wszystko mogło skończyć się tak źle. Przytrzymała się jednego z łańcuchów, na którym wisiała cała konstrukcja jej łóżka.
— Phoenix, chyba nie jesteś leszczem, co?
Mieszkanie w pojedynkę miało mnóstwo swoich zalet. Nikt jej nie rozkazywał, była swoją panią. Ale z drugiej strony? Nie miała z kim rozmawiać, więc zaczęła mówić do siebie.
Włosy śmiesznie sterczały jej na wszystkie strony, pouciekawszy z warkocza, którego u Testeo tak starannie splotła. Prędko doprowadziła się do porządku w niewielkiej łazience, po czym boso pomaszerowała do połączonej z salonem kuchni, by zatrzymać się w jej progu z zaskoczoną miną.
— A to ki diabeł?
Potarła oczy, po części wciąż myśląc, że śni czy lunatykuje. Ale nie. Dziwna paczka leżąca wesoło na jasnym blacie nie zniknęła. Wkroczyła do pomieszczenia, obchodząc wąski stół z dziwnym „gościem” i trzema krzesłami; każde miało jedną, wysoką nogę. Dwa z nich stały od strony kuchni, jedno sąsiadowało z salonem. Czyli nikt niczego nie przestawiał.
— Jeśli Ramon znów się tu włamał — zwróciła się do paczki nieco niepewnym tonem — to tym razem naprawdę pożałuje.
Podeszła do wiszących nad zlewem szafek. Otworzyła jedną z nich i wyjęła swój ulubiony kubek w gwiazdki. Nastawiwszy czajnik, odwróciła się do dziwnego zjawiska. Ni stąd, ni zowąd uderzyła dłonią w czoło.
— Co ja wyprawiam! A gdzie moja gościnność? Z chęcią poczęstowałabym cię czymś do jedzenia, ale wszystko, co przygotuję, jest albo przypalone, albo wychodzi zakalec. Napijesz się czegoś? Nie? No, trzeba przyznać, nie jesteś problematyczną paczką.
Wspomniana paczka niestety nie była w stanie jej odpowiedzieć, dając przy tym pokaz naprawdę złego wychowania. Laura potrząsnęła głową, wracając do swoich obowiązków. Uśmiechnęła się do siebie.
Błądziła myślami, wspominając swoje początki w tym mieście. Kiedy po raz pierwszy wpadła na Mayleen, tamta musiała pewnie uznać nastolatkę za obłąkaną. Bo jakie inne wrażenie może wywołać dziewczyna w potarganym stroju, która włóczy się bez celu po ulicach. Nie miała wtedy bladego pojęcia, co począć. A ten świat był dziwny...
Ale z drugiej strony niepokojące było to, że tak szybko ją odnaleźli, zaproponowali współpracę. Obiecali jej tajną agencję, działającą w cieniu (przynajmniej to gwarantowała Mayleen), a tu nagle wkracza ONZ. Tak się cieszyła na zostanie agentką. Do tego wszystko zawdzięczała WOfAC. Nawet załatwili jej to mieszkanie, nie mówiąc o pokrywaniu opłat...
Gwałtowny gwizd czajnika nagle wyrwał Laurę z rozmyślań. Drgnąwszy, gwałtownie odsunęła dłoń od palnika. Co też ona najlepszego wyprawiała?!
Potrząsnęła głową, burząc swoje włosy, które ledwie przed chwilą doprowadziła do porządku. Przez chwilę wpatrywała się w swoje odbicie na powierzchni czajnika. Uporczywy dźwięk drażnił ją. Szybkim ruchem wyłączyła gaz i porwała z blatu nóż. Musiała wyglądać nieco przerażająco z tym dziwnym uśmiechem, potarganymi lokami i cieniami pod oczami, których nie powstydziłby się nawet Testeo. Obwódki jej tęczówek były w tej chwili czarne jak bezkres kosmosu.
W paru susach dopadła paczki, zapominając zupełnie o zagotowanej wodzie na herbatę. Bose nogi marzły jej przy spotkaniu z kafelkami, lecz nie do końca to do niej docierało. Nagle zapragnęła dowiedzieć się, co też takiego dostała.
Sam pakunek był dziwny. Elastyczny. Zupełnie jak nie karton, którego się spodziewała. Odłożywszy nóż na blat, tknęła materiał palcem. Przeskoczyły drobne iskry, zdradzając, że opakowanie składało się w jakiejś części z energii. Więc paczka nie mogła pochodzić z Ziemi, skoro pakunek miał pochłaniać nadmiar napięcia towarzyszącego przechodzeniu przez portale. Takich samych materiałów używano do budowy tych nielicznych statków kosmicznych...
Szybkim ruchem złapała nóż i już prawie rozcięła opakowanie. Zaskwierczały iskry, parę nawet spadło na jej lewą rękę. Jedyną reakcją dziewczyny był cichy syk. Dopiero teraz zauważyła leżącą obok prawie przezroczystą tabliczkę z migającą diodą. Laura nacisnęła ją, a wszystkie trybiki w jej głowie wskoczyły na swoje miejsce. Wyświetlił jej się hologram z krótkim, dziwnym zapisem.
„Nie chciałem cię budzić, chyba potrzebujesz odpoczynku. No cóż, przynajmniej to mówią moje szybkie obliczenia na temat czasu. Ciesz się, nie szalej. Ach, no i nie zmarnuj tej chwili, którą mogłem poświęcić na obliczenia. Wiesz, ile zajmuje zorganizowanie tego wszystkiego?
Oriste!
Testeo”
— Testeo, jesteś geniuszem! — zawołała Laura, patrząc w sufit, jakby chciała, żeby chłopak ją usłyszał. Co z tego, że był prawdopodobnie miliardy lat świetlnych od jej mieszkania.
Teraz już spokojnie otworzyła paczkę, odkrywając zapasy leku na przynajmniej dwa miesiące. Uśmiech rozjaśnił jej twarz, aż w oczach błysnęły iskierki radości. Uspokoiła się, doskonale wiedziała, że z tym specyfikiem ból jej niestraszny.
Oparła głowę o dłoń i wpatrywała się w podarunek. Zębami przygryzła ostrze noża, jak dziwna psychopatka, która zrobiła sobie przerwę w pracy. Nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co robi. Wtem drgnęła, gdy ekran porzuconej tabliczki zamigał, a wokół niej pojawiły się hologramy. Otworzyła lekko usta, nie za bardzo wiedząc, w którą stronę skierować swój wzrok. Zaatakowały ją artykuły o różnorakich, krzykliwych nagłówkach.
„Sakiria wypowiada wojnę!”
„Sakiriańska księżniczka niszczy Konwencję Światów”
„Zdrajczyni była wśród nas”
Co.
— Chwila, chwila, chwila. Testeo, coś ty mi tu przysłał? — mruknęła do siebie Laura. Kliknęła pierwszy z brzegu artykuł. Pojawiło się jeszcze więcej podstron i zdjęć.
„Konwencja Światów wisi na włosku. Całe nasze życie było spokojne, a te parę słów może to zniszczyć w jednej chwili – komentuje niedawne wydarzenia wister Juygo Gargiele.
Wystąpienie sakiriańskiej księżniczki podczas ostatniej Rady Światów zaszokowało niejednego obecnego władcę. Księżniczka Izis Cristalina Postenia Vyeialoia Mendler rzuciła publiczne oskarżenie. Według niej Zjednoczone Imperium Protektoratu Tenebryjskiego stało za tajemniczym atakiem na pałac sakiriański.
Tylko dlaczego wychodzi to na jaw dopiero teraz? Od tej burzliwej Rady minęło już parę Helisów. Król Oneji nie udzielił nam odpowiedzi na to pytanie. Pozostali władcy mają podzielone opinie. Niektórzy, jak prezydent Ushy Vste, twierdzą, że była to prowokacja...”
Laura nie czytała dalej, zamknęła prędko artykuł, czując się strasznie nieswojo. Kiedy prosiła o wiadomości, nie przypuszczała, że będą aż tak złe! Przełknęła ślinę i ześliznęła się z krzesła. Odłożyła powoli nóż i zawahała się przed przeczytaniem kolejnej rzeczy. Domyślała się, że będzie dotyczyła tej całej Izis.
Przez chwilę się zastanawiała, analizując w myślach każde przeczytane słowo. Jeśli news był prawdziwy, a wątpiła w to, że Testeo podesłał jej coś z niesprawdzonego źródła, to sytuacja rysowała się nieciekawie. Mówić potajemnie złe rzeczy o Tenebrisie to jedno, otwarcie oskarżyć imperium to zupełnie inna kwestia. A dokładniej sprawę ujmując – niebezpieczna.
Nawet jeśli polityka bezpośrednio jej nie dotyczyła, dzięki swojej obsesji była na tyle zorientowana w poczynaniach państw Konwencji, że doskonale zdawała sobie sprawę z konsekwencji. O ile oczywiście była to prawda, jak to powtarzała w myślach. Odetchnęła głęboko.
— Może znajdę coś lepszego, nie? — zwróciła się do tej dziwacznej ciszy i pustki w jej mieszkaniu. Na usta wrócił jej kpiący uśmieszek, którym próbowała zamaskować niepokój. Powoli pojawiała się ta złośliwa Laura, wypierając tę pełną wątpliwości. — W końcu nie może być aż tak źle, nie?
Nastolatka zdecydowała się przeczytać o zdrajcy. Nacisnąwszy nagłówek, zamarła z dziwacznym grymasem na twarzy. Wyglądało to na coś w rodzaju połączenia przebłysku gniewu oraz wszechogarniającego zdumienia, które wbijało w ziemię, nie pozwalając się poruszyć.
Artykuł był naprawdę obszerny, ale od razu w oczy rzuciło jej się nagranie z wystąpienia reogis. Laura zadrżała, zobaczywszy nieruchome spojrzenie tych dziwnych, czerwonych oczu. Jak w transie wyciągnęła rękę, by ożywić obraz.
Cofnęła się, nie włączając nagrania. Przekrzywiła głowę jak dzikie zwierzątko, badając całość obrazu. Widziała stolicę – Kulloso – nowoczesną, piękną i tak odległą. A wśród tej wszelakiej technologii była reogis Sorun. Długie, fioletowe włosy pozostawały w wiecznym kontraście z oczami władczyni. Wysoka i dumna, tak Laura określiła ją w myślach, patrząc na twarz monarchini. Świetliste rogi prezentowały całą swoją okazałość, błyszczące i nieco transparentne. Poza władczyni emanowała gracją, ale też surowością i chłodem. Sorun miała poważną minę, lecz nie tylko to rzucało się w oczy. Najbardziej raził fakt, że nigdzie nie dało się spostrzec nikogo z rodziny panującej.
Nastolatka czuła, jakby czas zwolnił. Co było praktycznie niemożliwe, biorąc pod uwagę fakt, że czas nie ma prędkości. Tak przynajmniej powiedział jej pewien kolega z mat-fizu, kiedy zapytała o argumenty do burzliwej wymiany zdań z inną znajomą.
Była tylko ona i kosmiczna technologia. Gdyby ją ktoś teraz zobaczył, miałaby poważne kłopoty. Mogłaby się założyć, że oskarżono by ją o spiskowanie przeciwko Ziemi.
Zacisnęła dłonie w pięści, boleśnie wbijając sobie paznokcie w skórę. Kolejny raz spróbowała włączyć nagranie. Ponownie wyciągnęła prawą rękę, by musnąć palcami projekcję. Była blisko, jeszcze kawałek i...
Spanikowana podskoczyła, usłyszawszy przenikający bębenki uszne dzwonek do drzwi. Zamrugała szybko oczami, przez chwilę nie wiedząc, co robić. Otworzyła je szeroko i prędko wyłączyła hologramy. Złapała tabliczkę oraz paczkę z lekiem, by jak najszybciej schować je w jednej z szafek.
Nikt nie mógł tego tu zobaczyć.
Czuła spływający po plecach pot, ale planowała to zrzucić na ciepło dnia. Ostrożnie podeszła do drzwi, nagle zrobiwszy się niezwykle czujną. Aby wejść do budynku, trzeba było mieć własny klucz albo znać kod. Laura nie pamiętała, żeby udostępniała komuś klucze.
Zerknęła przez judasza i aż się cofnęła. Z drugiej strony jak gdyby nic stał sobie Raymond.
Otworzyła gwałtownie drzwi i zablokowała je stopą.
— Um, cześć? — Raymond przekrzywił głowę i uniósł dłoń w geście powitania. Laura zmierzyła go wzrokiem od dołu do góry, jakby był kolejnym kosmitą na jej drodze. A co za dużo, to niezdrowo. — Mogę...
— Nie — przerwała mu z poważnym wyrazem twarzy. — Nie pójdę z tobą do łóżka, tylko dlatego, że wiesz, gdzie mieszkam.
Chłopak zamarł, zdumiony, a Laura w tym czasie zaczęła zamykać drzwi, chcąc jak najszybciej powrócić do przeglądania wiadomości.
— Czekaj, co? — Zareagował instynktownie, ramieniem zapobiegając zostawieniu go na korytarzu. — Broń Boże, nie!
Laura zmarszczyła brwi, trawiąc informację.
— Nie wierzę. Nie, fanfiki by nie kłamały. I opowieści niskich lotów. — Spojrzała prosto w jego brązowe oczy. Potrząsnęła głową jak zakręcona nastolatka. Gładko opanowała przerażenie. Tylko głos miała o pół tonu zbyt wysoki. Miała więc nadzieję, że Raymond niczego nie zauważy, skoro znali się tak krótko. I skoro mówiła po angielsku. — A może jednak?
Chłopak podrapał się po głowie z zakłopotaną miną. Najwyraźniej nie spodziewał się takiego przywitania ze strony dziewczyny.
— Wiesz, poleciłbym normalne książki, ale na to chyba jest już za późno.
— Za późno? — Uniosła brwi. Chłopak ją zadziwiał. Znali się tak krótko, a już w jakiś magiczny sposób nawiązali nić porozumienia. Na szczęście jeszcze nie śmiała się przy nim jak idiotka. Uchyliła nieco szerzej drzwi, ale wciąż nie zaprosiła go do środka. Najpierw musiała się dowiedzieć, czego agent Davis mógł chcieć. — Nie powiedziałabym. Po co przyszedłeś?
— Nie zaprosisz mnie do środka? — Raymond wskazał wolną ręką wnętrze mieszkania, drugą wciąż przytrzymując drzwi w obawie, że dziewczyna zatrzaśnie mu je przed nosem.
— Nie.
— No dobrze, nie tak to sobie wyobrażałem... — Przerwało mu prychnięcie nastolatki, które zignorował.
— Możesz mówić. — Z lekkim uśmiechem przewróciła oczami. — W pobliżu nie ma żadnych moherów, więc nikt nie ogarnie, że tu jesteś. A większość lokatorów jest w robocie.
— Ratujesz mi normalnie życie — mruknął głosem nasączonym ironią i poprawił włosy. Nie za bardzo wiedział, co robić w takiej sytuacji.
Laura wzruszyła tylko ramionami. Wciąż była boso, ale na szczęście w tym pośpiechu nóż pozostawiła w kuchni. I nie była w piżamie. Jeszcze tego by jej brakowało – spotkać się w kimś w takim stroju. Albo biegać po mieście ze swoim tak zwanym „crushem”, ukrywając się przed tłumem psychofanów jak bohaterka jednego z seriali, na który się kiedyś przypadkiem natknęła.
— No mówże wreszcie, po co tu jesteś, bo ja naprawdę nie mam czasu.
Odchrząknąwszy, chłopak w końcu puścił nieszczęsne drzwi i schował ręce do kieszeni dżinsów.
— Mayleen uparła się na jakieś treningi. A że na razie jestem w Polsce i Matthew nie ma ochoty cię widzieć, to postanowiłem, że razem potrenujemy.
Nastolatka skrzywiła się. Skrzyżowała ręce na piersi, przewróciwszy oczami. Może i uratował jej skórę, ale to nie oznaczało, że mógł sobie teraz stawiać żądania. Już otwierała usta, żeby zaprotestować, jednak Raymond nie dał jej dojść do słowa.
— Nie przyjmuję odmowy. Nawet o tym nie myśl — zastrzegł i uniósł do góry palec. Potem krytycznie przyjrzał się jej strojowi. — Tylko weź, ubierz coś odpowiedniejszego.
Laura spojrzała na swoje spodenki i T-shirt. Wzięła w palce materiał bluzki i pomachała nim.
— A co z tym jest nie tak? Przecież biegać też się da w szortach. Co prawda dżinsowych, ale szortach.
Raymond uśmiechnął się do niej, a Laurze przeszedł po plecach dreszcz. Gdzieś w jej pamięci ożyło wspomnienie, jak poruszona przypadkową kroplą nić pajęczyny jej umysłu. Czaiło się z tyłu jej myśli, jednak dziewczyna zepchnęła je na samo dno, postanowiwszy zająć się nim później.
— Nie byłbym tego taki pewien. Leć się przebrać. Poczekam tu.
~*~
Izis wyszła z niezadowoloną miną z komnaty. Nie dowiedziała się niczego nowego, co mogłoby ją chociaż trochę naprowadzić na ślad Kryształu. Jak na razie miała do dyspozycji parę mętnych wskazówek, starą księgę, której nie zdążyła do końca przejrzeć, i uciekający nieustannie czas.
A rody Vinyt wciąż dyskutowały nad tymi samymi tematami, praktycznie nie posuwając się przy tym ani o krok do przodu. Izis niezbyt wiele mogła w tej kwestii zdziałać, dopóki nie zostanie królową. Przecież oni wszyscy byli „radą” rządzącą planetą. Oczywiście Mendlerowie mieli do powiedzenia najwięcej, do nich też należała ostateczna decyzja, lecz bez pozostałych nic by mimo wszystko nie zdziałali, bo każdy z rodów zajmował się inną, ważną dziedziną.
W przejściach wciąż panował harmider, więc księżniczka nie mogła zebrać myśli. Do tego z pewnej odległości eskortowali ją strażnicy, uważnie rozglądając się na boki. Pewnie miała ich nie zauważyć, jednak ich przesadna ostrożność aż nadto rzucała się w oczy.
Zmierzała w kierunku swojej komnaty, kiedy spostrzegła Haywella. Opierał się nonszalancko o ścianę ze skrzyżowanymi ramionami. Izis pomyślała, że brakowało mu tylko kapelusza na głowie oraz słomy w zębach, żeby wyglądał jak jakiś wieśniak. Nie jej wina, że miała takie, a nie inne skojarzenie.
Zmyliła krok, ale nie zatrzymała się, wiedząc, że tę pomyłkę zamaskował dół sukni. Jakoś tak tylko uniosła wyżej głowę. Planowała przejść obok niego obojętnie. Haywellowi mogło brakować kompetencji, ale zachowywał się jak dandys, często do tego wykorzystując przewagę płynącą z pozycji, czego niestety nie pokazał na zebraniu.
— Wasza wysokość. — Młody Quedat oderwał się od ściany i wymyślnie skłonił, sprawiając, że Izis, chcąc nie chcąc, musiała się zatrzymać. Porozmawiać. Poświęcić mu chociaż chwilę swojego tak cennego czasu.
— Lordzie Haywellu. — Księżniczka omiotła wzrokiem otoczenie. Zauważyła, że jej cicha, tajemna eskorta również stanęła, lecz w odległości, gotowa na każdą ewentualność. Dziewczyna nie za bardzo wiedziała, co dodać.
— Przepiękna dzisiaj pogoda, nieprawdaż? Czy mogę zająć waszej wysokości chwilę? — Wyciągnął w jej stronę dłoń.
Izis przez chwilę się wahała. Nie wypadało jej odmówić. Jednak z drugiej strony jakaś maleńka jej część chciała zobaczyć zawiedzioną minę Haywella. Razem z tą myślą, ujrzała zawiedzione miny rodziców. Zesztywniała lekko, lecz przyjęła ofertę.
— Oczywiście, lordzie Haywellu.
Ruszyli razem korytarzem. Co chwilę ktoś im się kłaniał, musiał ustępować drogi. W pałacu cały czas kwitło życie. Nawet jeśli istniały przejścia dla służby, to i tak część z pracowników posługiwała się głównymi korytarzami, pełniąc jednocześnie role przewodników dla mniej zorientowanych. Było też wyjątkowo wielu strażników, ale nikogo to nie dziwiło ze względu na napiętą sytuację.
Izis wiedziała, że rodzice w końcu musieli poinformować media o wydarzeniach z Rady Światów i tego dziwnego ataku. I to ją przytłaczało.
Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że wyszli do pałacowych ogrodów i zatrzymali się przed dużą rzeźbą, przedstawiającą dwoje młodych Sakirian jadących na gideu, a Haywell coś do niej mówił.
— Nie każdy wie, wasza wysokość, że autor rzeźby na samym początku chciał tylko gideu. Niech wasza wysokość spojrzy. — Haywell wskazał wolną ręką na ciemniejszą kreskę w kamieniu. Puścił ramię Izis i podszedł do dzieła. — W tym właśnie miejscu zdecydował się na coś innego. Dlatego wydaje się, że coś jest nie tak z rzeźbą.
Z jakimś nabożnym podziwem wpatrywał się w posąg, stojący w otoczeniu rozmaitych krzewów i kwiatów. Pokiwał ze zrozumieniem głową i odwrócił się do Izis. Dziewczyna zadrżała, widząc jego wyraz twarzy.
— Tylko głupcy tego nie dostrzegają. — Uśmiechnął się do niej z błyskiem w oku, a ona postąpiła krok w bok, niby chcąc przyjrzeć się masywnemu zwierzęciu. Pod jej nogami zachrzęściły kamienie, którymi wysypana była ścieżka.
Ogromne skrzydła wyglądały, jakby w każdej chwili wierzchowiec miał się zerwać do lotu. Izis przemknęło przez myśl, że właśnie przez gideu narodziły się tierrańskie opowieści o pegazach. Jednak to zwierzę w niczym nie przypominało smukłych koni, o których tak marzyły dzieci. Róg wyglądał na ostry, a zawijasy na nim potęgowały wrażenie jego delikatności. Lecz masywny, umięśniony tułów, łapy o ostrych pazurach i długi, wąski ogon zakończony zgrubieniem, z którego wychodził kolec, sprawiały, że całe poprzednie odczucia obserwatora zmieniały się o sto osiemdziesiąt stopni. Do tego na wpół otwarty pysk ukazywał ostre zęby, a dwie pary ślepi zdawały się śledzić każdy, nawet najmniejszy ruch obserwatora.
— Czyżbyś, lordzie Haywellu, pragnął porozmawiać tylko o sztuce? — Izis odezwała się, przyjmując swój oficjalny ton. Najwyraźniej udaremniła szlachcicowi próbę podjęcia kolejnego monologu o sprawach, które jej kompletnie nie obchodziły.
— Ależ nie. — Młodzieniec wyglądał, jakby ocknął się z transu, w który wpadł, jak tylko zobaczył rzeźbę. — Chcę pokazać waszej wysokości coś jeszcze.
Zanim księżniczka zdołała zaprotestować, ten prędko podszedł do posągu, a wręcz wszedł do niego, dłońmi gładząc od spodu brzuch gideu.
— Nie wszystko jest tym, czym się wydaje. — Posłał jej tajemniczy uśmiech.
W końcu znalazł to, czego szukał. Wcisnął coś na rzeźbie i wrócił do Izis. Dziewczyna otworzyła szerzej oczy, nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczyła. Cały materiał stracił swoją barwę. Mogła zobaczyć wnętrze posągu. Wypełniały go rozmaite tryby i trybiki, taśmy, śrubki, przekładnie i nie wiedziała co jeszcze, bo nie rozpoznawała tych rzeczy.
Z pozoru prosta rzeźba okazała się skomplikowaną maszyną.
— Fidello był geniuszem — szepnął do niej Haywell, a w jego głosie zabrzmiał niezmierny podziw.
Splótłszy dłonie i zacisnąwszy je mocno, by ukryć ich drżenie, Izis w końcu oderwała wzrok od mechanizmu. Łagodny podmuch poruszył jej suknią. W oddali zaskrzeczał jakiś ptak.
— A... ale... po co? — zapytała, starannie próbując modulować głos. Szlachcic nie mógł przecież zauważyć, że dziwne zjawisko aż tak nią wstrząsnęło. Nie była do końca pewna, dlaczego zareagowała w taki, a nie inny sposób. Możliwe, iż w ostatnim czasie zbyt dużo się wydarzyło, żeby mogła reagować normalnie.
— Nie wszystko jest tym, czym się wydaje, że jest. — powtórzył. Haywell najpierw rozejrzał się uważnie dookoła, przez chwilę zatrzymując na oknach pałacu, a potem nachylił się w jej stronę, wyraźnie naruszając przy tym przestrzeń osobistą księżniczki. — Mało kto rozumie Fidello. I wie o podwójnej naturze jego dzieł.
Izis cofnęła się o krok.
— Ale czy to niezrozumienie Fidello musi stać akurat w pałacowych ogrodach? I wychodzić na jaw właśnie teraz?
Upewniła się, czy gdzieś tam jeszcze byli jej strażnicy. Na szczęście tak, stali jakieś dziesięć metrów od nich i udawali, że podziwiają pewną wyjątkowo kolorową kępę kwiatów.
Bardzo dobre alibi, pomyślała z przekąsem księżniczka i na powrót spróbowała zapanować nad swoją mimiką. Na jej twarzy na chwilę pojawił się grymas niezadowolenia. Jakiś pojedynczy znak zabłysnął na jej dłoni i zaraz zgasł jak zdmuchnięty płomień świeczki.
Szlachcic przestąpił pół kroku do tyłu, przekrzywił głowę i trwał tak przez nieznośnie długą dla Izis chwilę, podczas której zdążyła już poczuć się nieswojo. Jakby to uczucie było dla niej nowe.
— Wasza wysokość naprawdę w to wszystko wierzy — stwierdził ze zdumieniem i uniósł wysoko jasne brwi, porażony swoim odkryciem. Pokręcił głową i wziął się pod boki, zupełnie jak matka chcąca skarcić niesforne dziecko. Nagle wydał się o wiele przytomniejszy, niż kiedy mówił o rzeźbie. — Naprawdę? Tylko tyle wasza wysokość zrozumiała z całej mojej długiej przemowy?
Dziewczyna przygryzła lekko wargę i skrzyżowała ręce. Głupio jej było przyznać, że części wywodu w ogóle nie zarejestrowała, a część do momentu zmiany pomnika jej po prostu nie interesowała.
— Oczywiście, że tak. — Haywell odpowiedział sam sobie. Kopnąwszy przypadkowy kamień ze ścieżki, mruknął coś do siebie, jakby zastanawiał się, co dalej zrobić. Ogarnął z czoła kosmyk jasnych włosów. Jak na Sakirianina miał wyjątkowo jasną karnację, ale źrenice jego lodowo błękitnych oczu były jak u każdego innego przedstawiciela tej rasy – nie czarne jak u ludzi, lecz o odcień ciemniejsze od tęczówek.
— A co to ma do rzeczy? — Izis w końcu odważyła się odezwać. Była w końcu księżniczką, nie mogła tak po prostu zamilknąć, pozwalając szlachcicowi wygrać tę pewnego rodzaju swoistą dyskusję.
Mężczyzna podszedł do krzaka rosnącego nieopodal pomnika. Musnął palcami liście, a potem nagłym ruchem urwał gałązkę. Wyglądał na przygnębionego.
— Pewnie mnie za to aresztują — powiedział tak cicho, by Izis nie usłyszała. Odwrócił się i w paru krokach już był przy niej. Położył jej ręce na ramionach, spojrzał głęboko w oczy, dostrzegając w nich tylko zdezorientowanie i narastający gniew, który dziewczyna starała się ukryć. Wziął głęboki oddech i, zanim księżniczka zdążyła jakkolwiek zareagować, wyrzucił z siebie: — Niech wasza wysokość nie wierzy we wszystko, co się waszej wysokości mówi. Te wszystkie intrygi... Nie mogę powiedzieć całej prawdy, obiecałem. Ale niech wasza wysokość wie, że za tym wszystkim kryje się coś więcej. Polityka to brudna sprawa, zawsze to powtarzałem. Gdyby nie to, że mych rodziców ar... musiał ktoś zastąpić, nigdy bym się w to nie pchał.
Izis z początku zesztywniała. Kiedy już minął pierwszy szok, zmarszczyła gniewnie brwi. Jak on śmie zachowywać się wobec mnie w ten sposób? Kiedy tylko skończył, szarpnęła się gwałtownie, uwalniając z uścisku, który bardzo jej się nie spodobał.
Po jej dłoni przemknęły znaki i już trzymała w niej kryształ, którym mierzyła w Haywella.
— Czyżbyś, lordzie, oskarżał o coś mój ród? — rzuciła, dziękując w myślach, że stała tyłem do strażników, którzy w ten sposób nie mogli dostrzec prowizorycznej broni w jej rękach. Rodzice nie pochwaliliby takiej gwałtowności, gdyby ktoś im o tym doniósł.
— I w tym właśnie jest problem. — Młody Quedat spróbował uniknąć odpowiedzi na niezręczne pytanie. — W tej ślepej lojalności. Przyjmowaniu wszystkiego, bez podawania tego w wątpliwość.
— Lepiej uważaj na słowa, lordzie — syknęła Izis, dobitnie akcentując jego tytuł.
Nie zważając na nic, odwróciła się na pięcie i odmaszerowała w stronę pałacu. Haywell przez chwilę patrzył na nią ze zdumioną miną. W końcu, gdy był już pewien, że go nie zobaczy, skrzywił się i ze złością kopnął kamienie.
~*~
Słońce właśnie zaszło za chmurę, dając chwilę wytchnienia od promieni. Nawet jak na lato było wyjątkowo ciepło, a mimo to w okolicy nie miało być żadnych burz.
Marta zaśmiała się głośno i w ostatniej chwili uskoczyła w bok. Dosłownie milimetry od niej przeleciał balon wypełniony wodą. W biegu schyliła się, porywając parę pocisków ze specjalnie przygotowanej sterty pod drzewem.
Czuła się w tej chwili jak dziecko. Było zupełnie tak, jakby nagle przeniosła się z powrotem do radosnych czasów dzieciństwa. Skryła się za kolejnym pniem, by móc w spokoju obserwować, co planował jej chłopak.
Kiedy powiedział, że zabiera ją na randkę, spodziewała się czegoś zupełnie innego. Myślała, że pójdą razem do „Delicji” na jakieś dobre ciasto, pospacerują po mieście, pójdą na plażę popływać albo obserwować zachód słońca. Ale nie wpadła na to, że Nikodem zaprosi ją do siebie na wieś, a potem zaprowadzi na łąkę, czy jakkolwiek nazywało się to miejsce. Dawniej w tym miejscu było pole uprawne, lecz po śmierci właściciela, spadkobiercy niezbyt przejmowali się losami działki. Kawałek dalej zaczynał się las, z którego osłony blondynka chętnie korzystała, gdy chciała zaplanować kolejny ruch.
— Tu cię mam! — rozległ się nagle za nią znajomy głos.
Odwróciła się prędko, w dłoni dzielnie trzymając balon z wodą. Była gotowa go rzucić w „napastnika”, lecz spóźniła się. Ułamek sekundy później na jej ciemnoniebieskiej bluzce pojawiła się kolejna mokra plama.
— Nikodem — pisnęła i odwdzięczyła się tym samym. Nieco źle wymierzyła odległość, więc zamiast w tors, trafiła go w głowę. Zakryła dłonią usta, chichocząc nerwowo.
Czarne włosy chłopaka zlepiły się w kosmyki, z których jeden śmiesznie biegł mu przez środek czoła. Marta wspięła się na palce, żeby mu go odsunąć, co Nikodem wykorzystał, by złapać ją za ręce. Spojrzał jej prosto w oczy.
— Co jest? — Zmarszczył lekko ciemne, proste brwi.
— O co ci chodzi? Przecież wszystko jest okej. — Serce dziewczyny zabiło nieco szybciej, jak za każdym razem, gdy ktoś zadawał takie pytania. Marta uśmiechnęła się nieco krzywo, nagle przypominając sobie wydarzenia z nocy.
Sądziła, że ten cały „ptak” był elementem jej snu, a tymczasem rysa na podłodze wciąż istniała, karteczka leżała tam, gdzie ją zostawiła. Jednak kiedy wróciła po śniadaniu, obie zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Otrząsnęła się z tych myśli. Nikodem nie powinien dowiedzieć się, że jego dziewczyna zaczynała szaleć i pewnie niedługo zamkną ją w wariatkowie. Jeśli tylko to się wyda. Nagle pożałowała, że powiedziała Laurze o tym całym Tranburze... Tangurze? Mniejsza. Nawet nie pamiętała już, co tamtej facet jej powiedział. A równie dobrze to wszystko mogło być z przemęczenia. Jeśli to się kiedykolwiek powtórzy – wyjaśni mu wszystko.
— Na pewno? Wyglądasz, jakbyś się czymś martwiła.
Marta spojrzała na niego. Jego czarne włosy lekko kręciły się na końcach od tej wilgoci. Powinien już je przyciąć, stwierdziła w myślach. Był wysoki, chudy i... trenował z nią od lat. Znała na wylot te szarozielone oczy, dołeczki w policzkach, pociągłą twarz. To on do niej jako pierwszy podszedł, gdy był jej pierwszy dzień w klubie. Motywował ją, wspierał. Coś ścisnęło ją w piersi.
Nagle napełniła ją niezmienna pewność, jak za każdym razem, gdy stawała na linii startu.
— Na pewno. — Jej spojrzenie stwardniało, więc szybko odwróciła wzrok, żeby Nikodem w niczym się nie zorientował. — Zawody mi nie dają spokoju i tyle.
— Tobie? Zawody? — zaśmiał się chłopak, cofnąwszy się o krok. Pokręcił głową z udawanym niedowierzaniem. Nie musiał nic więcej dodawać, Marta od razu zrozumiała niewypowiedziane słowa.
— Nawet najlepszym się zdarza. — Wzruszyła ramionami.
Odwróciła się w kierunku lasu, chcąc nacieszyć się jego zapachem. Przymknęła na chwilę oczy, a gdy je otwarła, coś dziwnie błysnęło jej w świetle słonecznym. Zmarszczyła brwi.
— Widziałeś to? — zwróciła się do Nikodema i, jakby wbrew sobie ruszyła w kierunku drzew.
Kolczyki od Laury brzęknęły delikatnie, gdy schyliła się, by przejść pod niską gałęzią. Nikodem był jakieś dwa kroki za nią.
— Czekaj, co ty robisz? — Chłopak miał zaniepokojoną minę.
Pod stopą Marty trzasnęła jakaś sucha gałązka, kiedy na nią nastąpiła. Dziewczyna przystanęła na chwilę, skrzywiwszy się. To mógł być zwykły miraż, a ona jak głupia za nim podążała.
Chłopak zostawał coraz bardziej z tyłu, gdy ona kluczyła między drzewami, coraz bardziej oddalając się od łąki, chociaż wydawało jej się, że tajemnicza błyskotka była o wiele bliżej. Mech tłumił odgłosy jej kroków, jednak i tak trzask łamanych gałęzi był słyszalny. Wokół ćwierkały ptaki, słońce przebijało się między igłami wysokich sosen, tworząc bajeczne promienie. Kawałek dalej zaczynały się wysokie trawy.
Nagle nastolatka zatrzymała się. Przed nią leżał metalowy przedmiot, który wcześniej dostrzegła. Rozejrzała się szybko dokoła.
— Tutaj! — krzyknęła i pomachała Nikodemowi dłonią, żeby mógł łatwiej znaleźć.
Odgarnęła włosy z czoła i czubkiem buta tknęła znalezisko, wydobywając je w ten sposób z ziemi. Nie przypominało niczego, co wcześniej widziała. Wydłużone na końcach z zagłębieniem pośrodku, zapewne po to, by móc je lepiej trzymać. Od zagłębienia z obu stron odchodziły ukształtowane w ozdobne pętle druty. Gdy kucnęła, zobaczyła, że te wydłużone krańce były tak naprawdę ostrzami, na których ktoś zapewne wydrapał jakieś symbole. Właśnie one psuły harmonię całego narzędzia.
Ciekawe jak długo to tu leży?, przyszło jej do głowy pytanie. Na znalezisku nie było nawet krztyny rdzy. Wyglądało tak, jakby właściciel przechodził tędy parę chwil wcześniej i przez przypadek zgubił przedmiot.
— Co tam masz? — Nikodem nachylił się nad nią, próbując ponad jej ramieniem dostrzec znalezisko.
— Dziwny... chyba nóż — mruknęła w odpowiedzi, nie kwapiąc się jednak, by go wziąć do ręki.
Dłonie ułożyła na udach i z przekrzywioną głową oraz przygryzioną wargą, wpatrywała się w metal. Nie mogła się otrząsnąć z wrażenia, że podobnie był wykonany komunikator Normaxis. Ale czy to znaczyło wtedy, że byli tu jacyś kosmici?
Miała ochotę roześmiać się głośno. Dzięki obsesji Laury zaczynała wpadać w paranoję.
— Marta? — W głosie chłopaka zabrzmiała dziwna nuta, która zmusiła dziewczynę do wstania i spojrzenia swojemu chłopakowi prosto w oczy. Zadrżała, widząc w nich nagłą troskę i zmieszanie. — Przecież tam nic nie ma...
— Jak to nie ma? — Zmarszczyła brwi, a w jej myśli zaczęły wkradać się wątpliwości. — Przecież...
Urwała. Przetarła oczy.
— Był tu przed sekundą! — jęknęła, zakrywając twarz dłonią, by ukryć jej zmęczony wyraz.
Ściółka była pusta. Nawet śladu po narzędziu.
— Kochanie, na pewno wszystko w porządku? — Nikodem złapał ją za ramiona i potarł je czułym gestem.
Marta wolno pokręciła głową, walcząc z napływającymi do oczu łzami. Przecież on tam leżał, błyszczał w słońcu. Zaczynała wątpić w swoją normalność. To było dla niej za wiele.
Wyrwała się gwałtownie i cofnęła o krok. Musiała szybko podnieść prawą nogę i postawić ją gdzie indziej, kiedy natrafiła nią na dziwne narzędzie. Zadrżała. Było w tym wszystkim coś dziwnego. I o wiele gorszego niż świadomość, że kiedyś na jej planecie byli kosmici. Zresztą – to nie było nawet w Polsce!
Zdecydowanym ruchem podniosła swego rodzaju broń i podetknęła ją Nikodemowi pod sam nos.
— Widzisz? — zaczęła błagalnym tonem. — Błagam, powiedz mi, że to widzisz.
— Ależ... oczywiście. — Odpowiedź chłopaka była dziwnie spokojna i wyważona. W jego oczach błysnęła przez chwilę obawa, jednak zaraz zniknęła, kiedy uśmiechnął się. — Wiesz, wydaje mi się, że za dużo czasu spędzasz z Laurą.
Marta mruknęła coś niezrozumiałego i tylko opuszczone nieco bardziej niż zwykle ramiona zdradzały, że czymś się bardzo smuciła.
— Chodź — Nikodem wziął ją pod rękę i zaczął delikatnie, aczkolwiek stanowczo prowadzić w stronę skraju lasu.
Dziewczyna ścisnęła mocno w dłoni znalezisko. Zerknęła po raz ostatni na promienie światła wśród drzew i krzyknęła cicho. Zwróciła tym samym uwagę Nikodema. Przystanęli oboje, patrząc z otwartymi ustami na niebo.
Na ich oczach błękit został zastąpiony czernią, chociaż był środek dnia. Błysnęły gwiazdy, pojawiła się nawet zorza.
Stali oboje przytuleni, tak dziwnie samotni w tym wszystkim, nierozumiejący anomalii.
~*~
Ten bieg był wykańczający. Miała kondycję, znaczy przynajmniej tak sądziła, dopóki Raymond nie wyciągnął jej na ten cały głupi trening. A ten cały głupi trening okazał się półgodzinną jazdą pociągiem w głąb lądu i biegiem przez całe miasteczko bez chwili wytchnienia. Kiedy tylko zostawała chociaż trochę z tyłu, musiała nadrabiać odległość podwójnie. Nienawidziła tego ćwiczenia. Raymonda. Matthewa. Disco polo. Gościa, co wmówił sobie, że jest gejem. Mogłaby tak śmiało dalej wymieniać, jej lista była długa.
Było bardzo ciepło, nawet jak dla niej. Nie przepadała za zimnem, ale stwierdziła, że jak na ten dzień, to była przesada. Laura zatrzymała się w końcu na skraju niewielkiej dzikiej plaży nad jeziorem, patrząc, jak Raymond wesoło na nią wbiega. Zamrugała parę razy, ocierając pot z czoła i próbując złapać oddech. Oparła dłonie o uda i z nienawistną miną spoglądała na agenta.
Chłopak w końcu spostrzegł, że nastolatka za nim nie podąża.
— Co jest? Panienka się zmęczyła? — rzucił z głupim uśmiechem.
— Nazwij mnie jeszcze raz panienką, a żywy stąd nie wyjdziesz — mruknęła cicho do siebie, po czym głośniej dodała: — Kurde, gdybym wiedziała, że chodziło ci o taki trening, to bym nigdy z mieszkania nie wyszła.
Osunęła się na ziemię. Usiadła po turecku i, biorąc głęboki oddech, zamknęła oczy.
— Joga ci nie pomoże. — Raymond przysiadł się naprzeciwko. Oparł się na wyciągniętych do tyłu rękach. Uśmiechnął się, widząc, jak na czole dziewczyny pojawia się pojedyncza zmarszczka.
— Nie uprawiam jogi. Wyobrażam sobie, że znikasz, a to tylko symulacja. Wolę taki trening.
— Symulacja? — Teraz Raymond zmarszczył brwi. W jego oczach coś błysnęło, jednak szybko zamaskował swoje emocje. Przyjął obojętny wyraz twarzy. — Wzięli cię już na symulację?
— Tak. — Laura łypnęła na niego jednym okiem. — To coś złego?
— Nie, pewnie, że nie.
Dziewczyna pokiwała głową z uznaniem i ponownie zaczęła rozkoszować się chwilą, nierozważnie porzucając uwagę. W końcu przecież nie znała aż tak dobrze Raymonda. No właśnie. Otworzyła nagle oczy i spięła się cała. Ile ona o nim wiedziała? Tyle, co nic. Poznali się przecież niedawno, a ona już pozwalała się mu gdzieś wyprowadzać.
Rozejrzała się dookoła, marszcząc czoło. Chłopaka nie było nigdzie widać, a przecież spuściła go z oczu tylko na chwilę. Nie miała pojęcia, w którym Przydziale był jej nowy znajomy i teraz tego pożałowała.
„Dobry agent przede wszystkim stara się dowiedzieć jak najwięcej o ludziach, którymi się otacza” – jak mawiała Mayleen.
Dziewczyna wstała powoli, zmrużyła oczy. W miękkim piasku wyraźnie odcinały się ślady ich butów. Jednak prowadziły tylko w jedną stronę – do miejsca odpoczynku. Cofnęła się kawałek, uważnie badając ścieżkę, którą oboje tutaj przybyli. Najwyraźniej bardzo rzadko jeździły tędy samochody – ślady opon powoli zarastała trawa. Po obu stronach dróżki wznosiły się brzozy, które zaszumiały kojąco w lekkim podmuchu wiatru.
Nie była tropicielką, przez co nie wiedziała, czego ma szukać. Przecież chłopacy nie znikają tak nagle! Serce biło jej szybko, kiedy uważnie studiowała przydrożny mech. Nic. Żadnej nitki, żadnego wgniecenia.
Wyprostowała się z westchnięciem. Nagle włoski na karku stanęły jej dęba i gwałtownie odskoczyła w bok, przy okazji odwracając się w kierunku, z którego nadszedł atak. Ostrze noża minęło ją dosłownie o centymetry. Przy okazji łokciem uderzyła napastnika w nos. A przynajmniej chciała, bo tamten stał nieco dalej, niż sądziła, więc trafiła tylko i wyłącznie powietrze.
Stanęła, prawą nogą asekurowała swój skok. Syknęła, kości dały o sobie znać, przypomniawszy w ten sposób o feralnym skoku z gałęzi. Zacisnęła dłonie w pięści, chociaż zdawała sobie sprawę, że to marna obrona w tej chwili. Zmrużyła oczy, przyglądając się napastnikowi.
— Agencie Davis? — wykrztusiła z siebie, widząc, jak chłopak przerzucił nóż do drugiej ręki.
— Nie ma tragedii. Ale posługujesz się schematami. — Uśmiechnął się do niej. A kiedy zobaczył jej zdezorientowane spojrzenie, dodał: — Chyba nie myślałaś, Kowalska, że będziemy tylko biegać.
— Błagam, tylko nie Kowalska — jęknęła w odpowiedzi dziewczyna, biorąc się pod boki. — Już wystarczy, że Ramon mnie tak nazywa.
Ledwo to skończyła mówić, a już rzuciła się w kierunku chłopaka, chcąc go podciąć. W ostatniej chwili zmieniła zdanie i kopnęła go. Raymond tylko się zaśmiał, z wprawą odrzucił nóż i zablokował jej nogę. Dziewczyna wyrwała się gwałtownie i zaatakowała pięścią.
Chłopakowi nie sprawiło trudności powstrzymanie jej ciosu. Zupełnie jakby był na to wszystko przygotowany.
— Nie jesteśmy na pokazie — rzucił. — więc przestań się zachowywać, jakbyś na nim była.
Laura prychnęła w odpowiedzi, wykorzystując bliskość chłopaka. Tym razem się nie wyrwała, tanecznym krokiem wykonała pół obrót, prostując zablokowaną rękę, a wolnym łokciem mierząc w żołądek chłopaka. Nadepnęła mu jednocześnie na stopę, zapominając na chwilę o tym, że były to ćwiczenia. Gdy się zgiął, jak się tego spodziewała, trafiła go w nos.
Już miała się triumfalnie uśmiechnąć i uwolnić, kiedy Raymond boleśnie wykręcił jej ramię. Wyrwał jej się okrzyk zaskoczenia i bólu.
— Cholera no.
— Mówiłem, schematami nie wygrasz — szepnął jej na ucho chłopak i puścił ją. Złapał się za nos, z którego powoli zaczęła kapać krew. — Notabene ciekawe, jak na to zareaguje moja dziewczyna. No wiesz, jeśli okaże się, że przez twój uroczo twardy łokieć będę miał krzywy nos.
— Jakoś będzie musiała to przeżyć. — Laura wzruszyła ramionami i strzepnęła ze swojej bluzki niewidzialny kurz. — Wybacz.
Z przepraszającym uśmiechem wyciągnęła do niego rękę na zgodę i...
Po chwili leżała na piasku, krzywiąc się. Tym razem zaprotestował jej krzyż. Ujrzała nad sobą chłopaka, który przeszedł przed nią. Skrzyżował ręce na piersi i w geście prowokacji uniósł brew. Całość psuła tylko ta krew na twarzy.
— Co do cholery?!
— Czy powiedziałem, że trening skończony?
— A-ale to nie fair! — Na początku chciała się powoli podnieść, a potem otrzepać z piasku. I przy tym cały czas podejrzliwie patrzyć na agenta. W końcu postanowiła, że spróbuje go zaskoczyć. Wybiła się, robiąc macaco, z którego płynnie przeszła do salta w tył. Stanęła twardo na nogach i zagroziła: — Bo znajdę twoją dziewczynę i powiem jej, że zabrałeś inną dziewczynę na jakieś odludzie i robiłeś z nią nie wiadomo co — syknęła.
— Życie jest nie fair, panno wredoto — zauważył usłużnie Davis. — Poza tym, nie uwierzy ci.
— Jesteś pewien?
— Ależ oczywiście. Myślisz, że to pierwsza taka sytuacja? Ona wie, że mam znajome.
W odpowiedzi Laura prychnęła tylko, sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła paczkę chusteczek. Wzięła jedną i rzuciła mu resztę.
— Łap, bo wyglądasz, jakbyś wpadł pod kosiarkę.
Nie oglądając się na niego podeszła na sam brzeg jeziora i zamoczyła chustkę w zimnej wodzie. Nagle naszła ją ochota na pływanie. Potrząsnęła głową, nie mogła teraz tego zrobić. Może po powrocie do Zimnego – swojego miasta – zdąży jeszcze skorzystać z pięknej pogody.
— Połóż to sobie na karku — poinstruowała chłopaka, kiedy tylko do niego wróciła.
— Wiem co robić — prychnął z udawanym oburzeniem.
— To dob... — urwała, patrząc szeroko otwartymi oczami na niebo.
Z początku myślała, że to zwykła chmura przesłoniła słońce, temu zrobiło się ciemniej. Jednak kiedy spojrzała w górę, dostrzegła tylko i wyłącznie czerń, na której błysnęły gwiazdy. Cofnęła się o krok i wpadła na Raymonda. Oboje spojrzeli na siebie z niepokojem, a gdy pojawiła się zorza, Laura wciągnęła ze świstem powietrze.
— Co to było? — zapytał cicho agent, kiedy wszystko wróciło do normy.
— Normalnie bym powiedziała, że właśnie jakiś statek kosmiczny wkroczył do naszego układu. Czy użył Przejścia w pobliżu. Ale zorza? — zastanowiła się głośno nastolatka. Tym razem Raymond jej nie uciszył.
Chłopak westchnął głośno i już chciał coś dodać, gdy rozdzwoniły się ich telefony. Obojga w tym samym czasie. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo, a Laura przewróciła oczami. Odebrała połączenie.
Agentko Kowalska, zgłoś się. Widziałaś to?
— Tak, Mayleen. — Odeszła parę kroków, ale i tak docierały do niej strzępki rozmowy Raymonda. Wychodziło na to, że otrzymał telefon w tej samej sprawie. — Widziałam na własne oczy.
Zgłoś się jak najszybciej do trójmiejskiej bazy. Trzeba to zbadać.
— Tak jest! — Zasalutowała, jakby nie zdając sobie sprawy z tego, że Mayleen jej nie widziała.
Wysłuchała jeszcze paru poleceń, pokiwała z mądrą miną głową i w końcu się rozłączyła. Schowała telefon i potarła skronie. Szykował się długi tydzień. A przecież ledwo wróciła z jednej misji, przez którą dostała wykład. Chociaż może tym razem nie wyślą jej w teren, tylko będzie musiała poratować ich swoją wiedzą.
— Chyba pora wrócić do pracy — uśmiechnął się do niej nieco smutno Raymond, gdy również skończył rozmawiać.
Laura zaśmiała się bezgłośnie z jego pozornego optymizmu. Wzięła z ziemi jego nóż i podała go chłopakowi.
— Rozwiążmy to cholerstwo jak najszybciej, bo mam ochotę popływać.
— Kierunek baza? — Chłopak uniósł pytająco brwi.
— Kierunek baza — potwierdziła ponuro nastolatka. — Niech zacznie się zabawa.
Raymond zaśmiał się w odpowiedzi.
— Długo mieliśmy spokój, prawda?
— Jak dla szefostwa pewnie zbyt długo. — Młoda przewróciła oczami. Poprawiła bluzkę i po raz ostatni spojrzała na jezioro. — Ciekawa jestem, jak się wytłumaczę z nieobecności w restauracji, nie? Bo trochę pewnie mnie nie będzie, jak znam życie.
— Wymyślisz coś. Mam pomysł, pościgamy się. Kto ostatni na peronie, ten będzie musiał wyznać miłość Ramonowi.
Zanim Laura zdążyła w jakikolwiek sposób opowiedzieć, puścił się biegiem.
— Czekaj, co?! Nie ma tak! — zawołała za nim.
Zaśmiała się, wyobraziwszy sobie reakcję agenta na takie wyznanie. Jednak nie chciała być tą, która wyzwanie wykona, więc również pobiegła, mając nadzieję, że chociaż uda jej się dogonić chłopaka.
Bo kto powiedział, że agenci nie mogą mieć odrobiny zabawy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz