poniedziałek, 19 lutego 2018

Kryształ Soldenu

6. Kłamstwa i kłamstewka

Teraz naprawdę znalazła się w sytuacji bez wyjścia, przeklinając w myślach swoje obecne położenie. Jakże zabawnie się złożyło. Ona, która zapewniała, że ze wszystkim sobie poradzi, utknęła w laboratorium na jakimś wygwizdowie bez możliwości ucieczki. Jakby tego było mało, właśnie jakiś gościu wszedł do środka, gotowy do strzału, a za nim czaił się cały oddział terrorystów.
Miała tyle myśli, a nie wiedziała, co zrobić. Zrobiwszy krok do przodu, jak w zwolnionym tempie sięgnęła po broń...
I wtedy wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. W jednej chwili stała, patrząc na mężczyznę, a po paru sekundach z impetem uderzyła o podłogę, w dłoni wciąż kurczowo trzymając pistolet. Spodziewała się, że lada moment ktoś jej go wyrwie, przy okazji wykręcając ręce. Otworzyła powoli oczy, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, że je zamknęła przez nagły rozbłysk światła.
Przeraźliwy pisk przeszył jej boleśnie bębenki uszne, przez co skuliła się i przykryła jedno ucho dłonią, ale nic to nie dało. Syknąwszy z bólu, wyjęła prędko słuchawkę. Pocierała jedną ręką policzek, licząc, że to coś zmieni. Nagłe urwanie sygnału nie było przyjemne.

— Cholera. Nie mogłeś trochę delikatniej? — jęknęła z boleścią, przewracając się na plecy i masując drugą ręką obolały krzyż.
Impet upadku i nagły atak dzięki słuchawce wycisnęły jej powietrze z płuc, więc teraz łapczywie je łapała, nie chcąc zejść z tego świata w tak idiotyczny sposób.
— Zawsze narzekasz. Wystarczyłoby zwykłe „dziękuję”. Naprawdę.
Laura przewróciła oczami, cały czas leżąc na tej nieszczęsnej podłodze i patrząc w karmazynowy sufit, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie. W końcu jednak postanowiła odwrócić się do swojego wybawcy. Bo nie było wątpliwości, że już nie była w laboratorium, tylko w zupełnie innym miejscu.
Pokój, w którym się znalazła, nie różnił praktycznie niczym od tego, należącego do typowego nastolatka. Cały zawalony stertami kartek, notatek i różnorakich, skomplikowanych urządzeń.
Pomieszczenie było naprawdę duże, jak u jakiegoś bogatego dzieciaka, i wydawałoby się jeszcze większe, gdyby nie stojące przy dwóch z czterech ścian wysokie półki. Walały się po nich zeszyty z wypadającymi kartkami, na których uważny obserwator dostrzegłby dziwaczne wykresy oraz tajemnicze znaki, stare książki naukowe – relikty z przeszłości, bowiem w tym świecie już dawno porzucono tradycyjne księgi, przerzucając się na zapisy elektroniczne. Na ścianach wisiały interaktywne, holograficzne tablice, a na nich widać było pełno rysunków, szkiców i rzutów z różnorakimi obliczeniami zaraz obok nich. Dziewczyna próbowała rozszyfrować, o co mogło chodzić, chociaż ciężko jej to szło. To nie był jej konik.
Pod przeciwległą ścianą niż zakryte kocem drzwi stało duże, lecz jednoosobowe łóżko. Pościel była zmięta, jakby ktoś tylko na chwilę się na nie rzucił i zaraz z powrotem pognał do swoich zajęć, w roztargnieniu zapominając o pościeleniu go, rzuciwszy na nie przy okazji niepotrzebne w tej chwili zestawy ubrań, chociaż niedaleko od niego była garderoba. Pod przysłoniętym roletami oknem stało biurko, równie zagracone co reszta pokoju. Dziwnym zdawało się znalezienie chociażby skrawka miejsca do pracy na nim. Po jego obu stronach znajdowały się ekrany, z których teraz włączony był tylko jeden. Aktualnie pokazywał jakieś lodowe pustkowie.
Niemalże podskoczyła, gdy okazało się, że to sprzed biurka pochodził głos i że jej wybawiciel cały czas tam siedział.
— Nawet się nie przywitasz? — Chłopak posłał jej nieobecny uśmiech, zaraz wracając do obliczeń. Jego bordowe włosy sterczały śmiesznie na wszystkie strony i tego wrażenia nie poprawiał nawet ołówek zatknięty za ucho.
— Okej, okej. — Laura uniosła ręce w obronnym geście, co wyglądało śmiesznie, zważywszy na to, że wciąż leżała na podłodze, traktując to wszystko jak zwyczajną rzecz, tak bardzo typową dla każdej nastolatki. Odwróciła na bok głowę. — Dziękuję, Testeo, że ocaliłeś mi skórę. Znowu. I tak w ogóle to elo, elo, trzy, dwa, zero.
Chłopak uśmiechnął się z zamyśleniem, jakby nie zarejestrował słów dziewczyny. Albo zupełnie je zignorował. Wplótł palce we włosy, uważając przy okazji na świetliste rogi. Cerę miał niezdrowo bladą, co potęgowało wrażenie podkrążonych od niewyspania oczu. Laura nie miała pojęcia, dlaczego jak zwykle ubrał się w o wiele zbyt dużą, starą bluzę od munduru swojego ojca, skoro pewnie miał wiele więcej ubrań do wyboru. Nieco przygaśnięte rogi dodawały mu jakiegoś uroku, sprawiając, że wyglądał jeszcze młodziej niż w rzeczywistości. Jednak już na pierwszy rzut oka widać było, że nie był stuprocentowym Tenebrianinem, bo jego oczy były zupełnie inne niż tej rasy.
— Co tam słychać w wielkim świecie? — uniosła się na łokciach, zerkając na niego z ciekawością. Zorientowała się, że w ręku cały czas trzymała pistolet, więc teraz próbowała zniwelować swoje faux pass, chowając go prędko do kabury, przez co również i on miał randkę z podłogą. Syknęła cicho, krzywiąc się przez swoją niezdarność.
— Wielki świat... Zależy, o który pytasz. Tu powinno być trzydzieści dwa, a nie czternaście. Jak mogłem być tak głupi. — Testeo wydawał się zupełnie pochłoniętym przez obliczenia. Na nagły dźwięk nawet nie drgnął. Zamrugał tylko parę razy, przecierając oczy rękawem. Wyglądał, jakby miał za sobą co najmniej parę nieprzespanych nocy.
— O każdy świat. Wiesz, że na Ziemi to dupa, jeśli chodzi o informacje o Normaxis. A ja chcę wiedzieć o nich wszystko. — W głosie dziewczyny pojawiły się płaczliwe nuty. W końcu się podniosła. Tylko po to, żeby przenieść się na łóżko.
Pozbyła się laboratoryjnego fartucha i razem z nim zrzuciła rzeczy kosmity na ziemię, machnąwszy ręką na jego pełne wyrzutu spojrzenie. Czarny strój nastolatki silnie kontrastował z jasną pościelą. Potarła twarz; dopiero teraz opuściło ją całe napięcie. Chwilowo była bezpieczna, ale jak długo to potrwa? Powoli zaczęła rozplatać włosy, czując ogarniającą ją ulgę.
— Dwanaście przez dwadzieścia pięć... Nic ciekawego. Sześcian osiemdziesięciu jeden przez sinus alfa osiemdziesięciu stopni... Nie, nie wyjdzie.
Testeo wyrwał kartkę z notatnika i zmiął ją w kulkę. Potarł skronie, najwyraźniej zawiedziony wynikami obliczeń, bo zaraz coś zaczął wymazywać rysikiem na elektronicznej tabliczce, by wprowadzić niezbędną korektę. Laura, nacieszywszy się wolnością włosów, splatała na nowo warkocz. Próbowała przy tym zerkać mu przez ramię, co nie szło jej zbyt dobrze, biorąc pod uwagę fakt, że mebel był w pewnym oddaleniu od biurka i to, że widziała tylko dziwaczny ciąg znaków.
— Czyli czekaj... to po co mnie tu sprowadziłeś? — Zmarszczyła z niepokojem brwi, zrywając się z łóżka, między innymi po to, by lepiej widzieć. — Ja muszę tam wrócić! I doskonale o tym wiesz!
Chłopak nie odpowiedział, a ona cicho przemierzyła pokój, prawie parę razy znów witając się z podłogą, przez porzucone ubrania czy narzędzia. Zwalała wszystko na zmęczenie. Chyba nawet widziała tam jakiś magiczny młotek, ale wolała się o tym nie przekonywać osobiście. Z takimi rzeczami nigdy nic nie wiadomo. Jeszcze by się w żabę zamieniła, czego bardzo nie chciała. Żaby bywały w porządku, ale co za dużo, to niezdrowo.
W końcu, stanąwszy obok Testeo, potrząsnęła jego ramieniem, a w odpowiedzi uzyskała tylko pełne niezrozumienia spojrzenie. Zadrżała, ponieważ zapomniała już, jak dziwne były jego tęczówki. Czerwone, ze złotymi i niebieskimi nitkami, a źrenice nie miały wyraźnie określonych granic.
— Co?
— Testeo! Dlaczego mnie tu ściągnąłeś?!
— Ratunek — odparł tylko, wyrywając swoje ramię. Odsunąwszy się od niej na krześle, wyciągnął nogi i skrzyżował ręce za głową. Wydał jej się przy tym strasznie chudy. — Potrzebowałaś ratunku. A gdyby tak...
— Żadnego „a gdyby tak”! — przerwała mu stanowczym tonem i wskoczyła na biurko, nie zważając na to, że wylądowała na notatkach. Wzięła w ręce tabliczkę, wyłączając program do liczenia na rzecz najnowszych wiadomości. Musiała się tylu rzeczy dowiedzieć w tak krótkim czasie. — Radziłam sobie. I nie potrzebowałam ratunku, tylko leku. Ostatnim razem myślałam, że wykituję. Ostatnim razem, czyli wczoraj rano. Czy ty wiesz, co ja wycierp...
— Znowu grasz.
— Że co? — Laura po raz kolejny uniosła brwi, przy okazji opuszczając ręce, którymi żywo gestykulowała przy poprzedniej wypowiedzi. Przerywnik wybił ją kompletnie z rytmu, w który zaczynała wpadać. Z trzaskiem odłożyła tabliczkę i skrzyżowała ręce na piersi, czekając na wyjaśnienia.
— Znowu grasz.
— A coś, czego jeszcze nie słyszałam? — Udała, że stwierdzenie było całkowicie normalne, chociaż w duszy już miała podejrzenia co do kierunku, w jakim zmierzała ta rozmowa.
— Pozbawiony śluzu żołądek, strawi sam siebie. — Testeo wzruszył ramionami, odchylając się niebezpiecznie daleko na krześle z nieobecnym wyrazem twarzy. W tej chwili przypominał dziecko, którym tak naprawdę wciąż był. Tylko jakoś to otoczenie bardzo nie pasowało, będąc stanowczo zbyt poważnym jak dla niego.
— Testeo! — W głosie Laury znowu pojawiły się rozpaczliwe nuty. Zaczynała tracić cierpliwość do chłopaka. W sumie nigdy nie słynęła z cierpliwości. To była domena Marty, nie jej. — Nie takie coś.
Chłopak mruknął jakieś niezrozumiałe słowo w odpowiedzi i, kompletnie ignorując dziewczynę, sięgnął po tabliczkę. Nastolatka złapała go za rękę i spiorunowała wzrokiem, domagając się jednocześnie wyjaśnień stwierdzenia.
— O, cześć. — Uśmiechnął się do niej pół-Tenebryjczyk, jakby dopiero teraz ją zauważył. — Jak miło, że wpadłaś z wizytą.
Wyglądało na to, że Testeo nagle zapomniał całą poprzednią rozmowę albo samą obecność gościa. Dziewczyna zacisnęła mocno zęby, odliczając w myślach.
Spokojnie, tylko spokojnie. Nie możesz go przecież walnąć. Zaraz ktoś by się zorientował, że jestem, gdzie nie powinnam.
Odetchnęła głęboko i wypuściła powietrze przez nos, obiecując sobie, że jeśli wytrzyma teraz, z czystym sumieniem będzie mogła po powrocie walnąć Matthewa w próbie odreagowania całej tej sytuacji. Jej oblicze nagle wygładziło się, a w zielonych oczach już nie było widać gniewu. Najwyraźniej ta jedna wizja wszystko załatwiła. Albo ten cały gniew był tylko jedną z masek, która za bardzo weszła dziewczynie w krew.
— Halo, no — pomachała chłopakowi dłonią przed twarzą, jednocześnie puszczając jego rękę. — Gra? Co znowu gram?
Testeo podrapał się po głowie, zastanawiając się nad czymś intensywnie, a dziewczyna machinalnie zabębniła palcami po blacie biurka. Chwyciwszy jakieś notatki, zaczęła je przeglądać, byle tylko nie wpatrywać się w tej chwili w chłopaka.
— A grasz?
— Ja pier papier, nie wierzę. Po prostu nie wierzę i to takie przez żet z kropką. — Odetchnęła głęboko, przykładając dłoń do twarzy. Zapomniała, że wciąż trzymała kartki, co sprawiło, że wyglądała jak idiotka.
— Ach, faktycznie! — wykrzyknął nagle Testeo, zrywając się z miejsca, a ona aż podskoczyła, prawie przy okazji zlatując z biurka. Chwyciła się za serce, a raczej miejsce, gdzie powinno się ono znajdować. Nie chciała przecież rozrywać swojej klatki piersiowej.
— Co znowu? — rzuciła, siląc się, by w jej głosie nie dało się wyczuć rodzącej się nadziei. — Przypomniałeś sobie?
— Tak! — Chłopak energicznie pokiwał głową. — W tym zadaniu powinno być dwanaście zamiast siedmiu.
Laura nic już nie odpowiedziała, tylko zsunęła się wolno z mebla. Lekko opuściła głowę, demonstrując swoje zrezygnowanie. Ostentacyjnie westchnęła jak Wokulski mający wątpliwości co do Izabeli. Z tym że on wciąż wtedy jeszcze miał nadzieję, nie tak jak ona. Jej została zduszona w zarodku.
Może faktycznie to nic ważnego. Tak tylko sobie rzucił, jak zwykle, a ja to niepotrzebnie wzięłam na serio.
— Brawa dla pana. — Przewróciła oczami, stając naprzeciwko niższego chłopaka. Skrzyżowała ręce na piersi, stopą przesuwając po podłodze jakąś śrubkę. Skrzywiła się, kiedy spostrzegła, że po mocniejszym naciśnięciu została mała rysa. — Mogę już iść? Bo wiesz, czas.
Testeo wzruszył ramionami, po czym rzucił się na łóżko z jakimiś kartami. Przynajmniej przy okazji nie zaciągnął do niego pająka, zauważyła dziewczyna. Przeglądał je ze zmarszczonymi brwiami, najwyraźniej szukając błędu.
— Nie, dopóki nie wyliczę, gdzie wyrzuci cię portal. Nie chcemy przecież kolejnego wypadku, prawda? — Z jego głosu nagle zniknęła nieuwaga. Jakby na chwilę zmienił się w zupełnie inną osobę. Albo tylko udawał, żeby inni się nie męczyli.
Odłożywszy na chwilę na bok kartki, Testeo wyjął bliżej nieokreślony przedmiot z kieszeni marynarki i uruchomił go. Przypominał nieco kostkę do gry, z tym, że nie miał numerów i był ciemnozielony z paroma wypustkami. Nad dłonią chłopaka wyświetlił się obraz z jakimiś wykresami. Chłopak, zmarszczywszy brwi, zaczął mamrotać do siebie coś niezrozumiałego, jednocześnie dłońmi formując projekcję. A robił to z taką zręcznością, że czasem ciężko było nadążyć za ruchem jego palców.
Laura z przyzwyczajenia zerknęła na wyświetlacz komórki, dopiero teraz uświadamiając sobie, że nie zostawiła jej w samolocie, jak powinna to była zrobić. Przynajmniej wyciszyła dźwięk, a to był jakiś postęp. Chociaż na niewiele się to teraz zdało, zważywszy na to, że nie miała tutaj nawet kreski zasięgu. W sumie ciężko się temu dziwić, skoro była w Celade na Jesubis. Zablokowała z powrotem telefon, orientując się, że przecież na innej planecie czas inaczej płynie. Wciąż o tym zapominała, a Testeo nie pomagał w przypominaniu sobie tak prostych faktów z tym całym swoim roztrzepaniem.
— Neh. — Usiadła przed nim na podłodze. Zaczęła bawić się zamkiem kurtki. — Może ci pomóc? Wiesz, nie mam najlepszych stopni z matmy, ale coś tam ogarniam. — Uśmiechnęła się krzywo do niego, jakby licząc, że tym go ułaskawi i szybciej wróci na Ziemię.
— Mhm. A potem będzie błąd tekstury. Do połowy utniesz w podłodze jak ten chłopak z twojego snu. Jak on miał? Danonek?
— Danma. Chyba, bo w dubbingu nazywali go Dan. Ale co to ma do rzeczy? Od kiedy mówimy o moich snach?
— Bo puszysz się jak paw.
— ŻE CO?!
— O, proszę, oto ona.
— Testeo, ja cię ostrzegam — syknęła, mrużąc niebezpiecznie oczy. Znowu zaczynał w niej wzbierać gniew i na nic zdawało się odliczanie czy chociażby desperackie poszukiwanie zielonego, którego jak na złość w tym pokoju nie było za grosz. Albo azyl, jak nazywała się tutejsza waluta. Testeo przypadkowo uderzy w czuły punkt.
— Dumna Mary Sue!
— Dzieciak — fuknęła, coraz bardziej tracąc cierpliwość. Może w tym momencie zachowywała się na poziomie intelektualnym dziecka z podstawówki, ale przecież to nie ona zaczęła. — Powiesz mi w końcu, o co chodzi, czy mam odpowiedź wydusić siłą?
— Trzy...
— Nie waż się.
— Naście, dwadzieścia osiem, milion osiemdziesiąt cztery tysiące sto czternaście x razy dwa przecinek sześć. Mam! W końcu skończyłem! — Testeo wyłączył urządzenie i triumfalnie uniósł w górę kartki jak zwycięzca olimpiady.
Laura poderwała się z miejsca i wyrwała mu notatki, nie kryjąc szczęścia. Chyba zapomniała, że przed przeniesieniem celował w nią oddział uzbrojonych po zęby terrorystów. Czy jakoś tak to szło. W każdym razie ktoś miał ją na celowniku, a ona zupełnie się nie przygotowała na ucieczkę. Chociaż patrząc na czas, pewnie już sobie stamtąd poszli. Oczywiście, jeśli dobrze pamiętała stare tłumaczenia jego mechanizmu.
— Och tak! — Prawie zaczęła tańczyć na środku pokoju, tuląc do siebie kartki, jak najcenniejszy skarb. — To mogę już wracać?
— Gdzie? — Głos Testeo znów był wyprany z emocji. — I co robisz z moją pracą domową?
— P-pracą do-o-mową? — Momentalnie zrzedła jej mina, a notatki poleciały na podłogę. Tupnęła ze złością nogą. — Odrabiałeś pracę domową, zamiast myśleć, jak mnie odesłać?!
— A co w tym złego? Za około Hosud kończy mi się przerwa. Poziom Siódmy sam się nie ukończy. Przynajmniej znowu udało mi się wymigać od treningu.
— I zamiast tego siedzisz zamknięty w swoim pokoju. Z kocem na drzwiach. Już chyba wszystko rozumiem — westchnęła ciężko Laura, załamując się w duchu. — Ale chociaż lek mi ogarniesz?
— Postaram się, nic nie obiecuję. — Uśmiechnął się blado i chyba znów zapomniał o obecności dziewczyny, która znów osunęła się na tę nieszczęsną podłogę, tym razem jednak opierając się o bok łóżka.
Palcami przeczesywała nitki miękkiego dywanu, pogrążywszy się w swoich myślach. Zastanawiała się, czy ktokolwiek zauważył jej zniknięcie. A przede wszystkim co im powie, jak wróci? Tutaj była krótko. Nie wiedziała dokładnie ile. Może dziesięć pordis? Może kwadrans? Na Ziemi to był dwa razy dłuższy czas.
Drgnęła, gdy coś tknęło ją w ramię. Odwróciła się, patrząc prosto w oczy Testeo. Laura wzdrygnęła się, nie spodziewając się, że chłopak zwiesi się w łóżka i będzie tykał ją w ramię. Prosto w miejsce, gdzie znajdowało się logo WOfAC.
— Smutna jesteś — zauważył, palcami badając fakturę wstawki. Zmarszczył brwi, a dziewczyna z niepokojem spoglądała na ciemne cienie pod jego powiekami.
— Nie smutna, tylko próbuję to jakoś rozegrać.
— Przyjęli cię? — Ciągnął kosmita, jakby nie rejestrując odpowiedzi nastolatki.
— A ty spałeś cokolwiek? — odparowała, strącając jego rękę z ramienia. Nie to, że go nie lubiła. Po prostu nie przepadała aż za takim kontaktem, o czym nieraz przekonała się już Marta. Czasami na niego pozwalała, ale po prostu teraz nie była w nastroju.
— Butna pani wróciła. — Mrugnął do niej, teraz próbując wcisnąć jej palec w policzek.
— Irytujący dzieciak też. Ogarnij się Tes. — Pokręciła głową, nie dając mu okazji do powtórzenia akcji. Zamachawszy desperacko ramionami, uniosła brew, patrząc na niego z ukosa. Bordowe włosy chłopaka również odcinały się na pościeli. Usunęła się w ostatniej chwili, by nie oberwać poduszką. — I o tym właśnie mówię.
— Bo to ty mnie prowokujesz, a potem się dziwi... — przerwał nagle, marszcząc brwi. Jego spojrzenie stało się nieobecne. Laura patrzyła na to z przerażeniem. Zamachała mu dłonią w rękawiczce przed oczami.
— H-hej? Ale ja... żartowałam. Nie umieraj mi tu. Medyka?
— Chyba mam! — Po raz kolejny gwałtownie się zerwał i z założonymi za plecami rękoma zaczął wędrówkę po pokoju.
Laura automatycznie zacisnęła palce na broni, przestraszona tym nagłym ruchem. Jakoś nie mogła się przyzwyczaić do takich zagrywek ze strony Testeo. Albo po prostu była już przewrażliwiona. Podparła się na ramieniu i szeroko ziewnęła, pomimo że tutaj trwał sobie beztrosko dzień. A raczej oświetlenie, powinna powiedzieć.
— Czyli w końcu się stąd wyniosę? Zanim ktoś się zorientuje?
Spojrzał na nią z niezwykłą jak na niego powagą, a kąciki ust wygięły mu się w marną imitację uśmiechu. Laurze dziwnie ścisnęło się serce, gdy go takim zobaczyła i momentalnie pożałowała swoich słów.
— Ciągle i zawsze Terra. A rodzice?
— Rodzice? — Dziewczyna uśmiechnęła się drwiąco, ale głos jej się nieco załamał. Niby na jednej, nieznaczącej głosce, ale zawsze. Coś ją zadrapało w gardle, więc odchrząknęła. — WOfAC sądzi, że nie żyją. A ja nie zamierzam ich wyprowadzać z błędu. Inni nie muszą wiedzieć.
— Siedem... Osiem... — wymamrotał pod nosem Testeo. — Nie powinno być błędu. Jak sobie chcesz, ale to się źle skończy, jak te wszystkie kłamstwa wyjdą na jaw.
— Jakie znowu kłamstwa? — Laura udała wcielenie niewinności. Rozłożyła ramiona, pokazując wnętrza dłoni. — O co ty mnie posądzasz?
Chłopak nie odpowiedział. Porwał tylko z biurka elektroniczną tabliczkę, znów będąc w świecie swoich obliczeń. Dziewczyna czasami zastanawiała się, czy przypadkiem nie widzi rzeczywistości jako zbioru liczb, wykresów, prostych, półprostych, funkcji...
Nie, to by było dziwne, skrzywiła się w myślach, mając nadzieję, że nikt niczego nie zobaczył. Nie zawsze panowała nad swoją mimiką, gdy myślała o czymś dziwacznym.
— Przecież mam dzisiaj wolne! — Testeo uderzył się otwartą dłonią w czoło, znowu zmieniając temat, a gdy zobaczył nic nierozumiejące spojrzenie nastolatki, dodał: — Szkoła Życia. Dzisiaj odsyłają piętnastosytenowców.
— I ty oczywiście o tym zapomniałeś. Jak słodko — zauważyła, krzywiąc usta w nieudanej parodii pokerowej twarzy. Zmarszczyła nosek.
— Hej! Ty to już się nie masz czym przejmować... — Przekrzywił głowę, badając jej reakcję. Mógłby przysiąc, że lekko drgnęła jej powieka na wspomnienie o Szkole Życia.
— Co nie znaczy, że nie mam problemów! — Niebezpiecznie podniosła głos, jakby nie zdawała sobie sprawy, że nie byli sami w domu. W tej chwili znowu stała z założonymi rękoma przed chłopakiem. W sumie to często się przyłapywała, że bywali w takiej pozycji.
— Ciszej! — Chłopak zamachał rękami, przy okazji sprawiając, że jego włosy stały się jeszcze bardziej rozwichrzone. W tej chwili wyglądał jak obłąkany. Nagle ni stąd, ni zowąd zatkał jej usta. — Masz jakieś czterdzieści pięć procent szans, że jeszcze nikt, jak ty to mówiłaś, nie ogarnął, że tu jesteś. Więc z łaski swojej buzia na kłódkę.
Odpowiedziało mu niezadowolone prychnięcie. Zepchnęła jego dłoń ze swojej twarzy, a gdyby samo spojrzenie mogło zabijać, on już dawno padłby martwy na podłogę. Przecież Laura zdawała sobie świetnie z tego wszystkiego sprawę! Nie potrzebowała pouczeń.
— Cisza? Świetnie. — Testeo odetchnął głęboko. Wyglądał teraz tak spokojnie, że aż trudno było uwierzyć, że przed chwilą zachował się w taki sposób. W tym momencie brakowało mu tylko aureolki nad głową. Chociaż pewnie za mocno by się gryzła z rogami. — Lek dostaniesz, zajmę się tym. Dwa, pięć, osiem. Huel ma jakiś nowy wynalazek, skołować ci go?
— Yup. — Skinęła głową, nadal nieco obrażona. Nadstawiła jednak ucha, chcąc jak najwięcej wyciągnąć z tej wizyty. — Przydałby się też nowy komunikator Normaxis.
— Aktorka z ciebie.
— Poprzedni się zepsuł — kontynuowała, wzruszywszy ramionami. Zupełnie zignorowała przytyk do swojego zachowania. Nie potrafił zrozumieć to trudno. Ona się w tej chwili tłumaczyć nie zamierzała.
— Nie ma mowy, na dziewięćdziesiąt dziewięć procent mnie złapią.
— Okej, nie to nie.
Odwróciła głowę, z początku zamierzając popodziwiać widok za oknem, jednak nie mogła tego zrobić z powodu rolet. Szybko próbowała zatuszować swój błąd, skupiając się na elektronicznej tablicy. Zmarszczyła brwi, widząc wyświetlane szkice z podpisem „Quickfly”.
To było niedorzeczne. Chyba nie podkradł jej sugestii z nazwą? I ogólnie całego pomysłu? Przecież Testeo nie był aż tak głupi. Dostrzegłszy, na co spogląda, uśmiechnął się do niej, pokazując ostre ząbki i przestąpił o krok, by zasłonić jej widok. Dziewczyna wydęła wargi. Nie tak miało być.
— Słuchaj — musiał nieco zadrzeć głowę, by móc spojrzeć jej w oczy — Ani trochę mi się to nie podoba. Ta cała sprawa z mieszkaniem, organizacją. Za wiele rzeczy do siebie nie pasuje.
— Przesadzasz. — Laura machnęła ręką, przy okazji potrącając leżący na ramieniu ponownie zapleciony warkocz.
— No nie wiem. — Wziął ją za ręce, ku jej widocznemu niezadowoleniu. — Po prostu się martwię. Nie zawsze otworzę portal na czas. Musisz na siebie uważa...
Wtem zesztywniał, a jego źrenice się zwęziły jak u zwierzęcia, które wyczuło niebezpieczeństwo. Momentalnie ją puścił. Rozchylił nieco usta, najwyraźniej wpadając w panikę, a Laura zdziwiła się. Zmiany nastroju były typowe dla niej, nie dla niego. A tym bardziej takie zachowanie. Przeczesał nerwowo włosy, rozglądając się po pokoju. Sprawdzał, czy nie było w nim żadnych dowodów na obecność dziewczyny. Z wyraźnym pośpiechem podniósł zapomniany fartuch i wcisnął jej go w ręce.
— Musisz już iść — syknął, przebierając w miejscu nogami. Na twarzy Laury malowało się zaś niedowierzanie. Bezmyślnie przyjęła tkaninę, bez słowa protestu. — Istea tu idzie! No już, idź stąd! — Machnął ręką, nie dając nawet dziewczynie czasu na odpowiedź.
Właśnie w tym momencie do jej uszu doszedł odgłos kroków. Nim Laura zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować, przed nią dzięki jednemu gestowi Testeo utworzył się portal. Zobaczyła tylko uchylające się powoli drzwi, które przyblokował koc, i już była z powrotem w placówce.
— Ktoś tu był?
— Nikt, Ist... — Zdanie urwało się w połowie, zostawiając Laurę w ciszy. No, jeśli nie liczyć jakichś krzyków, poleceń i strzałów gdzieś w oddali.
Był tylko jeden malutki problem; Testeo pomylił się w obliczeniach przez ten cały pośpiech, więc, zamiast stanąć na własnych nogach, jak normalny człowiek, po kilku sekundach leżała na ziemi. Zupełnie jak wtedy w jego pokoju, a pod nią leżała kratka wentylacyjna.
Zaalarmowany Raymond uchylił drzwi, przed którymi wylądowała. W dłoni trzymał naładowany pistolet, gotowy do strzału. Zmierzył uważnie wzrokiem całą scenę; najpierw spojrzał na Laurę, potem na dziurę w suficie, a na jego ustach pojawił się kpiący uśmieszek.
— Mistrzyni cichych wejść, jak widzę — rzucił, otwierając szerzej drzwi i gestem zapraszając ją do środka. — Gdzieś ty była?
Nie zaprzątał sobie głowy mówieniem do niej per „pani”. Byli aktualnie w pracy, a jej zasady mówiły, żeby nie utrudniać sobie życia. Więc wśród agentów panowały zwyczaje mówienia sobie na „ty” bądź „agencie”, czy zwyczajnie zwracając się po nazwisku. Laurę na początku speszył ten zwyczaj, jednak prędko się z nim oswoiła. Według niej tworzyło to przyjemną atmosferę.
— Próbowałam się do ciebie dostać, agencie. — Laura otrzepała się po upadku i cicho wsunęła do środka. Uprzednio jednak ukradkiem włożyła znowu do ucha słuchawkę. Miała nadzieję, że uwierzą, że sprzęt się po prostu zepsuł. Nagle. Sam z siebie. Raymond zamknął za nią dokładnie drzwi, przy okazji sprawdzając, czy nikogo nie ma na korytarzu. — Jakby nie patrzeć, to troszkę ciężka robota.
Rzuciła fartuch gdzieś w kąt. Teraz nie był już jej potrzebny. Jednocześnie z tym fałszywie się zaśmiała, lecz jej towarzysz nie zareagował w żaden sposób, co niecnie wykorzystała, by mu się przyjrzeć. W samolocie wszystko za szybko się działo, a przecież powinna wiedzieć, do kogo nie należy strzelać.
Raymond miał nawet atrakcyjną aparycję. Ciemne, prawie czarne włosy idealnie postawił na żelu, co dosyć dobrze współgrało z jego czekoladowymi oczami, które to jeszcze nie tak dawno mierzyły ją z niechęcią. Zarysowana szczęka i wydatne kości policzkowe pewnie sprawiały, że dziewczyny za nim szalały. I nawet cień zarostu nie psuł tego wrażenia, jakby specjalnie go pozostawił, machnąwszy ręką, że ogoli się jutro.
Wyglądał jej na jakieś osiemnaście no, najwyżej dwadzieścia lat, chociaż też był od niej niewiele wyższy. Dałaby sobie rękę uciąć, że różniło ich z dziesięć centymetrów. Maksymalnie piętnaście. Typowa sylwetka traucera, zarysowane ramiona, ale nie przesadnie. Tak delikatnie, ale było widać, że ćwiczy. Chociaż, gdyby tak walnęła go... Skrzywiła się w duchu; znowu zaczęła kogoś oceniać po wyglądzie. Czy dałby jej radę, jakie mógłby mieć słabe punkty i tym podobne sprawy. Oj, źle z nią. Nawet nie doceniła faktu, że dobrze wyglądał w czerni.
A jednak miał w sobie jednocześnie coś tak bardzo znajomego i tak bardzo obcego, co powodowało u niej taką reakcję. Jak dawno niewidziany kuzyn, który kuzynem okazuje się nie być.
— Mam coś na twarzy? — zapytał, marszcząc śmiesznie brwi, a ona cofnęła się, zdając sobie sprawę, że mimowolnie się zbliżyła, przekrzywiając ciekawsko głowę.
— Absolutnie nie! — Odskoczyła dodatkowo w tył, jak uczeń przyłapany na psocie, machając rękoma i prawie przewracając przy tym wieszak na płaszcze. Przedmiot niebezpiecznie się zachwiał. Laura złapała go w ostatnim momencie i powolutku ustabilizowała z przepraszającą miną. — Ale ze mnie niezdara.
Raymond uniósł brew w odpowiedzi i wrócił o swojego zadania. Jak tylko usłyszał hałas, musiał zgasić światła, teraz jednak z powrotem były one zapalone. Przynajmniej nie było tutaj okien, przez które jakiś snajper mógłby ich trafić. A mimo to zapewne ich znajdą, jak tylko jakiś oddział zbliży się do tej części budynku.
— Tej części jeszcze nie przeszukiwali — oznajmił agent Davis, jakby czytał jej w myślach. Wzdrygnęła się. — więc dużo czasu nie mamy, zanim zorientują się, że część z nas ma kryjówkę. A w ogóle to nie słyszałaś poleceń?
Jego palce śmigały po klawiaturze chyba z prędkością światła. Dopiero teraz Laura uświadomiła sobie, że są w niezbyt dużym pomieszczeniu kontrolnym. Parę komputerów, więcej monitorów i kable. Gdzieś w kącie leżał nieprzytomny mężczyzna. Po tym, że dodatkowo był związany, wnioskowała, że to jeden z napastników.
— Zepsuł mi się komunikator. — Jak na ironię, nie kłamała. Z tym że nie wiadomo było, o którym mówi. Tym Normaxis, faktycznie rozwalonym na kawałki wtedy w parku, czy o tym od WOfAC. — Ciężko słuchać poleceń, gdy coś jej zepsute.
Zbliżywszy się do więźnia, kopnęła go w kostkę. Upewniała się w ten sposób, czy nie udaje. Ostrożnie przy nim kucnęła, zsuwając mu z twarzy kominiarkę. Raymond przerwał swoje zajęcie, przyglądając jej się z uwagą, jak opiekunka, która pilnuje dziecka, by nie zrobiło głupot. Prychnęła pod nosem na to spostrzeżenie i wróciła do przeszukiwania kieszeni mężczyzny.
— Myślisz, że tego nie zrobiłem? — Raymond kucnął obok niej. Otoczył ją zapach wody kolońskiej.
Z trudem udało jej się powstrzymać gwałtowny kaszel. Aż miała łzy w oczach.
— Ale kolońską to sobie mogłeś darować — wymamrotała. — Cud, że nikt nie ogarnął, że tu jesteś, Davis. Czuć się chyba na kilometr.
W jego oczach błysnęło rozbawienie. Słyszał od Matthewa o usposobieniu dziewczyny; dlatego ją tak powitał, czekając aż pokaże pazurki. I proszę. Uśmiechnął się kpiąco, myśląc, że nie było w niej nic niezwykłego. Ot, kolejna rozpieszczona nastolatka, co myślała, że pozjadała wszystkie rozumy.
Laura opacznie zrozumiała jego uśmiech.
— Serio, cuchniesz tą kolońską, agencie Davis.
— Ależ oczywiście. — Odsunął się od niej. — Nic tam nie znajdziesz, ale pewnie jak się ocknie, to będzie zachwycony, że jakaś dziewczyna go maca. No, ewentualnie nakabluje policji.
— Która to godzina misji? Druga? Trzecia? — Nie odezwał się nawet słówkiem, więc kontynuowała neutralnym tonem, wciąż wesoło grzebiąc niedoszłemu terroryście po kieszeniach. Zatrzymała na chwilę dłoń nad naszywką i uniosła głowę. — A ja już ciebie nienawidzę. Słodko, nie? Aż zaczęłabym mówić emotkami. Takim uśmieszkiem nienawiści na przykład.
Raymond potrząsnął głową. Musiał się skupić, a Laura wciąż trajkotała mu nad uchem. Chociaż przynajmniej używała szeptu. Czyli jednak coś tam miała w tej swojej mózgownicy. Chłopak zaczął więc pisać kod programu. Nie miał wiele czasu, ale liczył, że uda mu się nieco zmienić zabezpieczenia. Tylko troszkę, ale zawsze. Głupi był, że nie przygotował aplikacji wcześniej, jednak wezwanie przyszło nagle, a w samolocie... Nie wiedział do końca, czego powinien się spodziewać.
Tak działało WOfAC. Wielkie sekrety, filtrowanie informacji. Już nie wspominał o nagłych poleceniach stawiania się w punktach zbiórki. Czy nie mogli tego zrobić prościej? Wiedział, że starsi agenci zajmowali się pracą tylko w organizacji, ale z jakiegoś powodu jej przewodniczący uparł się, że młodsi powinni mieć przynajmniej namiastkę prawdziwego życia. Jednak cóż to było za życie?
— Ten znak — agentka popukała palcem w naszywkę. Wciąż nie mogła od niej oderwać wzroku. — On... Wygląda jak symbol Lokiego. Z mitologii. To bym obstawiała, że na nim się wzorowali. Potem dopiero obstawiałabym Lokiego od Normaxis...
— Fantastykę zostawiamy w domu, dziecko. Tutaj są poważne sprawy — uciął nagle spięty Raymond. Poświata ekranu upiornie oświetlała jego twarz, malując na niej cienie. Widoczna była mimo dość lichego oświetlenia.
Laura westchnęła ciężko. Dlaczego nikt tutaj nie doceniał jej geniuszu w sprawie kosmicznych ras i osiedleńców? To było nie do pomyślenia. A przecież miała tak rzetelną wiedzę: własne doświadczenie oraz setki książek naukowych. Oni wszyscy wciąż uważali ją pod tym względem za dziecko.
Cierpliwości, cierpliwości. Kiedyś się przekonają, że mam rację. A wtedy na kolanach będą przepraszali.
W końcu zrezygnowała z przeszukiwania, dopuszczając do siebie wiadomość, że Raymond mógł to jednak wcześniej zrobić. Rozluźniła ramiona, rozglądając się. Łączność w jej słuchawce wciąż nie powróciła, więc chwilowo była bez zajęcia. Podeszła to jednego z mniejszych monitorów.
— Zastanawia mnie jedno — zaczęła ostrożnie. Wiedziała, że powinna siedzieć cicho, jednak za bardzo nurtowały ją pewne kwestie. — Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Na cholerę im pomieszczenie kontrolne?
— Placówka mimo wszystko jest stara — prychnął Raymond tonem wyższości i przeczesał palcami włosy. — Nie mieli pewnie budżetu na rearanżację wnętrz.
Laura wcisnęła jakiś przycisk na klawiaturze. Ekran rozjaśnił się i zaczęło na nim migać logo ośrodka. Orzeł ze skrzyżowanymi przed nim dwiema strzykawkami. Zaczęła coś klikać.
— Dlaczego. To. Nie. Działa? — zirytowała się, jednocześnie wysuwając końcówkę języka. Teraz zaczęła uderzać w bogu ducha winny przycisk.
— Może dlatego, że cały czas namiętnie wciskasz tyldę? — rzucił Raymond przez ramię, nie poświęcając jej nawet chwili uwagi.
— Wcale nie. — Wydęła policzki, porzucając przy tym nieszczęsny klawisz, który jej podpadł. — Co teraz? Komunikacja mi padła, jak już wiesz, więc niezbyt mam kontakt z Mayleen. No bo przecież SMS-a jej nie wyślę, nie?
Raymond przewrócił oczami, upewniwszy się wcześniej, że dziewczyna tego nie dostrzeże. Już prawie miał treść programu. Miał być króciutki, banalny, a tu... Ktoś, nie chciał wytykać palcami kto, ciągle mu przeszkadzał. Już otwierał usta, by rzucić jej jakąś kąśliwą uwagę o tym, że milczenie jest złotem, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
Oboje zesztywnieli, obracając się w kierunku dźwięku. Laura nie miała pojęcia, że to szyfr. W dłoni już trzymała swoją broń; w pomieszczeniu rozległo się metaliczne szczęknięcie, powiadamiające ewentualnego napastnika, że załadowała nowy magazynek i odblokowała pistolet.
Raymond ruszył powoli do drzwi, a agentka stąpała krok w krok za nim, bo nie pozwolił jej się wyprzedzić. Serce biło jej szybko i ciężko jak po maratonie. W końcu dostrzegła szansę i przemknęła pod ramieniem chłopaka.
W tej chwili postanowiły do niej wrócić słowa Testeo. „Za wiele rzeczy do siebie nie pasuje”. No i co z tego? Przynajmniej miała jakiś cel w życiu, a nie gapiła się bezmyślnie w telewizor, słuchając wiadomości o kolejnych rozgrywkach między partiami.
— Co ty robisz? — syknął przez zaciśnięte zęby Raymond i złapał ją za ramię. W tym momencie otworzył szerzej oczy i chciał natychmiast cofnąć dłoń. Trwało to tylko chwilę, później szok został zastąpiony na powrót poirytowaniem. Laura nie zdążyła niczego zauważyć. Odwróciła się, piorunując go wzrokiem. — Już do tyłu.
— Altruista się znalazł.
Wyrwała mu się, ale posłusznie stanęła z tyłu, w lekkim rozkroku, mierząc z broni do drzwi. Zmrużyła lewe oko i ustawiła pistolet pod odpowiednim kątem. Takie przyzwyczajenie z łucznictwa, zresztą niezbyt dobre. Nie miała ochoty spudłować. Zauważyła, że ręce miała sztywne i przewróciła oczami. Zawsze ten sam, głupi błąd. Spróbowała je rozluźnić. Przy tym cały czas mamrotała coś do siebie o bad boy'ach, czy czymś w tym rodzaju. Raymond tymczasem szybko otworzył drzwi, gotowy na konfrontację. Szyfr szyfrem, ale bezpieczeństwo przede wszystkim.
Do pomieszczenia prędko wpadł Matthew, mówiąc głośno „Mała zmiana planów”, a Laura o mało nie nacisnęła spustu. Przez chwilę ją to tak bardzo kusiło. Niestety musiała zrezygnować z pomysłu, uświadomiwszy sobie, że tylko byłoby więcej kłopotów, gdyby musieli targać ze sobą nieprzytomnego bądź najpewniej mężczyznę, jako że nie wiedziała, który magazynek załadowała z tego wszystkiego. Odłożyła broń na bok.
— Och, witamy, witamy — uśmiechnęła się do niego w parodii promiennego powitania.
— Kowalska. Dobrze, że jesteś cała.
Laura zmieszała się na te słowa. To nie było coś, czego się spodziewała. Wiedziała przecież, że nie mieli z nią przez pewien czas kontaktu, ale to... Po prostu była przez chwilę w szoku. Myślała, że rzuci jakimś docinkiem o niesubordynacji, czy coś w tym rodzaju.
— Zamknij usta, złotko — poradził jej poważnym tonem Raymond, opierając się całym swoim ciężarem o drzwi. Na jego czole pojawiła się pozioma zmarszczka.
Chciała rzucić jakąś kąśliwą uwagę, jednak powstrzymała się, widząc stan Ramona. Jego strój miejscami był podarty, jakby zaatakował go jakiś krzak, ale przede wszystkim...
— Ty krwawisz. — Zasłoniła sobie usta dłonią, stwierdzając widoczną oczywistość. To była jej idealna reakcja. Wyglądało to tak, jakby ktoś pociągnął za sznurki marionetki, momentalnie zmieniając nastrój dziewczyny. Albo na maleńką chwilę zdjęła maskę. Mimo całej swojej nienawiści do Matthewa momentalnie przypadła do niego, lekko bledsza niż zazwyczaj. — Krwawisz!
— A ty jak zwykle nie zawodzisz. — Starszy agent obdarzył ją wyjątkowo zmęczonym spojrzeniem. — To nic takiego, ale musimy się stąd wyrwać.
— Jak to nic takiego?! Ramon, nie wykrwawiaj mi się tu na śmierć! Oszczędź roboty pani Józi! Czy ty wiesz, ile zajmuje czyszczenie krwi z podłogi?
— Ktoś rozumie, co ona mówi? — Matthew spojrzał na Raymonda, szukając mentalnego wsparcia. Ten wzruszył ramionami i położył Laurze dłoń na ramieniu, którą to momentalnie spróbowała strząsnąć, więc zacisnął tylko mocniej palce. Szepnął jej coś na ucho, a ona tylko uniosła jedną brew, mówiąc w ten sposób: „Ach tak? Jeszcze zobaczymy”. Odciągnął ją kawałek od mężczyzny — Musimy się stąd wydostać. ONZ wkroczyło właśnie do akcji. Niby nie chcieli niszczyć budynku, ale to się źle skończy. Broń zabezpieczona, Davis i Kowalska bezpieczni. — To ostatnie rzucił do swojego komunikatora.
Raymond uniósł brwi, wciąż przytrzymując w miejscu agentkę Kowalską, która jakimś cudem w rękach trzymała kawałek białej tkaniny.
— J-jak? — Przez chwilę miał zdezorientowaną minę, po czym spostrzegł smętnie leżący fartuch z obdartym rękawem. — Aha.
— Masz — rzuciła tkaninę Matthewowi. — Ja ciebie opatrywać nie będę, zapomnij.
Już się nie wyrywała, wręcz odwróciła wzrok, nie chcąc widzieć ciemnoczerwonej cieczy, barwiącej powoli strój agenta. Na szczęście czy też nieszczęście nie była to rana postrzałowa tylko cięta. Najwyraźniej musiał się z kimś pobić.
Raymond wciąż kurczowo trzymał ją za ramię i to bynajmniej nie dlatego, że obawiał się rzucenia się dziewczyny na Matthewa. Ten za to prędko zrobił prowizoryczny opatrunek i po chwili stanął przed dwójką młodszych agentów. Laura w końcu gniewnie wyrwała się chłopakowi, byleby tylko nie stać się ofiarą przyszłych żartów Ramona, że nie mija pięć minut, a już wyrywa facetów. Prychnęła pod nosem, poprawiając fryzurę. Napuszyła się jak paw, gotowa zareagować gniewem na każde następne polecenie.
— Główne wyjście odcięte. — Zamiast do niej, Matthew zwrócił się do agenta Davisa. — Ale to było oczywiste. Dachu bym nie ryzykował, podobno mieliśmy mieć wsparcie F16, coś mi agentka Mayleen wspominała. No, chyba że się pośpieszymy, wtedy mamy największe szanse.
— Podziemia?
— Zalane. I zamrożone. — Raymond już otwierał usta, ale mężczyzna powstrzymał go, unosząc dłoń. Nastolatka wodziła wzrokiem od jednego do drugiego, coraz bardziej się irytując, że ją ignorowali. Czasami miała wrażenie, że na jej osobowość składają się tylko te dwie cechy: irytacja i złość. Na szczęście zwykle wtedy do gry wchodziła nowa osoba, a ona zdawała sobie sprawę, że czasem wściekłość bywała przydatna. — Nie pytaj lepiej.
— To... Nie macie jakiegoś super, duper, mega, hiper, niesamowitego planu ewakuacji? Wiecie, z latającymi spodkami, laserami i Desira jedna wie jeszcze z czym? — zapytała dziewczyna, ironicznie wyliczając synonimy na palcach.
Matthew kompletnie ją zignorował, szepcząc coś do towarzysza. I nieważne jak bardzo Laura się starała, za grosz nie była w stanie usłyszeć, co planują. Skrzyżowała ręce na piersi, usiadła na jakimś chybotliwym krzesełku, założyła nogę na nogę i z nietęgą miną spoglądała na dwóch mężczyzn. Przewróciła oczami.
Ach, ci faceci i ich wieczne tajemnice.
Z nudów zaczęła klikać coś na klawiaturze, skrzętnie omijając jednak wszystko, co mogło im zaszkodzić. Nie było tutaj jednak żadnych plików z danymi. Cóż za niespodzianka. A w sumie nie była to niespodzianka. Przeczuwała, że nic tutaj nie będzie, ale gdzieś w głębi duszy miała reszki nadziei, że jednak coś się znajdzie. Jedna wzmianka. Maluczka. Malusieńka. Poczuła rozczarowanie.
Drgnęła, gdy stanął za nią Davis. Odwróciła się powoli i napotkała dwie zadowolone miny. Przełknęła ślinę, czując w gardle gulę, która nie wiedziała, skąd się tam znalazła. Opanowały ją nagłe wątpliwości.
— Będę żałowała, prawda? — Uśmiechnęła się krzywo.
~*~
Wuj Izis był dosyć postawnym mężczyzną, ale w oczy również rzucało się jego zaniedbanie. Prawdopodobnie wszystko to spowodował brak towarzyszki życia. Samotne prowadzenie zamku nie służyło mu za dobrze, pielęgnując starokawalerskie nawyki, niekiedy tak bardzo dziwaczne.
Namiestnik tego miejsca okazał się wysoki, rumiany, zapewne od wypitego trunku, i dość mocno przy kości, jak niechętnie zauważyła Izis. Dosyć dawno się z nim nie widziała, pochłonięta rozmaitymi obowiązkami na sakiriańskim dworze. A co dopiero mówić o odwiedzinach po tej nieszczęsnej Radzie Światów? Księżniczka cieszyła się, że jej wuj nie miał obowiązku w niej uczestniczyć, bo inaczej po państwach Konwencji już krążyłyby plotki na jej temat.
Fakt, że Cuido był plotkarzem, był powszechnie znany na dworach, jednak nie przejmowano się tym. Dla dworzan nieprawdziwe historie były jak chleb powszedni. Oni wręcz nimi żyli, czasami przyjmując je za świętą prawdę, innym razem wzruszając na te bardziej nieprawdopodobne ramionami, a w wyjątkowych sytuacjach prychając pod nosem i pukając się w czoło.
Włodarz głośno się zaśmiał, widząc swoją krewną, a ona z ulgą pomyślała, że dobrze, że był nieobecny przy poszukiwaniach w bibliotece. Rozłożył szeroko ramiona, odsłaniając napięte do granic możliwości poły żółtej kamizeli, która w zestawieniu z czerwoną, aksamitną koszulą o staromodnym kroju wyglądała po prostu śmiesznie i nie na miejscu.
— Księżniczko Izis! — rzucił tubalnym głosem, jak tylko posłaniec zaanonsował ich przybycie, a jego oczy błysnęły radością. — Cóż za zaszczyt, jakże miło cię widzieć.
— Ciebie również, wuju. — Dziewczyna uśmiechnęła się blado, okazując znacznie mniejszy entuzjazm. Teraz już była pewna, że Cuido nie wybrał się nigdzie. Po prostu zapewne ucinał sobie drzemkę po obfitym posiłku.
Podszedł do niej blisko, stanowczo za blisko. Stojący za Izis major zacisnął pięści. Księżniczka była pewna, że jego dłoń błądziła gdzieś blisko Hasoena. Ukradkiem dała mu znać, żeby się nie angażował. Najwyraźniej zrozumiał, bo cofnął się o krok, jednak nie miał zbytnio zadowolonej miny. Cuido tymczasem zupełnie nie przejął się podrzędnym dla niego żołnierzem. Nie zaszczycił go nawet spojrzeniem, tylko ujął Izis za prawą dłoń i złożył na niej hałaśliwy pocałunek.
— Czymże zasłużyłem na tę wizytę? Czyżbyś zatęskniła za swoim starym wujaszkiem? — rzucił, gestem pokazując, by czuli się jak u siebie. A przynajmniej Izis.
— Coś w tym guście. — Księżniczka czuła, jak serce jej zaczęło mocniej bić. A więc już zaczynała swoje kłamstwa. Co się z nią stało? Od kiedy musiała grać w tak podstawowych kwestiach?
Stojący przed nimi stół był suto zastawiony najrozmaitszymi przysmakami. Pieczone roosue w ziołach, zupa krem z rośliny indygo, owoce jei i wiele innych dań, od których woni ślina sama napływała nastolatce do ust. Nie była szczególnie głodna, ale żeby zachować pozory musiała skosztować chociaż części.
Sala słoneczna, jak sama nazwa mówiła, była wprost rozświetlona promieniami światła, które wpadały tutaj przez wielkie okna. Zaś witraże w suficie sprawiały, że na podłodze były fantazyjne wzory. Nie była przerażająco wielka, jak wystawna jadalnia, z której przechodziło się do jeszcze wspanialszej sali balowej, teraz nieco zaniedbanej, jako że miasto nie było już stolicą państwa, przez to, że planetę wcielono do Królestwa Sakirii.
Dawniej w tym pomieszczeniu posiłki spożywali władcy, kiedy nie chcieli, by ktoś im przeszkadzał.
Kolen chciał zachować się jak dobrze wychowany młodzieniec i odsunąć dla Izis krzesło, jednak ubiegł go wuj dziewczyny. Księżniczka usiadła wyprostowana, jakby połknęła kij.
— Więc, jaki jest cel wizyty? — zapytał wprost Cuido, jak tylko znalazł się naprzeciwko niej i nałożył sobie pełen talerz przysmaków. Zaraz wokół nich zaczęła krzątać się służba, a Kolen nie miał innego wyjścia, jak stanąć na baczność gdzieś z boku i patrzeć uważnie dookoła, udając, że wypatruje nieistniejącego niebezpieczeństwa.
Izis nawet nie skomentowała poważnego faux pass wuja, że major musiał stać jak podrzędny żołnierz, zamiast zasiąść z nimi do stołu. Księżniczka odchrząknęła i, zanim odpowiedziała, posmakowała kremu. W tej chwili grała na czas, bo nie była do końca przekonana, czy wymówka spełni swoją funkcję. Otarła usta rąbkiem serwetki.
— Rutynowa kontrola. — Wzruszyła w końcu ramionami. W ostatniej chwili zmieniła zdanie i użyła innego wyjaśnienia. Jej rodzice co jakiś czas urządzali właśnie takie „niespodziewane”, ale rutynowe wizyty, upewniając się, że ich ziemie są w odpowiednich rękach. — Król Oneji ostatnio miał bardzo wiele obowiązków na głowie, więc wysłał mnie w zastępstwie.
Zrobiła profesjonalną w jej mniemaniu minę. Nieco naburmuszoną, ale w dużej mierze obojętną. Żeby nie powiedzieć niezainteresowaną wręcz. Musiała zniechęcić wuja do drążenia tematu. Im więcej pytań będzie zadawał, tym większe były szanse, że odkryje jakieś nieścisłości.
Szlachcic pokiwał energicznie głową ze zrozumieniem i nabił na widelec pokaźną porcję mięsa. Dłonią skinął służącemu, żeby dolał mu do kieliszka wina.
— Ach, te obowiązki — westchnął teatralnie, po czym upił duży łyk. Izis zmarszczyła na to nieco brwi. Nie podobało jej się upijanie o tej porze. Co innego okazjonalny kieliszeczek, a co innego całe szklanice trunku. — Oneji wiecznie bywał zajęty. Od kiedy tylko pamiętam. A szkoda.
Pokręcił w rozmyślaniu głową, najwyraźniej wspominając dawne czasy, kiedy to jego kuzyn był jeszcze księciem. W końcu odstawił swój kielich z głośnym stukotem.
— No, ale dobrze, że chociaż ty, księżniczko, mnie odwiedziłaś.
— Doprawdy? — Izis uniosła swoje naczynie do ust i skosztowała trunku. Wino było dobre; słodkawe, ale smaczne. Uświadomiła sobie, jak dawno nie miała w ustach ani kropli alkoholu. A wszystko przez to zabieganie. — Czyżbym była aż tak świetną towarzyszką?
— Ależ wspaniałą! Wyborną wręcz! — Cuido machnął ręką, podkreślając swoje słowa. Nachylił się do niej konspiracyjnie jak na jakiejś tajnej naradzie. — Taka piękność jest zawsze mile widziana w tym pałacu.
— Przesadzasz, wuju — zająknęła się Izis, czując, jak jej policzki oblewają się rumieńcem. W tej chwili żałowała, że nie miała przy sobie żadnego wachlarza ani nic w tym stylu.
— Ależ nie! Słyszałem nawet, że zawróciłaś w głowie samemu edue Fridjiemu. Wszyscy już na dworze zastanawiają się, kiedy zdobędzie się na to, by prosić o twoją rękę.
Izis złapał nagły atak kaszlu. Nie miała pojęcia, że zrobiła na kimś aż tak silne wrażenie. Nie miała nawet pojęcia, kiedy. Przecież z Fridjim ostatni raz widziała się najdalej w zeszłym akilusie, podczas balu. Prawda, prosił ją często do tańca, ale zwalała to na kark dyplomacji, ale nie zauroczenia!
Kolen momentalnie pojawił się u jej boku ze szklanką wody. Minę miał dziwnie obojętną, jednak w oczach przez chwilę mignął ból, zaraz zamaskowany kompletnym brakiem wyrazu.
Podziękowała mu skinieniem głowy. Zatrzymała dłużej spojrzenie na jego twarzy i bezgłośnie dała mu znać, żeby zorganizował jej jakiś wachlarz. Nie chciała, żeby słuchał tego typu rozmów, w większości pewnie składających się z plotek.
Major skłonił się i odszedł pospiesznie, a Izis przez chwilę miała wyrzuty sumienia, że potraktowała go jak zwyczajnego służącego. Ale przecież to było w dobrej wierze!
— O mą rękę? — podjęła z nutką niedowierzania w głosie, gdy tylko Nislen zniknął za drzwiami. Palcem przesuwała po krawędzi kieliszka. — Ten edue Fridji? Namiestnik?
— Właśnie ten! Oj, księżniczko, już widzę to całe weselisko. I przede wszystkim to przymierze dwóch imperiów!
— Fridji dopiero przejmie władzę — zaśmiała się sztucznie Izis.
— Nawet jeśli. Unia personalna. Rozumiesz to, księżniczko?
— Ależ oczywiście, wuju. — Na jej twarzy zagościł cień uśmiechu, gdy lekko uniosła kącik ust. Za to jej mózg pracował na najwyższych obrotach. Analizowała każde słowo. To mogła być zarówno prawda, jak i kłamstwo.
Pochlebiało jej to, nie mogła zaprzeczyć. Bycie obiektem westchnień tak ważnej persony jak enue, sprawiało, że stałaby się osobą o jeszcze ważniejszej pozycji niż do tej pory. Do tego Fridji też był niczego sobie.
Ale z drugiej strony... To nie fair wobec... Nie dokończyła myśli, zbytnio jej się obawiając. Ale przecież to jej, a nie jemu powtarzano, że w polityce nie ma miejsca na miłość. Liczyła się pozycja i stosunki, a nie jakieś romantyczne uczucie.
— A tak swoją drogą — zaczęła, po chwili ich milczenia. — Ile długu ma Iolesti?
Popatrzyła uważnie na wuja, badając każdą, nawet najmniejszą reakcję. Uśmiechnęła się chytrze, skierowawszy rozmowę na nieco bezpieczniejsze tory.
— Długu? — Cuido wyglądał jak wcielenie niewinności. Nieznacznie tylko drgnął mu duży nos. — Księżniczko, za kogo ty mnie masz?
Próbowała tylko wypełniać obowiązki związane z wymówką. A skoro wszelkie „stany” Sakirii miały jeden fundusz z królewskiego skarbca, powinna wiedzieć, ile poszczególne regiony wydają i o ile przekraczają dozwolony budżet.
Później musiała uspokoić wuja, który nagle zrobił się aż nadto podejrzliwy. W końcu profesjonalizm był wręcz wskazany w takich przypadkach, a chciała, by rodzice byli z niej dumni.
Reszta posiłku minęła im już w dość swobodnej atmosferze, podczas rozmów o niezobowiązujących tematach. Cuido jak zwykle udowodnił, że miano plotkarza nie wzięło się znikąd. Jakiś cudem miał tak wiele ploteczek z różnorakich dworów, że Izis nie mogła się temu nadziwić. Ale cóż innego miał robić w tak ogromnym zamku? Sam w dodatku? Miał służbę, zarządców, którzy dbali o porządek, więc czym miał się martwić? Miał wszelakie wygody, mógł polować, ucztować i odpowiadał tylko przed koronowanymi głowami, jako że sam był w jakiejś mierze częścią rodziny panującej.
W tej chwili wrócił Kolen ze zmartwioną miną. Izis z początku tego nie zauważyła, pochłonięta dyskusją o ostatnim dekrecie na Optylii. Z czystej uprzejmości o niego zapytała, ale nie przypuszczała, że temat okaże się tak bardzo ciekawy. Major z początku stanął tylko przy jej krześle, posłusznie czekając, aż księżniczka zwróci na niego uwagę.
W końcu, kiedy raczyła na niego przelotnie spojrzeć, dojrzał w jej oczach iskierki radości i niejakiego podekscytowania całą tą polityką. Nie rozumiał tego. Przecież dziewczyna aż tak się tym nigdy nie interesowała.
Przyłożył prawą pięść do ramienia i się skłonił. Cuido popatrzył na niego z cieniem niezadowolenia na twarzy. Zmarszczył krzaczaste brwi, zapewne w swojej głowie snując domysły na temat wieści.
— Pani?
— Tak, majorze? — W końcu poświęciła mu nieco więcej uwagi, łaskawie się do niego odwracając. Miała zarumienione policzki, zapewne za sprawą wypitego wina. Nie było go aż tak wiele, lecz pewnie włodarz kazał podać jeden z najlepszych trunków, a tym samym najpewniej najmocniejszych.
— Nie mam za dobrych wieści. — Nachylił się ku niej, przy okazji zniżając głos do szeptu. — Chodzi o Sekiny. I o... książkę.
— A cóż to się znowu stało? — zapytała Izis, nawet nie siląc się na konspiracyjny ton. Posławszy wujowi przepraszające spojrzenie, wstała z gracją.
Skinęła na majora dłonią, prosząc go w ten sposób, by porozmawiał z nią na osobności. Czyli tak naprawdę w tym samym pomieszczeniu. Z tą jedyną różnicą, że oddalili się nieco od stołu, stając pod wielkimi oknami z witrażami zamiast normalnych szyb.
— Więc? — Księżniczka spojrzała na widok za oknem. Wyglądało na to, że upał nie zelżał nic a nic. Cieszyła się, że w pomieszczeniu panował przyjemny chłód.
Kolen już otworzył usta, by opowiedzieć, co go tak niepokoiło, gdy drzwi szeroko się otwarły i do środka wmaszerował podpułkownik gwardii pałacowej z bardzo niezadowoloną miną. Skierował się prosto do Cuido, nawet nie zaszczycając spojrzeniem dwójki stojącej pod oknem. Za nim weszło paru żołnierzy, na pierwszy rzut oka stanowiących eskortę podpułkownika.
Izis zmarszczyła brwi, kiedy w ręku jednego z nich zobaczyła księgę. Mężczyźni szli zwartą grupą, nie pozwalając dostrzec osoby pomiędzy nimi. Księżniczka powoli uświadamiała sobie, o co może chodzić. Po plecach przebiegł jej zimny dreszcz, a serce zgubiło jedno uderzenie.
— To o to chodziło? — rzuciła cicho do majora, ledwo ruszając ustami. Pogodna mina gdzieś zniknęła, zostały tylko rumieńce, które stawały się coraz bledsze pod wpływem emocji.
Kolen nie odezwał się. Kiwnął tylko głową, a dziewczyna poczuła, jak lęk próbuje zacisnąć swoje małe szpony na jej sercu. Na razie były to tylko drobne pazurki, chcące zagarnąć ją dla reszty, która nieuchronnie się przybliżała.
Nie mogła jednak tego pokazać.
Musiała działać. Chronić honor rodziny. Ratować państwo.
Z podniesioną głową podeszła do wuja, któremu podpułkownik, wpierw ukłoniwszy się, meldował coś ze zmarszczonymi brwiami. Wyraźnie było widać, że był oburzony. Głównie przez pulsującą na czole żyłkę, która wyraźnie odcinała się na bladozielonej skórze.
— Czy coś się stało? — Izis stanęła wyprostowana, krzyżując ręce pod biustem. Długie rękawy wzmagały jeszcze zamierzony efekt.
— W-wasza wysokość! — Podporucznik ukłonił się z szacunkiem, ale w jego oczach wciąż były gniewne błyski. — Naprawdę, nie zauważyłem waszej wysokości. Pani, racz mi przeba...
— Do rzeczy, podporuczniku. — Zerknęła na Nislena, który został nieco z tyłu, nie chcąc zdradzać od razu swojego stopnia. Z pozoru major stał niżej od przybysza, jednak Kolen służył w Nour, a to automatycznie stawiało go na wyższej pozycji.
Mężczyzna skinął ręką na swych podwładnych, a ci rozstąpili się, niczym Morze Czerwone. Oczom Izis ukazała się przerażona Sekiny. Dziewczynie trzęsły się dłonie, jakby miano wręczyć jej do ręki broń i kazać jej się kogoś pozbyć. Jej usta zawsze były czerwone, teraz jednak pobladły, prawie całkowicie pozbawione koloru.
Nawet jeśli jakoś poruszyło to następczynię tronu, nie okazała tego w żaden sposób, wciąż zachowując nieprzeniknioną minę.
Bądź jak łąka. Zielona łąka. Spokojna.
— Niejaka Sekiny — zaczął podporucznik, dodatkowo wskazując na oskarżoną ręką, by nie było wątpliwości, że to o nią chodzi. Pomimo wzburzenia, jego głos stał się zupełne wypranym z emocji, jak u jakiegoś robota. Izis wcale nie powiedziałaby, że jest to profesjonalne podejście. Przynajmniej dla niej. — została przyłapana na próbie kradzieży jednej z cennych ksiąg królewskiej biblioteki.
— Czy to coś poważnego? — Księżniczka podjęła grę, również starając się, by z jej głosu nie dało się nic wyczytać. Założywszy ręce za plecami, przechyliła głowę i tak wpatrywała się bystro w żołnierza.
Kolen stanął za jej plecami, nie za bardzo będąc pewnym, czy może zainterweniować.
— Wasza wysokość, to złamanie prawa. Księgi nie mog...
— Czyli wzięcie książki jest przestępstwem?
— Księgi o magii, wasza wysokość, tak dokładniej.
— Izis, księżniczko — postanowił się wtrącić Cuido. — Takie jest prawo. Sakiria pozwoliła nam je zatrzymać pod warunkiem, że będziemy udostępniali tutaj wiedzę rodzinie królewskiej. Jeżeli...
— Sekiny — podpowiedział podporucznik usłużnie.
— Właśnie. — Wuj pokiwał głową. — Jeżeli Sekiny wyniosła książkę z biblioteki to nie możemy mówić o czymś nieważnym. Przecież to pogwałcenie zasad! Przez Sakiriankę, która, może nie osobiście, ale dała nam tę namiastkę wolności. A jeśli do tego jest powiązana z rodziną królewską? Albo działała na czyjś rozkaz? Jakiegoś wroga?
— Dobrze, dobrze. — Izis uniosła obie dłonie z pozoru się poddając. — Rozumiem już. Jaka jest kara?
Cuido i żołnierz wymienili ze sobą spojrzenia. Podporucznik przestąpił z nogi na nogę, po raz pierwszy pozwalając sobie na okazanie paru więcej emocji niż tylko wzburzenie. Jego maska bezuczuciowości na chwilę zniknęła, ukazując pewną niepewność. Cuido zaś zacierał ręce, jakby nagle nieprzekonany do tego, czy powinien się odzywać.
— Zazwyczaj — głos wojownika nieco drgnął — król wyznacza karę. Ale jeśli to osoba z dworu...
Izis popatrzyła z uwagą na drżącą Sekiny, otoczoną stojącymi na baczność, ale wciąż czujnymi członkami gwardii. Miała wyrzuty sumienia, że ją w to wszystko wciągnęła. Walczyła sama ze sobą. Jakaś jej część pragnęła ciągnąć tę farsę i zrzucić wszystko na służącą, druga zaś była bardziej litościwa i chyba miała zadatki na męczennika, pragnąc przyznać się do pomysłu.
— Nawet jeśli służy we dworze, to moi rodzice powinni to rozsądzić — stwierdziła chłodno, dziwiąc się w duchu, że nikt nie rozpoznał jeszcze dziewczyny.
Cuido niepokojąco zmarszczył brwi. Podszedłszy do stołu, chwycił swój kielich i upił duży łyk na „rozjaśnienie” myśli.
— Czy to nie jest czasem jedna z twoich służek? — zapytał nagle, przez co serce Izis na nutsyk stanęło. A co jeśli on czytywał w myślach?
— Nawet jeśli, cóż to zmienia? — Kolen w końcu zdecydował się zabrać głos.
Zrobił krok do przodu, dołączając do grona oskarżycieli. Zasalutował po sakiriańsku Cuido oraz księżniczce, a wojownika powitał skinięciem głowy. Izis podziwiała jego nagły spokój, chociaż trochę temu wyraźnie był wzburzony. Możliwe, że udało mu się wymienić ze dwa zdania z Sekiny przed odkryciem ich małego spisku.
Podporucznik zerknął na mundur chłopaka, chcąc dowiedzieć się, jaki Nislen ma stopień. Początkowo kąciki jego ust drgnęły, jakby chciał się kpiąco uśmiechnąć. Potem jednak dostrzegł znak Nour.
— Bardzo wiele, majorze. — Dało się wyczuć, że podporucznik był nieco zazdrosny, że Kolen tyle osiągnął w tak młodym wieku. Zaczął gestykulować. — W takim razie osąd może być niesprawiedliwy. Ba! Nawet oddalony, jako że Mendlerowie mogli zżyć się z nią. Bez urazy, wasza wysokość.
Skłonił się nisko i zamilknął.
— Dlaczego miałaby to zrobić? — zastanawiał się w tym czasie Cuido. — Może ją przesłuch...
— Uważam to za niepotrzebne — ucięła Izis lodowatym tonem. — Tym się można zająć w stolicy, nie tutaj.
— Księżniczko, nie uważam tego za dobry pomysł, zwłaszcza że stoimy w obliczu wojny.
Izis z początku nie zarejestrowała przekazu, płynącego ze słów włodarza. W końcu jednak dotarło to do niej. Założyła kosmyk włosów za ucho, marszcząc brwi.
— Skąd wuj... — zorientowawszy się, że prawie zdradziła coś, czego nie powinna, urwała, zmieniając prędko koniec pytania: — Skąd to wiadomo, wuju?
Cuido zrobił minę w stylu „Jakim cudem ktoś może nie wiedzieć o tak podstawowych sprawach?”, Kolen zaś wbił sobie paznokcie w dłoń, przez chwilę pojedynkując się z podporucznikiem na spojrzenia. Najwyraźniej oboje nie przypadli sobie do gustu.
— Księżniczko, co ty takiego robiłaś w ostatnim czasie? — westchnął mężczyzna i rozluźnił spięte ramiona. — Wiele państw Konwencji potajemnie się dozbraja. Wszelakie dostawy broni, szkolenia... — Pokręcił głową. — Naprawdę o niczym nie słyszałaś?
Izis zaprzeczyła.
— Więc, w jednym wielkim skrócie – wszyscy przeczuwają, że coś się niedługo wydarzy, więc się przygotowują — zaczął cichszym głosem. — Tylko Tenebris robi swoje. Czyli nie przejmuje się niczym.
Nie wyglądało to za dobrze. Księżniczka nadęła policzki, udając, że się nad tym zastanawia. A nawet nie musiała udawać. Tylko jakim cudem ona niczego nie zauważyła?
Od jak dawna to trwa?, pytała siebie w myślach. Czyżby od Rady Światów? Czy wcześniej?
Uświadomiła sobie, że miała coraz więcej problemów. Jeśli wszyscy się zbroili, trudniej poszukiwać się będzie Kryształu Soldenu, a co za tym idzie, straci więcej czasu.
Westchnęła ciężko, zerkając na Kolena.
— Dziękuję, wuju, za informacje — odezwała się, tak modulując swój głos, żeby nie dało się nic z niego wyczytać. — Na nas już też pora. Straże! Odprowadźcie oskarżoną do Yesiquetrum. Księgę również – w końcu to jakiś dowód.
Podporucznik chciał już zareagować, ale zamarł, widząc zdecydowane miny księżniczki i majora. Skłonił się, mówiąc cicho „Tak jest” i wyszedł wraz z eskortą z pomieszczenia. Cuido otwierał usta, jednak nie powiedział nic. Zmarszczył tylko brwi. Nie miał zbytnio zadowolonej miny.
Izis pożegnała się z wujem, a potem podążyła za żołnierzami, dziękując w duchu, że nie padło więcej pytań, a jej sekret był na razie bezpieczny.
Po krótkiej chwili dogonił ją Kolen. Widać było, że był trochę zły, ale jednocześnie też rozbawiony, co dawało ciekawy efekt.
— Kazałaś, pani, Sekiny ukraść książkę? — zapytał ostrożnie.
— Dziwisz się majorze? To prawo jest takie dziwne i raczej w inny sposób nie dało się go obejść.
Dziewczyna założyła ręce za plecami, przyjmując pozę poważnej damy.
— W ten sposób nikt nic nie podejrzewa — dokończyła po chwili wahania.
— Ale za to Sekiny ma traumę na całe życie, pani.
Przez chwilę szli w milczeniu, ponieważ Izis nie miała ochoty odpowiadać. Słychać było tylko stukot ich butów na posadzce.
— Mieliśmy dużo szczęścia, prawda?
— Tak, majorze. I powinniśmy za to dziękować.
~*~
— To jest fatalny pomysł.
— Pesymistka z ciebie, Kowalska.
— To się może udać.
— I tak uważam, że to głupie.
— Ale mamy szansę...
— Upokarzające.
— A masz lepszy plan, Kowalska?
— Tak. Wyrzucenie was przez okno.
— To nie jest plan. To jest...
— Kusząca alternatywa, agencie Davis.
— Czyli robimy to.
— Nie! Ja się nie zgadzam, Ramon!
— Jest dwa do jednego, przykro mi.
— Nie ma mowy.
— Przegłosowane.
— Wcale. Nie.
— Agencie Davis, pozwalam ci ją zakuć.
— Już nie żyjesz, Ramon.
— Nigdy nie czułem się bardziej żywy.
Testeo uśmiechnął się nieco nieprzytomnie do siebie. Zdjąwszy słuchawki z uszu, wyłączył urządzenie. Czyli dotarła bezpiecznie na Ziemię. Tym razem udało mu się otworzyć portal w dobrym miejscu. Ale kto wie, co będzie następnym razem?
Otarł pot z czoła. Wciąż nie wrócił do końca do siebie po podwójnym otwarciu przejścia. Zwłaszcza że Ziemię i Jesubis dzieliła ogromna odległość. Pobranie wystarczającej energii magicznej, by w ogóle stworzyć takie zagięcie, już samo w sobie było wykańczające, a co dopiero utrzymanie go otwartego.
Spojrzał po zawalonym rzeczami pokoju. Machnął ręką, a wszelakie sprzęty pogasły. Mimo wszystko był zadowolony z siebie, po raz kolejny obliczył wszystko poprawnie. Huel dzięki temu będzie mógł popracować nad nowym wynalazkiem. Który, notabene, bardzo się Testeo przyda; przynajmniej tak stwierdził, oglądając na jego projekty. Niezwykłe oczy nastolatka popatrzyły z uwagą na trzymany przedmiot.
Jest idealny, pomyślał. Potem potrząsnął głową, czując, że myśli zaczynają mu się plątać.
Wstał w podłogi i się przeciągnął. Przy tym lekko się zatoczył, więc musiał podeprzeć się o biurko.
Nagle, jedno z urządzeń zamigotało, a towarzyszyła temu krótka melodyjka. Nastolatek przez chwilę był zdezorientowany, potem jednak gwałtownie spróbował doprowadzić się do porządku, by nikt się nie zorientował, co zrobił. Przez to jego włosy jeszcze śmieszniej sterczały na wszystkie strony. Miał szczęście, w dzień Szkoły Życia głównie w stolicy otwierano portale i wszyscy byli tak podekscytowaniu wysyłaniem młodzieży w kosmos, że nikt nie przejmował się innymi przejściami.
Testeo pstryknął palcami i wyświetlił się hologram kobiety o surowej minie. Wyglądało to trochę podobnie do czatu wideo, lecz bez telefonów, kamerek, mikrofonów. Po prostu pojawił się obraz, z którym można było rozmawiać, jakby dzwoniąca osoba była w tym samym pomieszczeniu.
Wysłuchał, co kobieta miała do powiedzenia, parę razy odpływając myślami. Pragnął znowu pogrążyć się w obliczeniach, jednak niestety nie mógł. Westchnął w duchu i, zanim się rozłączył, rzucił tylko:
— Idę, matko.
Popatrzył jeszcze raz na międzywymiarowy podsłuch, wsunął go do kieszeni marynarki i wyszedł z pokoju.
~*~
Laura mamrotała coś do siebie pod nosem z niezbyt zadowoloną miną. Mówiąc o planie ewakuacji, nie myślała, że wszyscy potraktują to tak dosłownie. Nie o taką Polskę walczyła! Czy tam Niderlandy, bo w tym miejscu aktualnie przebywali.
Kajdanki boleśnie wbijały jej się w nadgarstki, a ręce miała nieprzyjemnie wykręcone do tyłu. Żeby wszystko uczynić jeszcze bardziej wiarygodnym, poświęciła się, zarabiając zadrapanie na twarzy. A bardziej charakteryzację, do zrobienia której nieco swojej krwi użyczył Matthew.
— Długo jeszcze? — syknęła przez zaciśnięte zęby, starając się zupełnie nie ruszać ustami.
— Jeszcze trochę. — Bardziej wyczuła cichą odpowiedź Raymonda, niż ją usłyszała, kiedy tak ją prowadził.
Za nimi wędrował Matthew z ponurą miną i karabinem przewieszonym przez ramię. Skądś wytrzasnął mundur napastników, co do szczegółów – Laura wolała ich nie znać. Zadowoliła się wyjaśnieniem, że po prostu przygarnął bezpański uniform, a nie jak Raymond, wziął go od zakładnika. Ona jako jedyna wciąż miała na sobie strój WOfAC, jako że grała tymczasowego więźnia, dopóki się stamtąd nie wydostaną. Co, miała nadzieję, powinno nastąpić dosyć szybko. O ile nie będzie żadnych komplikacji.
Przed opuszczeniem bezpiecznej kryjówki, Ramon skonsultował wszystko z Mayleen. Nie chcieli przecież zginąć, bo ktoś przypadkiem pomylił ich z napastnikami.
— Dobrze by było, Kowalska — Matthew zaczął ją instruować cichym głosem, stłumionym dodatkowo przez kominiarkę — żebyś próbowała się wyrwać. I, jak to masz w swoim zwyczaju, próbować nas walnąć.
— Nic trudnego. — Przewróciwszy oczami, szarpnęła się mocno. W rezultacie i ona i Raymond polecieli na podłogę, jako że chłopak nie był przygotowany na nagły ruch.
— Ale nie tak mocno. — Matthew stanął nad nimi i tknął ją stopą w ramię.
Przekrzywił głowę, zapewne zastanawiając się, co z niej wyrośnie. Dziewczyna zaś, jeśli to w ogóle było możliwe, miała jeszcze bardziej niezadowoloną minę niż przedtem. Niezdarnie próbowała się podnieść, co było dosyć trudno, zważywszy na skute ręce. Dodatkowo utrudniał to fakt, że przez chwilę był na niej agent Davis, który szybko jednak skoczył na nogi, cały czerwony na twarzy. Jednak w końcu dwaj mężczyźni zlitowali się na nią, pomagając jej wstać.
— Mówiłam wam już kiedyś, jak bardzo was nienawidzę? — syknęła, uśmiechając się sztucznie.
— Jakieś pięćset razy, Kowalska?
— Super. To wtedy będzie pięćset pierwszy raz.
— A może tak skupimy się na zadaniu? — przerwał im Raymond, oglądając się dookoła. — Kamery nie będą nie działały wiecznie. Patrole też raczej nie zrobią sobie nagle godzinnej przerwy. I jeśli się nie ruszymy, to jest wiele większe prawdopodobieństwo, że wpadną na nas akurat wtedy, kiedy będziemy na to zupełnie nieprzygotowani.
— Łaaaaał, matematyk nam się trafił — rzuciła Laura i zaraz spuściła wzrok pod oskarżycielskim spojrzeniem Ramona.
Poczuła nagłe wyrzuty sumienia, przypomniawszy sobie słowa Testeo o grze.
Możliwe, że miał rację. Od kiedy ja się stałam taka uszczypliwa?
Wzruszyła jednak ramionami na te rozmyślania, gdy ich dziwna delegacja szła korytarzem placówki. Przez chwilę pomyślała o zakładnikach. Niby Matthew coś wspominał, że Tommy i Pedro się mieli zająć ich odpiciem, a Jolana w planie miała dołączenie do nich. Oby tylko tym razem zrezygnowała z tej swojej gumy, bo raz-dwa wszystkich nakryją.
Byłaby tak dalej głowiła się nad różnorakimi zagadnieniami, niefortunnie coraz dalej oddalając się od rzeczywistości, gdy poczuła, jak ucisk na nadgarstkach się rozluźnia. To Raymond ukradkiem rozpiął kajdanki, cały przy okazji się spinając.
Spojrzawszy przed siebie, poczuła, jak serce jej zaczęło szybciej bić. W ich kierunku wędrował sobie oddział napastników, a ich miny, przynajmniej tak wnioskując po odsłoniętych fragmentach twarzy, nie sprawiały wrażenia, że są przyjaźnie nastawieni. Idący bardziej z przodu uniósł dłoń i towarzyszący mu ludzie się zatrzymali.
— Co tu robicie? — zapytał gniewnie.
Laura wodziła spojrzeniem od agentów do terrorystów. Czy jak ich tam Mayleen określiła w tej swojej przemowie. Zastanawiała się, czy to byłby dobry moment na wyrwanie się i pokazanie tym nędznym kreaturom kto tu rządzi.
Nie! Potrząsnęła głową. Przestań z siebie robić nie wiadomo jaką heroskę. Nie dasz im rady sama i w głębi ducha doskonale o tym wiesz.
Ale no. Ich jest tylko siedmiu. SIEDMIU! Co to za problem?
Duży problem. Mają broń. A broń STRZELA, geniuszu.
To ich walnę krzesłem.
Jej podświadomość nagle zamilkła jak porażona genialnością i prostotą tego pomysłu. Szkoda tylko, że w pobliżu nie było żadnego krzesła, które by się nadawało zarówno do powalenia ludzi, jak i tytana. A szkoda, bo Laura naprawdę miała ochotę to zrobić, chociażby po to, żeby móc zobaczyć ich zdumione miny.
— Złapaliśmy szpiega. — Na pytanie odpowiedział Raymond, a dziewczyna poczuła, jak po plecach przeszedł jej dreszcz. Głos chłopaka brzmiał tak... ostro. Obco. Nieprzyjemnie. Jak nagłe trzaśnięcie biczem, którego się po nim nie spodziewała.
W ostatniej chwili opanowała chęć odwrócenia się w jego stronę. Zesztywniała tylko, a serce podeszło jej do gardła, gdy przywódca tamtych zmrużył oczy. Matthew stanął ramię w ramię z Raymondem, stanowiąc wsparcie. Ale co to było za wsparcie, jeśli była ich zaledwie trójka przeciwko siedmiu.
— „Złapaliśmy szpiega”, słyszeliście? — Odwrócił się do reszty. Tamci za to w odpowiedzi chwycili mocniej broń, nie odpowiadając ani słowem. Ten co, przemówił, skierował na agentów lufę karabinu. — A może mi powiecie, jaki jest kod, gdy nakryjecie szpiega?
Laura przymknęła oczy, przeklinając w myślach. Ich życie wisiało na włosku przez jakieś głupie szyfry. O ile to nie było podchwytliwe pytanie i tak naprawdę żadnego kodu nie było. Ręka jej drgnęła, ale uświadomiła sobie, że Raymond zabrał jej broń, by wypaść bardziej wiarygodnie. Poza tym powinna wciąż grać zakładnika, a nie porywać się z motyką na słońce.
— Kod? — odezwała się z uśmiechem, za co zarobiła niezbyt przyjemne szturchnięcie od Raymonda. Najwyraźniej w ogóle nie miała się odzywać. — Wciąż używacie przestarz...
Nie dokończyła, musiała przerwać, bo Matthew ją spoliczkował. Zapiekło, aż jej łzy napłynęły do oczu, chociaż była pewna, że nie włożył w to całej swojej siły. Ale musiało to przede wszystkim wyglądać realistycznie.
— Nie masz prawa głosu — uciął krótko mężczyzna, gdy tylko wytarł dłoń o swój mundur.
Laura wyszczerzyła złowieszczo na niego zęby, obiecawszy sobie w duchu, że jeszcze się za to zemści. Nie wiedziała dokładnie kiedy, ale wiedziała, że to zrobi.
— No więc? — U pytającego dawało się już wyczuć pierwsze oznaki niecierpliwości, a oni nie mogli już dłużej grać na czas. Spojrzeli po sobie, dodając sobie otuchy i jednocześnie bezgłośnie konsultując między sobą atak. — Tak myślałem. Nie ma kodu, bo wszystkich złapanych powinno się od razu eliminować. Ogn...
W tym momencie Matthew odrzucił karabin, chwytając za swój wysłużony, dobrze znany pistolet i posłał kulkę w kierunku mówiącego. Laura nie wiedziała, co mu strzeliło do głowy, jako że nie mieli tutaj praktycznie żadnej ochrony, poza samotnym laboratorium jakieś pięć metrów za napastnikami. Raymond rzucił prędko dziewczynie jej broń. Całość zajęła im krótką chwilę, ale w tym czasie atakujący już zdążyli chociaż raz wystrzelić.
Laurze zimny pot wstąpił na plecy. Taka sytuacja to była dla niej nowość. Co innego w końcu ćwiczyć z trenerem, manekinem, a co innego być pod ostrzałem i nie do końca wiedzieć, co robić. W przypływie impulsu, zamiast znaleźć dogodną pozycję do strzelania, ruszyła naprzód, podcinając pierwszą osobę, która jej się napatoczyła.
Mężczyźni strzelili parę razy i po chwili prędko pobiegli do przodu, by celowanie było praktycznie niemożliwe, w myśl zasady „Najlepszą obroną jest atak”. Dziewczyna nie zwracała na nich uwagi, zbyt zajęta facetem, który najwyraźniej myślał, że nastolatka nie stanowi żadnej przeszkody. A szkoda, bo może zobaczyłaby wyważone uderzenia Matthewa, który nie rzucił się na oślep, a i tak zadawał celne ciosy. Albo Raymonda, który porzucił wszelakie wyszukane techniki na rzecz bardziej prymitywnych ataków.
Ona zaś analizowała, którą sekwencję teraz użyć. Kopnęła jednego z półobrotu, by zaraz wpaść na kolejnego. Zamachnął się na nią kolbą karabinu. Nie zdążyła zrobić uniku i w efekcie dostała dosyć mocno w głowę, aż jej się mroczki przed oczami pojawiły. Przewaliła się na podłogę, czując, jak po twarzy ścieka jej krew – tym razem już nie Matthewa. W tym świetle miała jakiś dziwny połysk.
Nie miała czasu jednak analizować tego, bo inaczej zapewne po chwili już wąchałaby kwiatki od spodu. Matthewowi i Raymondowi walka szła o wiele lepiej. Ten drugi właśnie z pomocą wytrzaśniętego skądś noża – zapewne zabrał go pokonanemu napastnikowi – powalił atakującą go kobietę, jedną z dwóch w tej grupie.
Spojrzał na nią, nie kryjąc strachu na twarzy. Nastolatce krew szumiała w uszach. Chciała się zerwać, ale jakoś tak powolnie jej to wyszło. Do tego serce jej biło jakoś tak niespodziewanie ciężko. Potrząsnęła głową z nadzieją, że mroczki znikną. Widziała też, jak w zwolnionym tempie osobę, która chciała się na nią rzucić. Albo celowała w nią. Whatever. W każdym wypadku jej sytuacja nie przedstawiała się zbyt kolorowo. Dziewczyna spięła się z sobie, żeby zrobić przewrót, ale nic się nie wydarzyło.
Mrugnęła, widząc nagle nad sobą agenta Davisa, który podał jej rękę. Przyjęła ją z wdzięcznością i stanęła niepewnie na nogach.
— Żyjesz?
— Bywało lepiej — westchnęła i walnęła z pięści pierwszą lepszą osobę, która jej się nawinęła.
Na nieszczęście, nie był to Matthew.
— Później się tym zajmiemy. Dasz radę walczyć? — W głosie Raymonda bez trudu można było wyczuć zaniepokojenie.
— Chyba tak. — Nie odważyła się jednak na skinięcie głową, nie chcąc przy tym zwrócić swojego obiadu. W duchu modliła się, żeby nie miała wstrząśnienia mózgu. Albo czegoś. Bo nie wiedziała, czy od uderzenia można dostać tego całego wstrząśnienia. Była chemiczką, nie biolożką. Tak, nie uważała na lekcjach biologii, co teraz skutkowało.
Na chwilę się rozdzielili. To już nie było to, co przed chwilą. Chwyciła pistolet i, zamiast komuś przyłożyć, strzeliła w kolano, a dłoń dziewczyny lekko drgnęła. Jej mina jasno odzwierciedlała uczucia nastolatki w tamtym momencie. Nie chciała ich zabijać mimo wszystko. To mogła nie być ich wina, że znaleźli się po złej stronie. Przecież to byli inni ludzie, a ona pewnie nie miała w tej chwili w magazynku pocisków usypiających, wnioskując po odgłosie wystrzału.
Oparła się o ścianę, a jej towarzysze zajęli się resztą. Gdy korytarz już był czysty (oczywiście w przenośni), koło niej zmaterializował się Matthew.
— Pokaż — zażądał, a ona, wyczuwając groźne nuty w wypowiedzi, nie zaprotestowała, trwając w jakby szoku. Jak ona mogła zrobić tak podstawowy błąd?! Mężczyzna zaś chwycił podbródek dziewczyny w dwa palce i odchylił jej głowę. — Aleś się urządziła.
— Przestań! — syknęła, zmrużywszy oczy. — To nie jest fajne.
— Ale konieczne — wtrącił się Raymond, stając za plecami i krzyżując ręce na piersi. Włosy miał potargane, co nadawało mu wygląd takiego typowego bad boy'a. Brakowało tylko szarej myszki, która śliniłaby się na jego widok i całego tłumu nienawidzących go lasek. Czy może raczej na odwrót?
Wyrwała się, rozglądając po pobojowisku.
— Dzięki bardzo za taką konieczność. Nawet jeśli dostępuje mnie zaszczyt oglądania rany przez Ramona.
— Okej. — Agent zabrał rękę. — Jest całkowicie zdrowa. A jak nie, zrzucimy odpowiedzialność na Yvonne.
Raymond uniósł tylko brwi, jednak nic nie odpowiedział. Każdy z nich zdawał sobie sprawę, że nie mogą tutaj dłużej zostać. Pobiegli razem w kierunku schodów. Na szczęście na nikogo więcej się na razie nie natknęli. W którymś momencie nawet usłyszeli syreny, na co Matthew jeszcze bardziej przyspieszył, zachowując się jak sportowiec, który do tej pory oszczędzał siły.
Młodszy agent zrównał się z Laurą.
— Słuchaj — rzucił lekko zmęczonym głosem. — Podpatrzyłem, jak walczysz. Gdzie się uczyłaś?
— Nigdzie... konkretnie... — musiała przerwać na wzięcie oddechu. Ten dzień zdecydowanie trwał zbyt długo. Chciała już położyć się w ciepłym, wygodnym łóżku i zasnąć. — Po prostu... nieco trenowałam... w dzieciństwie...
— To widać.
— I co... w związku z tym? — Spojrzała na niego, zmarszczywszy brwi. Nie miała siły na irytację.
— Nic, po prostu... To nie zawsze się przydaje — ściszył głos, by Ramon ich nie usłyszał. — Po prostu takie akcje są o wiele bardziej prymitywne. I jak ktoś, na przykład w walkach ulicznych, próbuje używać wyspecjalizowanych technik, pierwszy ginie.
Laura prychnęła. Ależ nauka! Przecież nie zamierzała brać udziału w bójkach. No, nie takich prawdziwych przynajmniej, takich podczas ustawek kiboli. Co innego te w szkole, kiedy ktoś by jej podpadł. Raymond spojrzał na nią badawczo.
— Po prostu o tym pamiętaj, okej?
— Jasne, jasne. — Wpadła na schody i gestem pokazała mu, żeby szedł przodem.
Po krótkiej chwili wypadli na dach. Chłodne powietrze otoczyło dziewczynę, a ona ujrzała wschodzące słońce. Poczuła niewyobrażalną radość. Dopiero teraz dopadł ją lęk o własne życie. Przecież wtedy, gdyby nie agent Davis to...
Nie, nie myśl o tym, ucięła krótko, zaciskając powieki. Uświadomiła sobie wszelakie konsekwencje. Jak zwykle po fakcie.
Ale wyszli z tego cało. I tylko to się liczyło. A pretensjami od Mayleen pomartwi się później. Wyszczerzyła się do swoich towarzyszy, patrząc, jak zniża się ku nim helikopter.
Udało się. Pierwsza prawdziwa misja była za nią.
Przeżyła. I tylko to się liczyło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz