piątek, 26 stycznia 2018

Kryształ Soldenu

5. Kryształowa sieć

Iolesti nawet z kosmosu wyglądała niezwykle, a przynajmniej tak uważała Izis, patrząc na nią przez szybę Yesiqetrum. Nie bez powodu nazywano ją szklaną planetą. Z tej odległości naprawdę wydawało się, że cała jest wykonana właśnie z tego materiału. Nawet powietrze połyskiwało w świetle Fohei, głównej gwiazdy układu.
Kadłub drżał lekko, gdy statek zbliżał się nieuchronnie do swojego celu. Księżniczka spojrzała kątem oka na siedzącego przed nią pilota. Opierała się w milczeniu o fotel Kolena, doskonale wiedząc, że za chwilę będzie musiała usiąść, bo nigdy nie wiadomo było, jakie będzie lądowanie. Wejście w atmosferę mogło być zarówno delikatne, jak i straszliwie gwałtowne, gdyby wpadli w gęstsze powietrze.
Rodzinna planeta jej babci słynęła właśnie z takich anomalii w termosferze. Podobno był to efekt jakiegoś dawno rzuconego zaklęcia, które nie zadziałało, jak powinno. Albo wręcz przeciwnie: taki był jego cel. Izis osobiście uważała, że po prostu naturze się coś pomieszało, więc zespoliła się z magią. Ale kto to tam wiedział? Wszystko to miało miejsce wiele lat temu i nawet najstarsi z mieszkańców nie pamiętali początku tej historii. Po prostu anomalia towarzyszyła im przez cały czas. Nie wpływała jakoś znacząco na ich życie, jako że nie dotyczyła ich bezpośrednio. Bywała uciążliwa tylko wtedy, gdy ktoś chciał podróżować na inną planetę.

Kolen przełączył coś na panelu kontrolnym; prawdopodobnie uruchomił silniki w skrzydłach. Ile Izis by dała, żeby zobaczyć to z zewnątrz! Był tylko jeden malutki problem: najpewniej pożegnałaby się z życiem zaraz po opuszczeniu statku. Zbyt wielka prędkość i cóż, kosmos. To było niemiłe miejsce dla innych. Jako że wolała jeszcze pobyć na tym świecie, musiała wszystko obserwować od środka.
— Pani? — odezwał się cichutki głos tuż za nią. Niechętnie odwróciła się od szyby, patrząc pytająco na Sekiny. Kolen uparł się, że skoro mają lecieć, to muszą zachować jakieś pozory normalnej wizyty. To był jego jedyny warunek. No może jeden z dwóch. — Zaraz zaczniemy lądowanie...
Księżniczka uniosła brwi. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, jednak testowała w tym momencie służkę. Sekiny musiała się w końcu przyzwyczaić do niezwyczajności dworu królewskiego. W służbie była nie od dzisiaj, a wciąż spuszczała wzrok, nawet gdy nikt na nią nie patrzył. Przydatna cecha, ale dziewczyna zdecydowanie jej nadużywała, od kiedy została przydzielona do służby księżniczce.
— Zechciej usiąść, pani — dokończyła prędko, wskazując na jeden z foteli. Cały czas wbijała wzrok w swoje stopy, uznając je za najciekawszą rzecz na pokładzie. Nie znała celu wizyty, wiedziała tylko, że Izis planowała odwiedzić wuja, przy okazji wpadając do biblioteki.
Ten Yesiqetrum nie należał do największych i najwygodniejszych, ale w tym momencie liczyła się szybkość, a nie to, jak się będzie siedziało podczas całego lotu. Owszem, podczas dłuższych podróży bywało to uciążliwe, jednak Iolesti nie leżała aż tak daleko od Sakirii, więc nie musieli się tym przejmować. A przynajmniej Nislen nie narzekał, w końcu jako pilot miał najlepsze stanowisko.
— Obie usiądźcie. Proszę. — Kolen w końcu zdecydował się zabrać głos. Całą podróż milczał, skupiając się na locie. Tak przynajmniej mogło się wydawać. Miał wiele do przemyślenia, od kiedy Izis zdecydowała się opowiedzieć mu prawdziwy przebieg Rady Światów pod naporem jego spojrzenia. — A zwłaszcza ty, pani.
To był drugi warunek – powiedzenie w końcu prawdy. Księżniczka mogła lawirować między faktami, ale najwyraźniej major był bardzo spostrzegawczy. Zdawało się, że jest sokołem, przed którego wzrokiem nic się nie ukryje. Z samego zachowania dziewczyny wyczytał, że coś było naprawdę nie tak, skoro bywała z nim nieszczera.
Izis zacisnęła usta, nie reagując zupełnie, czując tylko lekkie wyrzuty sumienia, których się tak obawiała. Zabłąkany, biały kosmyk łaskotał ją w kark, jednak nie poprawiła koka. Wbiła wzrok w szybę, ale jej uczucia zdradzała dłoń zaciśnięta kurczowo na oparciu. Nie zamierzała siadać. Nie, kiedy Kolen ją o to poprosił. Skrzywiła się, doskonale zdając sobie sprawę, że mógł ją zobaczyć w odbiciu na przedniej szybie.
To było jej życie. Chciała raz sama o czymś zadecydować i kiedy już to zrobiła, to on postanowił okazać jawnie swoją dezaprobatę. Gdyby nie to, że chciała wszystko utrzymać w tajemnicy, nie musiałaby się przejmować dyktowanymi przez majora warunkami, a on pewnie nie posunąłby się do ich stawiania.
Westchnęła w duchu. Jeśli ktoś twierdził, że życie w królewskiej rodzinie było proste i przyjemne, zdecydowanie nie znał nikogo, kto by z niej pochodził. Wśród tych wszystkich balów, przyjęć, spotkań dyplomatycznych gdzieś zagubiła swoją wolność. I do czego to doprowadziło? Krępowały ją reguły dworu, chociażby nie pozwalając na beztroskie wizyty na innych planetach, nawet jeśli należały do Królestwa. Dlatego właśnie się wymknęła, w innym wypadku trzeba by zapowiedzieć oficjalne spotkanie, zorganizować obstawę, odpowiednie osoby powinny zostać poinformowane... Trwałoby to stanowczo zbyt długo.
Gdy Izis nie zareagowała w żaden sposób, Kolen odwrócił się, marszcząc brwi. W jego spojrzeniu kryła się mieszanina niepokoju z iskrami złości. Dziewczyna nigdy wcześniej ich nie widziała; major był z reguły spokojną osobą. No, chyba że chodziło o walkę, wtedy zmieniał się nie do poznania.
Wyprostowała się i uniosła lekko głowę, chcąc przez to powiedzieć, żeby nie mówił jej, jak ma żyć. Nie odezwała się, wciąż po części uważając, że nie zasłużyła na takie traktowanie. Usiadła z godnością na drugim z foteli pilotów, przyglądając się, jak Kolen śledzi ją wzrokiem. Założyła nogę na nogę, postanawiając, że tym razem z zobaczy całość lądowania, a przede wszystkim technikę sterowania statkiem.
Niewiele była w stanie zrozumieć, chociaż uważnie śledziła ruchy dłoni Nislena, który na powrót się skupił. Było jednak widać, że przez chwilę chciał się odezwać. Sekiny usiadła gdzieś z tyłu, zapewne oddzielnej części, przeznaczonej dla ważniejszych osób. Izis stuknęła palcami o oparcie fotela, w ten sposób wyrażając swoją dezaprobatę. Powinna być teraz tutaj, gotowa na każde skinienie. Nastolatka wiedziała jednak, że to było w tej chwili niemożliwe; z przodu było zbyt mało miejsc. Została sam na sam z majorem.
— Nadal mi się to wszystko nie podoba, pani — odezwał się Kolen jako pierwszy, wciąż uparcie wpatrując się w krajobraz za szybą. Yesiqetrum leciało coraz niżej. Byli już w stanie odróżniać połacie przestrzeni od miast.
— Jestem Izis — odpowiedziała machinalnie, nagle wyrwana ze swoich myśli. Zupełnie nie przemyślała swoich słów, po prostu same z siebie opuściły usta dziewczyny, która dopiero po chwili zdała sobie z tego sprawę. Zamaskowała je kolejną wypowiedzią: — Nie musi ci się to podobać, majorze. Ta atmosfera jest dziwna, ale...
— Nie mówię o atmosferze, księżniczko. — Po raz pierwszy nazwał ją w ten sposób. Izis wyglądała na zdumioną. Nie powiedziała jednak ani słowa, unosząc tylko brwi w geście przyzwolenia na dalsze słowa. Przyzwyczajenie. — Mam na myśli całą tę sytuację z Tenebrisem. Z lotem na Iolesti. Z atakiem. Ogólnie, całość. Wszystko to, co się dzieje wokół, pani.
— Nie musi ci się to podobać — powtórzyła, spuszczając wzrok na swoje dłonie. Pogładziła delikatnie palcami mały tatuaż z herbem ich dynastii na wewnętrznej stronie prawego nadgarstka. — Nie ciebie to dotyczy.
Nieświadomie skłamała. Po raz kolejny wmówiła sobie nieprawdę, chcąc, by się spełniła. Doskonale zdawała sobie sprawę, że jest inaczej, ale... co mogła powiedzieć? „Przeze mnie wszyscy zginiemy”?
Kolen uniósł brwi, niemalże przewracając oczami. Izis zapominała nieraz o drobiazgach. Powiedziała mu prawdę, co prawda wymusił to na niej, lecz w tym momencie wszystko to zaczęło dotyczyć też jego.
Skorygował nieco lot i odpowiedział, ostrożnie dobierając słowa:
— Może nie w tej chwili, pani. — Mimo wszystko nie skorzystał z propozycji przejścia na ty, którą nieświadomie rzuciła mu dziewczyna. To byłoby nienaturalne w tym momencie. Jakby weszli na kolejny etap, który nie istniał. W jego głosie dało się wyczuć cień goryczy. — Ale za pół akilusa, dwa akilusy? Jeśli Tenebris albo my wypowiemy wojnę, zaczną się walki. Jestem żołnierzem. Żołnierze walczą. Więc, tak czy siak, będzie mnie to dotyczyło. Prędzej czy później. I nie tylko mnie.
Izis nie odezwała się, patrząc na przybliżającą się powierzchnię planety. Tylko dłoń jej jakoś tak dziwnie drgnęła, jak osobie, która pragnęła pocieszyć inną za wszelką cenę. Milczeli aż do lądowania, nie za bardzo wiedząc, co jeszcze mogliby sobie w tej chwili powiedzieć.
Księżniczka wyczuwała, że major ma jej za złe wystąpienie na Radzie, ale co mogła na to poradzić? Nie mogła cofnąć czasu, a nawet gdyby mogła posługiwać się taką mocą, zapewne nie zmieniłaby przeszłości. Starszyzna mówiła, że takie zabawy są niebezpieczne i mają zbyt poważne konsekwencje.
Iolesti powitała ich trójkę upałem. Może jednak upał to nie do końca odpowiednie słowo. W stolicy panowała dusząca wręcz spiekota, która sprawiała, że ubrania momentalnie przyklejały się do ciała. Izis pożałowała, że miała na sobie wizytową suknię z długimi rękawami, jednak zachowała nieprzeniknioną minę po wyjściu z Yesiqetrum. U jej boku maszerował Nislen, rozglądając się czujnie na boki. Złość złością, ale miał obowiązki do wypełnienia. Musiał rozdzielać życie prywatne od służbowego. O ile mógł mówić o innej relacji z Izis niż służbowej.
Ioleski pałac był mniej reprezentatywny od sakiriańskiego, a mimo to miał w sobie coś magicznego, gdy promienie światła napotykały na szklane elementy. Tak jak na ojczystej planecie białowłosej nagminnie używano kryształów, tak tutaj rolę tę pełniło wzmocnione magicznie szkło o fantastycznych kolorach.
Wysoka budowla odcinała się od innych budynków chociażby swoim stylem. Miała jedną wieżę, strzelającą w niebo i zakończoną iglicą, jakby miała podtrzymywać sklepienie przed zawaleniem. Fantazyjne łuki zapierały dech w piersiach tym, którzy po raz pierwszy widzieli pałacyk.
Na lądowisku czekał już na nich krępy kosmita o zielonkawej cerze i skrzydełkach na plechach. Zacierał non stop ręce, jakby szykował się do ubicia interesu życia. Tylko rozbiegane, strzelające wszędzie na boki oczy zdradzały, że ta wizyta była dla niego czymś niezwykłym.
— Nie spodziewaliśmy się ciebie, wasza wysokość. — Ukłonił się nisko, o mało co nie tracąc równowagi przez przydepnięcie sobie na długie czubki butów, najnowszego krzyku mody w tamtym rejonie. Wyprostował się prędko, nawet nie czekając, aż dołączy do nich pospiesznie Sekiny, tylko zaczął dalej mówić. — Przepraszam najmocniej, wasza wysokość. Naprawdę, wizyta nas zaskoczyła. Twój wuj... Mieliśmy tutaj ostatnio kłopoty...
— Które mam nadzieję, nie zakłócą wizyty? — przerwał mu Kolen, swoim zwyczajem rozpoznając sytuację. Wolał wiedzieć, z czym ma do czynienia. Przynajmniej miał wtedy szansę się przygotować na wszystko.
— Ależ nie! — zapewnił kosmita, gorączkowo machając rękami i przy okazji wprawiając w ruch swoje szerokie rękawy. Mimo spiekoty ubrany był niemalże od stóp do głów, zupełnie jakby temperatura się jego nie imała. — Nie musi się — szybko zerknął na mundur chłopaka i na jego twarzy pojawił się wyraz zdumienia — major martwić. Wuj waszej wysokości — zwrócił się z szacunkiem do Izis — powinien niedługo wrócić.
— Doskonale — prychnęła księżniczka, która zdążyła już skrzyżować ręce na piersi i niespokojne stukała nogą o podłoże. — Czy, gdy już sobie nieco wyjaśniliśmy, moglibyśmy zejść z tej spiekoty?
Automatycznie weszła w rolę wysoko urodzonej, która wiecznie zadzierała nosa. Nawet jej postawa mówiła, że się niecierpliwi, a ton jej głosu zdradzał niezadowolenie. Zmrużyła niebezpiecznie oczy, a witający ich małą delegację speszył się.
— Wybacz, wasza wysokość. — Ponownie się skłonił, nie mając odwagi patrzeć na księżniczkę. Jego skrzydełka zatrzepotały lekko, gdy poprowadził trójkę gości do środka.
Blask światła nie osłabł, chociaż wszyscy się tego spodziewali. Przeszklenia w sufitach sprawiały, że każdy korytarz i pomieszczenie były dokładnie oświetlone. Smugi światła dawały wrażenie, jakoby cała sceneria była wprost wyjęta z baśni. Wypolerowane podłogi, na środku których położono miękkie dywany, tłumiące odgłosy kroków, obrazy, posągi, arkady, zawijasy i wszelakie inne ozdobniki wprawdzie były liczne, ale nie sprawiały wrażenia zbędnego przepychu.
Kolen rozglądał się ze zdumieniem, nie był jeszcze nigdy w tej części pałacu. Zwykle zajmował się ochroną, ale w bardziej ogólnym tego słowa znaczeniu, ufając tutejszym wojownikom. Teraz jednak ani na chwilę nie porzucił swojej roli. Może i był zaskoczony, ale to mógł być kolejny pretekst do zorientowania się w terenie.
Izis w końcu chrząknęła znacząco, zatrzymując w miejscu ich przewodnika. Ten w jednej chwili zatrzymał się w miejscu, odwracając uniżenie do Izis. Najwyraźniej wiele pracował z arystokracją. Przywykł do ich zachcianek i nieprzewidywalności.
— Wasza wysokość?
Sekiny prawie wpadła na Kolena, który też nagle się zatrzymał. Spuściła wzrok, mamrocząc przeprosiny i rumieniąc się, a major zmarszczył brwi, wybity ze swoich rozważań. Jedynie Izis sprawiała wrażenie tej, która wiedziała, jak to wszystko rozegrać. Ułożyła sobie już w głowie jako taki plan, postanawiając się go trzymać. Jej wuj był starym kawalerem, więc postanowiła to jakoś wykorzystać.
— Sekiny — zwróciła się do służącej, kiwając na nią palcem. Gdy ta podeszła, zmierzyła ją wzrokiem. Szepnęła coś do niej. Sekiny spuściła wzrok, skłoniła się i pospiesznie odeszła.
Mężczyźni patrzeli na to z niejakim zdumieniem, młodszy w końcu wzruszył ramionami. Znał Izis na tyle, żeby wiedzieć, że miała jakiś plan, a on nie zamierzał przeszkadzać w jego realizacji.
— Za pozwoleniem — tym razem powiedziała do skrzydlatego mężczyzny — będę oczekiwała na powrót wuja w bibliotece.
— W... w bibl-bibliotece? — Mężczyzna wybałuszył oczy, najwyraźniej nieprzygotowany na takie życzenie. Protokół wymagał, żeby zaprowadził ją do najbardziej reprezentatywnej części, by tam przyjął ją gospodarz. Ona tymczasem wymyśliła coś innego. — Ależ w-w-w-asza wysokość...
— Jakiś problem?
Kolen nie odzywał się, będąc tylko ochroną. To byłoby w tym momencie nietaktowne i źle postrzegane. Zastanawiał się za to, co chodziło Izis po głowie.
— N-nie, wasza wysokość. Ale...
— To wspaniale. — Izis klasnęła dłońmi z zadowolenia, nie przejmując się, że przerwała mężczyźnie. — W takim razie, kiedy wuj wróci, poproś go, by przysłał kogoś do biblioteki. Majorze, pozwól za mną.
Odwróciła się na pięcie, nie czekając na Kolena i pomaszerowała byle dalej od kosmity, który nie za bardzo wiedział, jak się zachować w tej sytuacji i wymamrotał coś cichutko pod nosem o księżniczkach. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, jak poeta, do którego przemówiła dawno niewidziana wena.
Pora na drugą część planu.
~*~
Cóż może być piękniejszego i spokojniejszego od nocy? Kiedy wszędzie zalega błoga cisza, pisarze chwytają za kartki i piszą niestworzone historie. Nie zastanawiają się, po prostu przelewają na papier słowa, a rano narzekają, że znów nie przespali ani minuty i próbują rozszyfrować swoje zapiski. Gwiazdy błyszczą na czarnym niebie, kusząc nieskończonym wszechświatem i karmią marzycieli swoimi wizjami. Ci, którzy nie mogą zasnąć, przeklinają swój los, czytując smutne cytaty, że ktoś o nich myśli albo pojawiają się w czyichś snach, lecz wciąż nie mogą poznać prawdy o tożsamości tej osoby.
Marta kiedyś należała najpierw do marzycieli, później do pisarzy. Teraz jednak wypisała się z obu grup. Uważała, że to nie dla niej, bo rano nie miała na nic sił i wiecznie czuła się niewyspana, co przekładało się na jej wyniki. Może i kładła się późno, ale za to wiedziała, ile musi przespać, żeby nie czuć się zmęczoną. O ile nic jej nie przeszkadzało.
Przewróciła się na drugi bok, otulając szczelniej kołdrą, pomimo tego, że było dość ciepło. Uchylone okno wpuszczało świeże nocne powietrze. Marta zmarszczyła nos przez sen, mając przeczucie, że coś jest nie tak. Nie chodziło już o nadzwyczaj tajemnicze marzenia senne, pełne dziwacznych stworów z jelenimi rogami, które nagle zmieniały się w jej znajomych. Coś z tego świata jej nie dawało spokoju.
Nagle otworzyła oczy, patrząc wprost na elektroniczny zegar. Może i światło nie było mocne, ale sprawiło, że musiała zmrużyć oczy. Przez chwilę cyfry się zamazywały, aż musiała przetrzeć oczy.
2:15
Ziewnęła potężnie, czując, że ponownie zapada w objęcia Morfeusza. Wtedy usłyszała stuknięcie w okno. Zamarła, nie wiedząc co robić.
Może mi się do przyśniło. O tak, śnię na jawie. To już odgłosy ze snu.
Wtedy jednak stuknięcie się powtórzyło, a Marta na poważnie się zaniepokoiła. Nie na co dzień coś uderza kamykami w okna sypialni śpiących dziewczyn. Powoli się podniosła, zrzucając z ramion kołdrę. Zadrżała, mając na sobie tylko cienki top i krótkie spodenki, które służyły jej za piżamę. Automatycznie sięgnęła po swoją komórkę, na której widziała migającą wiadomość od Laury: „Dobranoc, wyśpij się <3”.
Ale to nie mogła stukać dziewczyna, przecież to byłoby zbyt nienormalne, nawet jak na nią. I dałaby znać chociażby SMS-em. Blondynka drgnęła gwałtownie, gdy znowu usłyszała ten dźwięk. Palec przez chwilę błądził przy numerze przyjaciółki, jednak zrezygnowała z dzwonienia. Serce podeszło jej do gardła, gdy boso szła w kierunku okna. Ominęła stojące niedaleko pod ścianą biurko, kierując się do wyjścia na balkon.
Nie wiedziała, co w końcu wyprawia. Jej sypialnia była na piętrze, a nawet Nikodem nie miałby aż takiego cela. W dodatku w nocy, gdy niebo rozjaśniał tylko niewielki sierp księżyca. W dłoni trzymała komórkę, jakby była jej najlepszą bronią. Przynajmniej zawsze mogła potencjalnemu włamywaczowi błysnąć fleszem po oczach. Ostrożnie wstąpiła na ten jeden schodek przed oknem.
Westchnęła głęboko, odsuwając firanę, a ręce jej drżały. Wyobraźnia nastolatki działała na najwyższych obrotach, podsuwając jej niechciane obrazy włamywaczy i morderców. Albo dziwacznych stworów.
Na pierwszy rzut oka wszystko zdawało się normalne. Niebo było lekko czerwone od łuny miasta, którego centrum było spory kawałek od jej domu. W końcu przedmieścia to przedmieścia. Samotna lampa rzucała krąg światła na asfaltową drogę, drzewa szumiały w delikatnym powiewie. Pod domem nikogo nie zauważyła. Wtedy przeniosła wzrok na swój parapet...
I aż upadła boleśnie na podłogę. Z piersi wyrwał jej się pisk, który zaraz stłamsiła dłonią. Miała tylko nadzieję, że nikogo nie obudziła. Przypomniała sobie nagle radę Laury, o ignorowaniu Tanurgli. Ale jak mogła to wszystko ignorować, skoro jakieś dziwne pół-lamparcie ptaszysko wielkości świnki morskiej siedziało wesoło pod jej oknem i stukało w szybę, traktując to jak najlepszą rozrywkę pod słońcem?
Wstała z grymasem na twarzy, masując sobie obolały krzyż. Jakby mało miała ostatnio ciekawych wydarzeń, to jeszcze takie coś jej się przyplątało. Ponownie wyjrzała za okno, przyglądając się stworkowi. Miała nadzieję, że to było tylko przywidzenie. Zmrużyła oczy, chcąc wyostrzyć obraz, bo nie założyła ani soczewek, ani okularów.
Na początku zwierzę przypominało zwyczajnego ptaka; nawet miało pióra. Potem w półmroku dostrzegła różnice. Przybysz był cały żółty w czarne plamy, a w dodatku miał oczy o kocich źrenicach, które zwęziły się, gdy dostrzegł nastolatkę. Nastroszył piórka, uwydatniając przy okazji masywne łapy z imponującymi szponami. W dziobie pełnym ostrych jak brzytwa kłów trzymał kartkę.
Marta wstrzymała oddech, nie wierząc własnym oczom. Zamrugała parę razy i uszczypnęła się w ramię, sprawdzając, czy to nie sen.
— To niemożliwe — mruknęła do siebie, nawet nie zauważając, kiedy wolną dłonią sięgnęła do klamki i otworzyła okno.
Stwór zaskrzeczał coś z zadowoleniem, po czym sfrunął na podłogę, prosto pod nogi Marty. Dziewczyna cofnęła się, teraz już przerażona swoim brakiem silnej woli. Dziwaczne ptaszysko zmierzyło ją wzrokiem, spacerując po pokoju. W końcu umościło się w stercie ubrań nastolatki, która była na krześle w jednym z kątów niewielkiego pokoiku.
— Hej! — zaprotestowała gwałtownie dziewczyna, chwytając leżącą na biurku klapkę na muchy. Machnęła nią na próbę, czując się jak Wojski. Jednak nie urządzała polowania na owady, a na dziwaczny twór natury. — To moje rzeczy! Całe je zapierzysz, ty... Ty...
Zaniemówiła, kiedy stwór zaczął mruczeć z zadowoleniem. Łapami ugniatał sobie miejsce, czasem rozrywając jakąś tkaninę. Zachowywał się jak typowy kot, prezentując jako takie poczucie bezpieczeństwa. W końcu się umościł i położył przed sobą kartkę papieru. Marta tknęła ją końcem swojej prowizorycznej broni.
— Co to jest? — zapytała głupio, jakby licząc, że ptaszysko magicznym sposobem odpowie. Albo ktokolwiek się pojawi i wyjaśni jej, co tu się wyprawiało. — Loki, to ty?
Ani zwierzę, ani tajemnicza kartka się nie odezwały, a ona westchnęła. Mogła się tego spodziewać. Usiadła po turecku, patrząc na niecodziennego gościa. Odłożyła komórkę, nawet nie myśląc o próbie zrobienia zdjęcia. Jeszcze by ją zaatakował przez zwykły flesz. Jej mózg dopiero się na dobre rozbudzał, gdy wyciągnęła rękę, chcąc dotknąć piór. Zwierzę warknęło ostrzegawczo i się nastroszyło. W półmroku mignęła biel kłów.
Dziewczyna gwałtownie cofnęła dłoń, karcąc się w duchu za swoją nieostrożność. Dopiero teraz mogła dostrzec, że niektóre pióra w skrzydłach lśniły metalicznie. Wyglądało na to, że ktoś trenował zwierzę do polowań czy walk. Skrzywiła się, bo zdała sobie sprawę, że prawie zaczęła przysypiać.
— Kto ci to zrobił, co?
Ptaszysko przechyliło głowę, patrząc na nią z zaciekawieniem. W tej chwili przypominało sowę; nawet mrugało jak ona, kiedy próbowało zrozumieć słowa nastolatki. Marta podrapała się po głowie, nie zwracając uwagi na swoje rozczochrane włosy.
I co ja mam z nim zrobić? Przecież go nie zatrzymam. Ani nikomu nie powiem, bo zamkną mnie w wariatkowie. I czy przypadkiem nie powinnam panikować? W sumie jest późno...
Potrząsnęła głową, po raz kolejny stwierdzając, że to tylko sen, a jak się obudzi rano, wszystko wróci do normy. Nie będzie żadnych Tanurgli, żadnych ptaszysk, żadnych znikających facetów. Umówi się na kawę z Nikodemem, zaszaleje z Laurą, popracuje... Zwyczajny dzień. Jak każdej innej nastolatki.
W tej chwili zwierzę zaskrzeczało głośno i piskliwie, aż Marta musiała sobie zakryć uszy.
— Obudzisz mi tu wszystkich!
Odpowiedział jej kolejny skrzek, po którym gość dziobem przysunął kartkę bliżej dziewczyny. Zeskoczył ze sterty ubrań, przypadkowo robiąc długą i głęboką szramę w podłodze.
— Dobra, dobra. Przeczytam to rano, dobrze? Mógłbyś, eeee, mogłabyś, nie wiem no, możesz być teraz ciszej? Proszę? Wszyscy w domu pewnie śpią. A nie chcę mieć całej rodziny na głowie.
Ptakopodobny stwór łypnął na nią okiem i zamachał skrzydłami. Marta poczuła chłód na skórze, który sprawił, że zadrżała mimowolnie. Zwierzę poderwało się do lotu i chwilę krążyło po pokoju, jakby próbowało zapamiętać jego rozkład na przyszłość. Albo oceniało porządek przy szafkach i półkach oraz ile miało miejsca do lądowania między łóżkiem a biurkiem. W końcu wyleciało przez okno z pożegnalnym mruknięciem.
Jak tylko gość opuścił pomieszczenie, Marta rzuciła się, by jak najszybciej odgrodzić się od świata taflą szkła. Dopiero teraz serce zaczęło jej ciężko bić. Trzęsącą ręką wzięła telefon z podłogi, a tajemniczą kartkę położyła na stoliku nocnym. Zakryła dłonią usta, by nie wydobył się z nich krzyk.
— Co to było? Co to było? — Te trzy słowa powtarzała jak swoją własną mantrę, próbując oswoić się z tym, co zobaczyła. Dopiero teraz dopadły ją negatywne emocje. Usiadła ciężko na łóżko, ukrywając twarz w dłoniach.
Serce podchodziło jej do gardła, a dłonie nie chciały się uspokoić, gdy w głowie wciąż analizowała całą scenę. Nie mogła uwierzyć, jaka była głupia. Później jednak pomyślała, że może sam stwór jakoś na nią wpłynął, że jej reakcje były nadzwyczaj... spokojne. Powinna wrzeszczeć, przepędzić gościa, a tymczasem mu się przyglądała.
Zdecydowanie, coś było bardzo nie tak.
~*~
Po wnętrzu pałacowych korytarzy biblioteka wydawała się przedziwnie skromna, pomimo swoich rozmiarów. Mimo to Kolen rozglądał się z zaciekawieniem po pomieszczeniu. Nigdy jeszcze nie widział aż tylu książek zgromadzonych w jednym miejscu. To było jedno z ich największych zbiorowisk we wszystkich państwach Konwencji Światów. Smukłe kolumny podtrzymywały zdobione freskami sklepienie, w którym zgrabnie umieszczono prześwity. W wielu miejscach filary łączyły się z regałami, na których w równych rzędach ułożono dzieła.
Izis siedziała w jednym z wygodnych foteli, popijając wolno napój przyniesiony przez Sekiny i przeglądała kolejną księgę. Na jej czole pojawiła się pionowa zmarszczka, ponieważ wciąż nie znalazła tego, czego szukała. Major co chwilę donosił jej książki, oczywiście według jej wskazań, jednak na razie poszukiwania były bezowocne.
Mężczyzna sam chciał się zabrać do czytania, jednak księżniczka machnięciem ręki dała mu znać, żeby zajął się lepiej szukaniem. Wyjaśniła mu, że wiedza zawarta w dziełach nie jest dostępna dla wszystkich. Wiele ksiąg mogła przeglądać tylko dynastia rządząca, a jako że Nislen do niej nie należał, nie mógł ich też czytać.
Sekiny już chwilę temu zniknęła między regałami, z zapałem przeglądając tytuły. Przynosiła każdą księgę, która mogła w sobie zawierać chociażby wzmiankę o magii. Nie wiedziała jednak, do czego potrzebują tej wiedzy. Wzruszyła na to ramionami, nie kwestionując rozkazów.
Major zerknął ukradkiem na księżniczkę. Wyglądała na skupioną osobę, ale z jej spojrzenia wnioskował, że myślała o wielu rzeczach naraz. Bycie przyszłą głową państwa miewało swoje minusy. Całkiem wiele minusów, mówiąc zupełnie szczerze. Nie mógł sobie wyobrazić, ile spraw spoczywało na ramionach drobnej dziewczyny.
— Gapisz się na mnie, majorze — mruknęła w końcu Izis, nie podnosząc głowy znad zapisków. Przerzuciła tylko niedbale kartkę. — Czy to oznacza, że w końcu przestałeś się na mnie boczyć?
Kolen prędko odwrócił wzrok i już otwierał usta, by gniewnie zaprotestować. Jednak rozmyślił się, widząc przemykającą wśród półek Sekiny. Izis odprawiła bibliotekarza, wcześniej prosząc o wskazanie odpowiednich działów. Nie chciała, by ktoś im przeszkadzał przed powrotem wuja, a pracownik, chociaż widać było, że chciał, nie sprzeciwił się woli dziewczyny.
— Boczenie się, nie ma tu nic do rzeczy, pani — odparł w końcu, biorąc jedno z dzieł do ręki i gładząc palcami wytłoczony w skórze tytuł. — Zastanawiałem się tylko, czy coś znalazłaś, pani.
Izis pokręciła głową, ale kąciki jej ust unosiły się delikatnie w próbie uśmiechu. Przewróciła kartkę i śledziła zapiski, tak naprawdę ich nie dostrzegając. Kolen odłożył dzieło, a potem przysunął jeden z foteli bliżej księżniczki, pozwalając sobie w nim usiąść. Zajrzał dziewczynie przez ramię, ale dostrzegł tylko jakieś dziwne symbole, których nie potrafił rozszyfrować.
— To język Normaxis — objaśniła Izis, odwracając się do niego. Postukała palcem w stronicę i objaśniła: — Ten tu znak oznacza moc. A ten kontrolę.
Kolen zerknął na wskazane słowa i zmarszczył brwi. Dziwaczne zawijasy układały się w nietypowe, bezsensowne dla niego wzory. Zastanawiał się, skąd Izis mogła to wiedzieć.
— Nie rozumiem wszystkiego, majorze, ale tutaj coś piszą o ulepszeniu osoby w taki sposób, żeby mogła coś kontrolować. Tylko nie wiem co. Zastanawia mnie ta cała moc. — Westchnęła głęboko, pocierając zmęczone oczy. — Przydałby się nam tłumacz, bo ja znam tylko parę wyrazów. A czuję, że coś by tutaj na pewno się znalazło.
— Mogę zorganizować tłumacza — wyrzucił z siebie z zapałem Kolen, nagle się ożywiając.
— Nie ma takiej potrzeby. — Izis zbyła to machnięciem ręki. — Wystarczy, że się podszkolę i raz, dwa odczytam zapiski, zobaczysz, majorze!
Z trzaskiem zamknęła księgę i odłożyła ją na bok, by nie zapomnieć wśród tylu dzieł o tym, że znalazła tam coś interesującego. Przeciągnęła się, zesztywniała, po czym wstała, sprawiając, że Kolen gwałtownie się odsunął. Izis nie zwróciła na niego uwagi, podnosząc parę przeszukanych już ksiąg na magicznej, kryształowej podstawce. Mały znak zalśnił jej na ręce, lecz prawie natychmiast zgasł, jak jakiś błędny ognik.
— Sekiny! — zawołała, dodatkowo klaszcząc w dłonie. W nagłym ruchu błysnęły kolczyki dziewczyny, przykuwając wzrok. — Odnieś te książki na miejsce.
Służąca momentalnie pojawiła się u boku swojej pani, kłaniając się posłusznie. Jej bladoczerwone włosy były swoistą odskocznią od stonowanych kolorów pomieszczenia. Odcinały się od nich wyraźnie, sprawiając, że dziewczyna wydawała się nie na swoim miejscu w ogromie biblioteki.
— Tak jest, pani. — Skłoniła się ponownie, zabierając wskazane dzieła i ponownie znikając między półkami. Nieco się zgarbiła, gdy uświadomiła sobie, że przedmioty są z różnych części biblioteki.
Izis za to podeszła do jednego z regałów, palcami przejeżdżając po skórzanej okładce Sekulum Wszechświata. Kolen stanął o krok za nią, nie za bardzo wiedząc, co miał robić. Nie widział żadnego zagrożenia, w końcu byli w niemalże samym sercu imponującej budowli. Zauważył niejakie zmęczenie na twarzy księżniczki, którego nie było wcześniej. Mimo wszystko dziewczyna stała wyprostowana z dumnie zadartą głową.
— Jeśli... jeśli rozpoczniemy wojnę — zaczął nagle Kolen, pod wpływem jakiegoś nieokreślonego impulsu, gdy już upewnił się, że Sekiny ich nie usłyszy. — to wszystko, całe wieki wiedzy przepadną.
Izis zaśmiała się gorzko, nagle odwracając się ku niemu. W jej oczach na krótką chwilę pojawiło się szaleństwo, jednak zaraz zniknęło przyćmione poczuciem winy.
— Myślisz, majorze, że o tym nie wiem? — Głos księżniczki do cna przesiąknięty był goryczą, gdy bawiła się sznurkiem od materiałowego paska jej sukni. Kolen dostrzegł, że ledwo zauważalnie drżały jej dłonie, jakby to było dla niej zbyt wiele.
— Nie o to mi chodziło, pani. Nie chciałem, żebyś poczuła się... urażona.
— Urażona? — Izis uniosła brwi, w końcu rozpogadzając się nieco. Rozluźniła się nieco, pozwalając sobie na chwilę przerwy. Nie było śladu po tej wyniosłej Izis, która rozmawiała z tamtych dworzaninem jak z kimś gorszym od siebie. — Prędzej spodziewałabym się tego po tobie... majorze. — Tytuł dodała małej chwili wahania, jakby zastanawiała się, czy aby na pewno go użyć.
Kolen uśmiechnął się do niej łobuzersko w odpowiedzi. Przeczesał palcami włosy, zbliżając się do półki, przed którą stała księżniczka. Ta odsunęła się, robiąc mu miejsce, a Nislen udawał, że przygląda się tytułom wypisanym złotymi literami na grzbietach.
Gdzieś zniknęła ta formalna sztywność, która krępowała ich, gdy w noc ataku wędrowali przez korytarze. Znowu byli towarzyszami z dzieciństwa, którzy szukali ucieczki od codziennych obowiązków. Tutaj nie obowiązywały ich dworskie zasady, tutaj byli normalnymi towarzyszami.
Ich dłonie dotknęły się przypadkiem, a na twarzy Izis pojawił się rumieniec. Karciła się w duchu za taką reakcję. Nie powinna dawać mu złudnej nadziei. W końcu ona była księżniczką, a on członkiem gwardii. Żołnierzem, wojownikiem, nie władcą. Chociaż jego ród był szanowany na Sakirii, to nie wystarczało.
Gdy później wspominała tamtej moment, pamiętała tylko to muśnięcie, a chwilę potem trzymali się za ręce, jak wtedy, kiedy byli dziećmi. Kiedy nie mieli na głowie tylu problemów i gdy nie łączyła ich tajemnica Rady Światów. Pewnie wszechświat wkrótce obiegnie ta wiadomość, jednak na razie wszelkie media milczały na ten temat, zgodnie z cichym porozumieniem władców, by nie wspominać o haniebnych wydarzeniach.
— Pójdź za mną, pani. — Kolen wzmocnił uścisk i pociągnął ją w głąb biblioteki. — Tutaj nic nie znajdziemy.
Izis nie odpowiedziała, dając się prowadzić w labiryncie regałów. Półki ciągnęły się daleko w górę, a żeby się dostać do najwyższych, używano ruchomych platform. Major bezbłędnie odnajdywał drogę, pomimo że był tu po raz pierwszy. Izis rozglądała się, ledwo rejestrując mijane działy. W końcu zatrzymali się w rejonie starych, opasłych tomów. Kolen z niejakim żalem puścił delikatną dłoń księżniczki i szybko przebiegł wzrokiem zawartość półki.
— A, tutaj jest.
Podał Izis tomisko, z którego wysuwały się ręcznie zapisane kartki. Dziewczyna przejechała ręką po okładce, pozbywając się cienkiej warstwy kurzu. Kolen kichnął pod jego wpływem, najwyraźniej odkrywając alergię.
— Zdrowia nie psuj — mruknęła automatycznie standardową formułkę, otwierając księgę. Na początku nie wydawała się wyjątkowa, jednak po chwili Izis zrozumiała, co trzyma.
Uniosła brew, patrząc pytająco na Nislena. Zastanawiała się, czy major nie zażartował sobie z niej w ten sposób. Jeśli tak, to zaiste kiepski był to kawał. W dłoniach miała jeden z pierwszych egzemplarzy mitów o wszechświecie wraz z objaśnieniami mitologicznymi.
— Na początkuż świat był zimnem. Ciemność panowała nad wszelakimi wodami, niebiosami, ziemiami, a planety pozostawiono samym sobie, pozbawioneż życia wszelakiego — przeczytała na głos, czekając na reakcję Kolena. — Lecz ten świat nie był jedynem istniejącem. Byty wyższe, nie przejmując się innemi, prowadziły międzyż sobą wojny, straszliwsze niż wszystkież potworne na tym świecie. Świat Royi oddzielonem był...
Przerwała, doskonale znając dalszą część opowieści o stworzeniu życia. Co prawda ta wersja, którą kiedyś czytała, pisana była bardziej współczesnym językiem, jednak sens miała taki sam. Przewróciła stronę i natrafiła na opis Pradawnych Opiekunów, co również było jej znane.
— Nie rozumiem, dlaczego, majorze, wybrałeś akurat tę księgę. — Postukała palcem w stronicę, podkreślając błahość zapisanych tam rzeczy. — To mity. Nawet jeśli jest w nich ziarnko prawdy, to i tak pewnie nam nie pomoże...
— Pozwolę sobie się nie zgodzić z tobą, pani. — Kolen uniósł przepraszająco dłoń, opierając się jednocześnie o filar, w który wkomponowany został regał. Blady kamień dosyć mocno kontrastował z mundurem majora, sprawiając, że chłopak przypominał bohatera z romansu, który czekał na swoją ukochaną z różą w dłoni. Z tą jedną drobną różnicą, że Kolen nie trzymał żadnej róży. — Mitologia bywa naprawdę przydatną. Zwłaszcza jeśli jest stara i traktuje o pierwotnej magii.
— Śmiem się nie zgodzić. Mitologia to nie książka naukowa. — Izis na chwilę znowu stała się zarozumiałą księżniczką.
Jedną ręką poprawiła włosy, a drugą podtrzymywała zapiski. Prześledziła parę stron i potrząsnęła przecząco głową, mrucząc coś cichutko pod nosem. Kolen śledził spod przymrużonych powiek każdy jej ruch, jak opiekunka, która pozwoliła podopiecznej pobawić się chwilę w piaskownicy.
— Jak wolisz, pani. Twoja decyzja — przemówił w końcu Kolen, unosząc obie dłonie i przyjmując swobodną pozę. Padał na niego promień światła, sprawiając, że jego ciemnoniebieskie włosy wyglądały na żyjące własnym życiem.
Znowu zapanowała między nimi cisza, która teraz zdawała się wręcz krępująca dla księżniczki, bowiem Nislen był do tego przyzwyczajony. Nie wiedział, co robić, więc zaczepił kciuki o pasek swojego munduru, który tym razem nie obejmował napierśnika. Obowiązkowo jednak miał ze sobą broń, tak na wszelki wypadek. I tym razem Hasoen wydał się najwygodniejszą opcją.
Izis prychnęła, czytając jakąś legendę, najwyraźniej próbując od siebie odegnać ciszę. Przewracała oczami, demonstrując swoją opinię dla tekstu. Dla niej były to zwyczajne bajki dla małych dzieci, w które nie należało wierzyć. Emocje Kolena zdradzały tylko uniesione kąciki ust i błyszczące łobuzersko oczy.
~*~
W komnacie panował idealny porządek. Surowość wyglądu nie ocieplały nawet czerwone ściany z wymalowanymi czarnymi wzorami. Nie, one sprawiały, że wchodzący doznawał wrażenia, jakoby na każdy kroku towarzyszył mu niedostrzegalny mrok. Baldachim miękkiego łóżka poruszał się, tworząc iluzję obecności duchów, ponieważ drzwi balkonowe były szeroko otwarte. Ale nawet przeszywające zimno nie było w stanie stłumić okrzyku zachwytu, kiedy spojrzało się rozciągający się z balkonu widok.
Nowoczesne budynki strzelały w niebo, a wokół nich pętlą biegły szyny podniebnej kolei. W niezliczonych szybach odbijały się światła słońc, niekiedy oślepiając obserwatora i tworząc niezwykłe widowisko. Tłumy mieszkańców spieszyły się, żeby pozałatwiać wszelakie sprawunki, zanim minie Hosud południowy, a oni będą  musieli pospieszyć znów do pracy. Co jakiś czas intensywnie niebieskie przestworza przecinały latające maszyny, smukłe i piękne,  nieczułe na wszystko inne.
Dziewczyna opierała się niedbale o barierkę, jakby od niechcenia spoglądając w dół, na tych wszystkich mieszkańców. Wiatr, targający jej strojem sprawiał, że krótkie włosy łaskotały ją w kark. Skrzywiła się; niedawno znów musiała je odcinać, bo przekroczyły dopuszczalną długość. Delikatne, niespracowane dłonie spoczywały na chłodnym metalu zdobionej barierki. Dziewczyna zdawała się zupełnie nieczuła na chłód dnia. Tego sytenu azumy niechętnie się ocieplały, przez to mieszkańcy chodzili otuleni w ciepłe płaszcze.
Zbliżała się Ognista Zorza, a ona wciąż musiała tkwić w zamku. Zupełnie nie rozumiała, dlaczego czekała na to całe „zebranie”, zamiast od razu po rocznicy urodzin ruszyć w szeroki świat. Tak byłoby o wiele prościej i szybciej. Ale taka była tradycja sięgająca niemal początków ich państwa i należało ją uszanować. Nawet jeżeli się niecierpliwiła.
W końcu porzuciła bierną obserwację, wkraczając gwałtownie do komnaty. Obojętnym wzrokiem obrzuciła wygodną kanapę, która aż zapraszała, by na niej usiąść. Zignorowała zupełnie stojący na ozdobnym stole wyciszony hologram, na którym spiker z niepokojem opowiadał o bieżącej sytuacji politycznej. Natychmiast pomaszerowała ku szerokim, rozsuwanym drzwiom ogromnej garderoby. W końcu jej pozycja wymagała nienagannego wyglądu w każdej sytuacji. Weszła do środka i wydała z siebie niezadowolone sapnięcie.
— Co ja mówiłam o mieszaniu ze sobą stroi z Pory Gwiazdy i Mrocznego Czasu? — zapytała, surowo patrząc na dwie służki, które porządkowały jej kreacje.
Niższa i jednocześnie drobniejsza skuliła się, słysząc w głosie naganę. Spuściła z szacunkiem wzrok, nie odzywając się. Druga zaś tylko mocniej chwyciła trzymaną akurat krwistoczerwoną suknię balową. Ich pani najwyraźniej szczególnie upodobała sobie ten właśnie kolor.
Dziewczyna podpadła się po bokach, obdarzając niezadowoloną miną służące, które jakby zapadły się w sobie, przerywając swoje zajęcia. Czekały na kolejne rozkazy, niepewne, co będzie dalej.
— Polerogenysie, dlaczego? — Ścisnęła nasadę zadartego nosa kciukiem i palcem wskazującym, przymykając na chwilę oczy bez źrenic i białek. Wyglądało to tak, jakby ktoś zastąpił je dwoma gładkimi, wypolerowanymi kamieniami. Tutaj nikogo to nie dziwiło; to był naturalny wygląd Tenebryjczyków. Na jedną z kobiet machnęła ręką, by kontynuowała, drugą zaś przywołała gestem do siebie. — Chcę czarny gorset i spódnicę z paskiem z różą.
Drobna kobieta skłoniła się.
— Jak każesz, najjaśniejsza.
Dziewczyna uśmiechnęła się na jej słowa. Tytuł „najjaśniejsza” zwykle zarezerwowany był dla jej starszej siostry, jednak od kiedy obie skończyły piętnaście sytenów, sytuacja nieco uległa... zmianie. Tupała nogą, gdy kobieta wróciła i pełnym respektu ruchem zademonstrowała jej przyniesioną kreację.
Alifie Mirage skinęła głową z aprobatą i z pomocą drugiej służącej zaczęła się pozbywać białej koszuli i ciemnych, prostych spodni, odsłaniając liczne zadrapania szpecące jej skórę. Pamiątki z rozmaitych walk i treningów. Chyba nawet jedno zarobiła kiedyś podczas ćwiczeń z siostrą. Aseris chciała pokonać ją za wszelką cenę. Ale mimo zranienia Alifie, nie dała rady jej pokonać. Młodsza styrie uśmiechnęła się na to wspomnienie.
— Ile razy mam powtarzać, żebyście na nie uważały? — ofuknęła służącą, która sznurowała jej gorset. Styrie usiadła na miękkiej poduszce taboretu.
— Wybacz, najjaśniejsza — kobieta wymamrotała cichutko przeprosiny, tym razem starając się nie dotknąć sznurkiem dwóch par świetlistych rogów Tenebrianki. Były one jaśniejsze i wiele bardziej imponujące niż służących, jako że należała do rodu panującego. Zaginały się w tył, by tam prawie się ze sobą połączyć.
Styrie zignorowała ją, patrząc sztywno przed siebie. Jej zielone oczy zalśniły w świetle lamp, a gdy wstała, spódnica zawirowała wokół jej nóg. Służące skłoniły się dziewczynie, a ta z powrotem wkroczyła do swojej komnaty. Jedna z kobiet chciała pójść za dziewczyną, by jej pomóc. Zerwała się, ale druga złapała ją za ramię, kręcąc przecząco głową.
— Zwariowałaś? — szepnęła do niej, marszcząc gniewnie brwi. — Styrie zawsze sama wybiera broń.
Błysk światła odbijał się od pięknych, zdobionych pochew z nożami. Dziewczyna przesunęła palcami po lotkach strzał, gładząc później z czułością piękny, czarny łuk. Jednak nie jego pragnęła dzisiaj zabrać ze sobą. Nienawidziła udawać się nigdzie bez broni, lecz tenebryjskie zasady zabraniały młodym zabierania jej ze sobą na wygnanie.
Wygnanie.
To słowo krążyło jej po głowie. Bo jakże inaczej nazwać fakt, że wszyscy od piętnastego sytenu wzwyż są odsyłani na misję?
Zbawieniem. Nauką życia. Cudownym doświadczeniem, pozwalającym przemienić duszę w coś szlachetnego.
Jej miecz. Ukochany miecz. Zdjęła go ze ściany, przez chwilę przyglądając się z niejaką nostalgią na wprawione w pokrowiec kamienie. Srebrne zawijasy posłały świetliste refleksy na ściany. W końcu wysunęła miecz z pochwy, ważąc go w ręce. Klinga odbijała wystrój wnętrza, a gdy uniosła ją wyżej, także fragment pokrytej piegami twarzy styrie.
Przyjrzała się uważnie temu odbiciu, po raz kolejny narzekając na długość swoich ciemnobrązowych włosów. Wśród nich odróżniały się tylko pasemka. Wykrzywiła usta i zamachnęła się na próbę. Miecz z delikatnym świstem przeciął powietrze jak za dawnych czasów. Chociaż, jakie dawne czasy? Przecież wciąż była nastolatką i ledwie niedawno ukończyła wiek, który upoważniał ją do misji. Nie minęło wiele od jej urodzin.
Z żalem wsunęła z powrotem miecz, zamiast niego chwytając dwa noże. Jeden prosty, który wsunęła za cholewę buta, drugi zaś z rubinem w rękojeści i pochwie z wyrzeźbionym herbem. Przytroczyła go do pasa spiętego srebrną różą. Przez chwilę myślała nad tym, czy by nie zabrać bardziej nowoczesnej broni, jednak stwierdziła, że to wyposażenie musi jej na tę chwilę wystarczyć. W końcu i tak będzie musiała je złożyć u stóp reogis przed wyruszeniem. Gołe ramiona przykryła czarną, zwiewną chustką. Oceniła swój wygląd w wielkim lustrze i pobieżnie rzuciła okiem na wiadomości.
Mówiący Tenebrianin wyglądał na bardzo przejętego. Aż jego rogi zdawały się o wiele bledsze, a w niezwykłych oczach malował się niepokój. Jak tylko skończył o czymś opowiadać, widok się zmienił. Tym razem pokazano ujęcie tenebryjskiego zamku w całej okazałości. Alifie pstryknęła palcami na jedną ze służących, a ta pospieszyła natychmiast, by wyłączyć urządzenie. Trójwymiarowy hologram momentalnie zgasł. Styrie skinęła jej głową, a ta po raz kolejny posłusznie się skłoniła, teraz dodatkowo przykładając zaciśniętą prawą pięść do oczu, wnętrzem w stronę dziewczyny. Rozprostowała środkowy i wskazujący palec.
Dziewczyna w odpowiedzi na tradycyjne pożegnanie tylko skinęła głową. Nie wypadało jej zachować się inaczej ze względu na różnicę pozycji. Nawet jeśli teoretycznie wszyscy byli równi. Z tym że kobiety mogły nieco więcej od mężczyzn. Ale to były już szczególiki.
Zamek tętnił życiem. Nawet jeśli były specjalne przejścia dla służby, to i tak na korytarzach pełno było ludzi. Zaczęła się na nich natykać, gdy tylko opuściła część sypialnianą. Nowoczesna winda antygrawitacyjna poniosła ją na niższe poziomy.
Tylko cichy szmer zakłócał tę chwilę spokoju. Alifie oparła ramię o przeraźliwie zimny materiał ściany, a na nim oparła czoło. Westchnęła głośno. Czuła, jak serce zaczęło jej mocniej bić, a oddech przyspieszył. Cieszyła się tak bardzo na tę chwilę. Całe życie przygotowywała się na ten moment.
Ciekawe, czy Aseris czuła to samo? Czy też rozpierało ją to podniecenie, chęć działania?
Nie dane jej było się tego dowiedzieć. Drzwi windy rozsunęły się, za towarzystwo mając ciche brzdąknięcie. Alifie odgoniła od siebie myśli o dwa syteny starszej siostrze, przybierając maskę osoby obojętnej na to, co dzieje się dookoła. Maskę osoby wyniosłej. Styrie doskonałej.
Co chwilę ktoś jej się kłaniał; dostrzegała spojrzenia pełne całej gamy uczuć.
Strach. Szacunek. Obawa. Radość. Niepokój. Nadzieja. Nienawiść. Uwielbienie.
Zaśmiała się w duchu. Gdyby wiedzieli, że jednak dysponuje jakąś mocą... Czy ich nastawienie do niej by się zmieniło? Zapewne nie, obecne odczucia zostałyby tylko wzmocnione, zaprawione odrobiną lęku. Bo nie wiedzieliby, jak mogłaby na nich wpłynąć.
Stukot butów zwiastował jej przybycie jeszcze zanim ukazywała się sylwetka styrie. Strażnicy w nienagannych mundurach skłonili się jej z szacunkiem i otworzyli drzwi do reprezentatywnej sali. O dziwo w tym miejscu technologia ustępowała nieco pola, onieśmielona wielkością pomieszczenia – świadka setek lat historii.
Gdy dziewczyna wkroczyła do wystawnej sali, rozmowy stopniowo milkły, a ona uśmiechnęła się do siebie, widząc, jaki efekt wywołało jej przybycie. Nie musiała przepychać się przez tłum rówieśników; każdy ustępował jej drogi, usilnie próbując nie patrzeć jej w oczy i kłaniając się. Alifie szła wyprostowana, zmierzając na sam przód, prosto ku podwyższeniu z rzeźbionym tronem. To było dziwne, tak patrzeć na ten różnobarwny tłum zgromadzony pod sklepieniem z hologramem galaktyki. Po dwóch stronach stali na baczność Tydeoni w paradnych mundurach, spoglądając przed siebie, nieczuli na emocje nastolatków, pochodzących z różnych zakątków imperium, nie tylko z Kulloso – stolicy. Sugerował to różnorodny ubiór: różne kroje czy materiały ich odświętnych strojów.
Takie niepraktyczne ubrania, pomyślała Alifie, idąc pośród nich. Patrzyła przed siebie, ale to nie przeszkadzało jej ich oceniać.
Każdy inaczej przygotowywał się do ceremonii, chociaż podstawową zasadą było zaznajomienie z przebiegiem charakterem. Wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie z czasem mogła ulec wypaczeniu, tutaj zaś wszyscy doświadczali tego na własnej skórze. Nikt jednak nie mógł przekazać młodym, co ich czeka później.
W końcu cisza przerodziła się w cichy szmer szeptów zarówno radosnych, jak i pełnych niepokoju. Serce Alifie drgało, nie mogąc się doczekać wyprawy. To już za moment, już za chwilę...
— Mama mi opowiadała, że na tych wyprawach szczęśliwi zdobywają chwałę i moc — szeptał koło niej jakiś Tenebryjczyk przejętym głosem. — Dużo walki, zwycięstwa...
— I miłości — przerwała mu rozmarzonym głosem stojąca obok niego dziewczyna. Wyglądało na to, że byli rodzeństwem, które akurat teraz postanowiło się pokłócić, zamiast dalej opowiadać swoje przypuszczenia chudej, patykowatej nastolatce o włosach jak słoma.
— Psujesz chwilę — syknął chłopak, szturchając siostrę w żebra. — Ja ci dam...
W tym momencie przed zebranych wyszedł ubrany elegancko przewodniczący Olkwushu. Nienaganny strój nie miał ani jednego zagniecenia. Alifie zastanawiała się, dlaczego próbował naśladować ogólną modę krajów Konwencji, zamiast skupić się na rodzimych kreacjach. Przynajmniej były wygodniejsze niż sztywna koszula z wysokim kołnierzem i popielata kamizela zapięta po ostatni guzik. To może nie wyglądałoby tak źle, gdyby nie odchodząca spod ramion imitacja peleryny. Złota nić pobłyskiwała, kusząc oko.
Mężczyzna stanął przed podwyższeniem. Uniósł wysoko głowę, nabrał powietrza, jakby chciał zaśpiewać jakąś arię operową. Szepty powoli milkły, kiedy dzieciaki szturchały siebie nawzajem, pokazując urzędnika.
— Reogis przybywa! — zaanonsował w końcu, a jego głos przesiąknięty był szacunkiem. — Podəo quis nuehïp reogis!
— Podəo quis nuehïp reogis! — powtórzył za nim tłum okrzyk na cześć władczyni. Alifie dołączyła do nich z małym opóźnieniem.
Zdało jej się, że powietrze aż zawibrowało od tego okrzyku. Stojąc na samym przodzie, wyraźnie widziała, kiedy na salę weszła jej matka z powagą wymalowaną na twarzy. Zamiast tradycyjnego, wygodnego stroju miała na sobie suknię z miękkiego, połyskliwego materiału. Gdy weszła na podwyższenie, wszyscy zebrani ukłonili się, przykładając dłoń do oczu. Alifie również. Przecież Sorun była nie tylko jej matką, ale też władczynią. Za nią wmaszerowali członkowie rady. Udali się za podwyższenie.
Reogis poruszała się z gracją. Nawet stała z gracją. Ogólnie wszystko robiła z niezwykłą gracją. Wiecznie miała wyprostowane plecy, jakby połknęła kij, oraz podniesioną głowę, jak na władczynię jej pokroju przystało. U boku przypasała ceremonialny miecz. Ku zdumieniu wszystkich nie usiadła na tronie.
— Dzisiaj — zaczęła swoją przemowę Sorun, patrząc na wszystkich zebranych. Zdawało się, że zwraca się jednocześnie do tłumu i jednocześnie do każdego z osobna. — jest wasz wielki dzień. To właśnie dzisiaj zostawiacie swoje rodziny: wasze matki, waszych ojców, siostry, braci. Jak od wieków to było ustanowione. Każdy z was — rozłożyła ręce, jakby chcąc objąć wszystkich. —Każdy z was ma wielką wartość. Nawet najmniejszy z was może przyczynić się do chwały Tenebrisu.
Alifie próbowała skupić się na słowach matki. To już niedługo. Już tak niewiele dzieliło ją od złożenia u stóp reogis swojej broni i wyprawy w nieznane. Czuła rosnącą na sali ekscytację. Oni też się niecierpliwili. Oni też już chcieli wyruszyć. Sorun chyba to wyczuwała, ale mimo wszystko z lekkim uśmiechem przemawiała dalej. Pokrótce przybliżyła historię pierwszych wypraw, opowiadając o odwadze młodych, którzy pomagali odzyskać wolność państwom.
— Wyrzekacie się wielu rzeczy. — W końcu reogis przeszła do najważniejszej części swojej przemowy. — Ale wiele też możecie zyskać. Za chwilę złożycie broń, by własnymi rękoma zapracować na to wszystko.
Styrie kątem oka zauważyła, jak niektórzy bledną, nieprzygotowani na oddanie broni. O mało to nie uderzyła się otwartą dłonią w czoło. Czy rodzice nic im o tym nie powiedzieli?, zastanawiała się chwilę w myślach. I dlatego właśnie uważam, że dzieciaki nie powinny przebywać same na tej sali.
Alifie miała rację. Żaden z dorosłych, prócz Tydeonów, Olkwushu i władczyni, nie miał prawa przebywać na sali podczas ceremonii. Nie pamiętała, która reogis ustanowiła taki zakaz. Chyba Leosis III, ale nie dałaby sobie ręki uciąć. To była specjalność jej matki, nie jej.
Pamiętała tylko, że dawno temu, gdy jeszcze na sali mogli być obserwatorzy, dochodziło do nieprzyjemnych sytuacji. Jakaś matka dostawała histerii, jakiś ojciec próbował zatrzymać swoje dziecko...
Nagle włosy Alifie naelektryzowały się. Tańczyły wokół jej twarzy, wznosząc się do góry. Ledwie pojedyncze małe pasma, ale i tak to sprawiło, że styrie spojrzała na sufit i tylko siłą powstrzymała się od westchnięcia z zachwytu. Nie było już na nim hologramu wszechświata. Nie była to nawet galaktyka. To było... no właśnie, co? Nie mogła znaleźć słów, by opisać obraz.
Kolumny podpierające salę już nie miały zdobionych ornamentów. To były żywe rośliny oplatające je i ginące gdzieś w górze. Same pilastry też już nie były zrobione z kamienia. To była potężna, ale też piękna iluzja podkreślająca wagę chwili. Alifie czuła wokół siebie wibracje magii, którą niegdyś użyczyli im ich bogowie.
Nastolatka zachwyciła się w duchu tym widokiem. Na jej twarzy pojawił się blady, nieśmiały uśmiech, jakby wiedziała, że nie wypada jej zrobić nic więcej, chociaż miała ochotę położyć się na posadzce i patrzeć na otoczenie bez końca. W końcu potrząsnęła głową, chcąc się wyrwać z tego niemego zachwytu.
Sorun zdawała się nieporuszona wobec zmiany scenerii. Widywała to już tyle razy, że całkowicie zobojętniała. Przecież rok w rok prowadziła ceremonię, więc jak długo mogło ją to urzekać? Owszem, gdy zobaczyła to po raz pierwszy, prawie pisnęła z szoku, lecz teraz nic nie zwiastowało tego, że wywarło to na niej jakieś wrażenie.
— Waszym obowiązkiem jest — powiedziała po krótkiej przewie, podczas której rozlegały się przytłumione westchnięcia i szepty — składać regularny raport ze swoich postępów. To nie będzie jednorazowa misja, jak niektórym może się wydawać. Przed wami trzy syteny bycia zdanymi na siebie. Każdy z was trafi gdzie indziej. Na inną planetę. Do innej galaktyki. To właśnie jest szkoła życia. Przetrwanie mimo wszystko. Udowodnienie swojej wartości.
Alifie w przypływie impulsu chciała cofnąć się o krok, w tej chwili szoku wywołanej słowami matki. TRZY SYTENY?! Aseris nie było już jakieś półtorej, no dobrze, prawie dwa syteny, ale ona... Zniknęła, nie dawała znaku. Jej siostra myślała, że po prostu to było jakieś polecenie matki, że po misji dostała kolejną, że teraz szpiegowała w jakimś zamku (Może na Sakirii, myślała wcześniej z nadzieją), a nie że została... odesłana na tak długo. Czyli jednak podświadomość miała rację, nazywając to wygnaniem.
— Musicie znać konsekwencje. — Głos władczyni zrobił się lodowaty, a wyraz twarzy się zmienił. Już nie była pogodna, lecz skupiona, poważna. Lekko zmarszczony nos, jej brwi zbiegły się delikatnie ku sobie, a kącik ust drgnął, jakby chciał się ułożyć w grymas. Sorun niebezpiecznie zmrużyła oczy, a Alifie była już pewna, że następne słowa matki nie będą zwiastowały niczego dobrego. — Brak kontaktu oznacza zdradę państwa. A zdrada to najgorsze, co możecie zrobić.
Alifie przeszedł dreszcz. Jakoś nigdy z matką nie rozmawiała o wyprawie. Czy o Nauce Życia, jak to wszyscy nazywali. A co, jeśli Aseris nie składała raportów? Czy to znaczy, że... Nie! Nie myśl o tym. Ale mimo wszystko miała złe przeczucia. A ten dzień miał być piękny. Miał być wyjaśnieniem tajemnicy, dniem chwały.
— Nie popełnijcie tego błędu. — Sorun odchrząknęła i niby od niechcenia poprawiła kosmyk długich włosów. — Niechaj to będzie dla was ostrzeżeniem.
Kątem oka Alifie zobaczyła znów przewodniczącego Olkwushu. Trzymał w ręce jakiś dekret, była tego pewna, chociaż nie mogła odczytać, co było zapisane na elektronicznej tabliczce. Zbliżył się teraz, podając ją reogis. Ta skinęła mu w odpowiedzi głową, wracając zaraz spojrzeniem do tłumu. Niech oni pierwsi się dowiedzą, że nie należy lekceważyć poleceń rządzących.
— Na mocy nadanej przez boginię Desirę, boga Ponsiuena, jako wasza reogis ogłaszam styrie Aseris Laurelin Mirage zdrajczynią Zjednoczonego Imperium Protektoratu Tenebriańskiego. Swoją nieodpowiedzialnością i lekceważeniem poleceń znieważyła nasze państwo. Tym samym przyniosła hańbę rodowi, którego częścią od teraz nie jest. — Sorun opuściła tabliczkę, wodząc wzrokiem po zebranych.
Niektórzy byli bladzi, niektórym oczy błyszczały gniewem, a niektórzy uśmiechali się z satysfakcją, bezskutecznie próbując do ukryć. Sama Alifie nie wiedziała, co o tym myśleć. Znała swoją siostrę, wiedziała, jaka jest a mimo to... Ciężko było uwierzyć, że ich zdradziła. Że zdradziła całe państwo. Dziewczyna czuła rosnącą jej w gardle gulę, ale mimo to twardo próbowała zachować nieprzeniknioną minę. Słyszała wokół siebie niespokojne szepty, które umilkły jak tylko reogis się odezwała.
— Konsekwencje są poważne. Ale to wy też jesteście naszą przyszłością i nie możecie o tym zapominać.
Tym samym zakończyła swoje przemówienie, a wszyscy po raz kolejny się skłonili. Nawet jeśli nie spodziewali się takiego obrotu spraw, wciąż obowiązywała ich etykieta. A zniewagą byłoby jej zignorowanie. Alifie za to coraz bardziej była przekonana, że słowa matki były prawdą. Bezpodstawnie przecież nie wydziedziczyłaby styrie tronu! W końcu, brak kontaktu to zdrada. A skoro najwyraźniej Aseris nie składała raportów... Kto wie, co jeszcze wyrabiała we wszechświecie.
Ale to znaczyło... Alifie otworzyła aż szerzej oczy. Że teraz ona przejmie władzę. Ręce zaczęły jej się trząść, gdy przebiegło jej przez myśl, czy jest na to gotowa.
Oczywiście, że jestem gotowa, pomyślała hardo, a jej z jej spojrzenia zniknęły wątpliwości. Przygotowywała się całe swoje życie.
— Teraz — odezwał się mężczyzna, wkraczając przez nich krokiem dumnym jak u koguta. — złożycie po kolei swoją broń u stóp reogis, tym samym deklarując jej swoją lojalność. — Gestem przywołał Tydoena, który podał mu kolejną elektroniczną tabliczkę. Przez chwilę bezskutecznie próbował znaleźć wśród protokołów ceremonii to, czego szukał. Zerkał niespokojnie na władczynię, która tylko uniosła brew. — Nie... Nie... Mam! — mruknął pod nosem, a potem dodał już głośniej: — Każdy z was podejdzie według ustalonej kolejności.
Alifie odetchnęła z ulgą. A więc nie będzie musiała długo czekać. Chociaż, w sumie, jako styrie nigdy nie musiała czekać. To był niezaprzeczalny, niezbywalny przywilej. Sprawiało to, że stała ponad nimi wszystkimi w hierarchii. Nawet, jeśli w teorii byli sobie równi.
— Styrie tronu, najjaśniejsza Alifie Rosei Mirage.
A więc to już był fakt. Nastolatka uśmiechnęła się z wyższością i, nie oglądając się za siebie, ruszyła w kierunku swojej matki. Uklęknęła przed nią na jedno kolano, skłaniając głowę przed swoją panią. Sorun położyła jej rękę na głowie, czego nigdy nie powinna była zrobić. Ale to była jej córka. Dyen nie wybaczyłby jej, gdyby w jakiś sposób nie pożegnała Alifie.
— Uważaj na siebie. I niech bogowie cię strzegą.
—  Podəo quis nuehïp reogis — wyszeptała w odpowiedzi, wstając.
Spoglądała matce w oczy, kiedy odpinała od paska pochwę ze zdobionym nożem. Później schyliła się, wyjmują zza cholewy kolejny. Styrie pozwoliła sobie na półuśmiech i pstryknęła palcami. Jej strój zmienił się. Wiedziała, że niektórzy, tak jak ona, ocenili jej ubiór jako zupełnie niepraktyczny, więc zawczasu się przygotowała. Teraz nie miała na sobie gorsetu i spódnicy, tylko mocne, ale też wygodne spodnie, ciemną bluzkę, a na niej kamizelę i pelerynę z kapturem. Zauważyła pełen aprobaty uśmiech Sorun. Przykładny Tenebryjczyk zawsze powinien mieć ze sobą broń, ale też zawsze powinien być przygotowanym na każdą sytuację. Alifie delikatnie musnęła wargami ostrza i podała je matce.
Koło nich pojawił się jeden z Tydeonów, przejmując zaraz broń z dłoni władczyni. Alifie po raz ostatni spojrzała w oczy matki i przeszła za podwyższenie, gdzie już na baczność stali pozostali członkowie Olkwushu, salutując odchodzącym. Przed sobą miała trzy nowoczesne przejścia.
— Testeo — szepnęła, uświadamiając sobie coś. — On musi się dowiedzieć.
Momentalnie chciała zawrócić, ale teraz już było zbyt późno. No i nie wiadomo było, gdzie wyląduje, więc będzie musiała improwizować. Uniosła wysoko głowę, przybierając minę pełną wyższości. Przejścia lśniły lekko. Między ramami z pozoru nie było nic. Delikatny połysk łudząco podobny do tego, który miały szklane powierzchnie.
Alifie odetchnęła głęboko, po raz ostatni obrzucając spojrzeniem swój dom. Zmierzała ku środkowemu przejściu. Od tej chwili była całkowicie zdana na siebie.
Witaj przygodo!
~*~
Izis z rezygnacją zatrzasnęła kolejną z ksiąg i odłożyła ją na półkę. Cały czas byli w bibliotece, a wuj księżniczki najwyraźniej nie spieszył się z powrotem do pałacu. Dziewczyna oparła czoło o zimny materiał półki, wzdychając ze zrezygnowaniem.
— To bez sensu — mruknęła, patrząc z ukosa na Kolena, który ze zmarszczonymi brwiami przeszukiwał inne półki. Jego niebieskie włosy wydawały się teraz prawie czarne.
Izis przyjrzała mu się, póki miała okazję. Widywała go dzień w dzień, więc nie dziwiło jej nic w jego wyglądzie. Prosty mundur dodatkowo podkreślał wysportowaną sylwetkę chłopaka. Ciemne oczy śledziły z uwagą tekst książki, którą trzymał pewnie w dłoniach.
— Znalazłeś coś ciekawego, majorze? — zapytała, podchodząc do niego. Kolen był od niej wyższy, więc musiała stanąć na palcach, by cokolwiek zobaczyć ponad jego ramieniem. Gdy nie zareagował, najwyraźniej zaaferowany zapiskami, szturchnęła go palcem pod żebrami. — Nislen! Iolesti do Nislena — syknęła, ale w odpowiedzi otrzymała tylko niezrozumiałe mruknięcie.
Opuściła ze zrezygnowaniem ręce. Odwróciła się, udając obrażoną. A może wcale nie musiała grać? Prychnęła na niego ze złością i sama ruszyła wśród półek, by w końcu poczynić jakieś postępy.
— „Magiczne sposoby na zauroczenie”, „Magiczne kroniki rodu Vhiles” — czytała pod nosem, maszerując dziarsko wśród zbiorów. Wtem mignęła jej ruda burza włosów. Księżniczce błysnęły oczy. — Sekiny!
Służka zatrzymała się w pół kroku z całym naręczem ksiąg do przejrzenia. Obróciła głowę, nasłuchując, skąd dochodził głos jej pani. W końcu jednak poprawnie odgadła kierunek i popędziła w kierunku Izis. Po chwili stanęła przed nią, niezdarnie próbując połączyć ukłon z utrzymaniem niesionych rzeczy na miejscu. Udało jej się to tylko częściowo. Rzuciła się, by wszystko pozbierać, pod czujnym spojrzeniem Izis.
A przynajmniej myślała, że tak będzie, bo księżniczka kucnęła razem z nią i pomogła jej pozbierać księgi. Sekiny z niepokojem zerkała na nastolatkę, martwiąc się, czy nie złamała jakiejś ważnej zasady.
— Posłuchaj mnie uważnie, Sekiny — zaczęła Izis ze schyloną głową. Dbała o to, by nikt nie zobaczył ich wymiany zdań, co nie było szczególnie trudne, patrząc na frekwencję w bibliotece. — Chcę, żebyś coś dla mnie zrobiła.
— Co tylko każesz, pani. — Służka przełknęła ślinę, czując, jak serce jej niespokojnie biło.
— Jeśli znajdziemy to, czego szukamy, chcę, żebyś przemyciła to do naszego Yesiquetrum, rozumiesz? Tak, żeby nikt się nie zorientował.
Dziewczyna zmarszczyła brwi, a Izis westchnęła. Proszę ją o okradzenie pałacu. Pałacu pod nadzorem moich rodziców! Miała ochotę potrzeć swoją twarz, ale zamiast tego wyprostowała się, górując nad Sekiny.
— J-jak to, pani?
— Po prostu to zrób. I nie zadawaj pytań.
Sekiny skinęła głową, też wstając. Zebrała już wszystkie upuszczone księgi i skłoniła się, o mało co nie powtarzając sytuacji. Izis przewróciła oczami i odwróciła się na pięcie. Sekiny patrzyła za nią pytająco, uświadamiając sobie, jak dziwna była prośba księżniczki. Izis miała jednak swoje powody. Iolesti zazdrośnie strzegła swojej wiedzy. Władcy mogli przeglądać dzieła zgromadzone w bibliotece, ale żadne z nich nie mogło jej opuścić. Nie robiono wyjątków dla nikogo. Właśnie dlatego Izis sięgnęła po drastyczne środki, jeśli miała się dowiedzieć czegokolwiek o magii runopodobnej i przestudiować wszystko dokładnie.
Gdy wracała do foteli, jej uwagę przykuł jeden tytuł. Niepozorny, nierzucający się w oczy. A jednak go zobaczyła i zatrzymała się, aż materiał sukni zatańczył wokół jej kostek.
Czyżby to było to?
Nie zastanawiając się wiele, gwałtownym ruchem wysunęła starą księgę. Rozkaszlała się, gdy w powietrze wzbiła się chmura kurzu. Zasłoniła nos rękawem, walcząc uporczywie z drapaniem w gardle. W końcu otworzyła księgę.
„O magiach różnorakich i ich właściwościach wszelakich. Księgę tę napisał C. J. Juuefo, kronikarz dworu Ioleskiego.”
Bingo! Izis uśmiechnęła się szeroko, zaciskając palce na delikatnych stronicach. Z niecierpliwością kartkowała dzieło, szukając jakiegokolwiek spisu treści. Księga musiała być naprawdę stara, ponieważ napisano ją ręcznie. Czyli liczyła sobie przynajmniej trzy tysiące akilusów. Bo mniej więcej wtedy w tych rejonach przestawiono się na druk normalny, a później magiczno-solarny.
Księżniczka zdumiała się, że każde słowo można było odczytać, że nic nie zniknęło w nieprzerwanym nurcie czasu, lecz uświadomiła sobie kunszt wykonania. Stronice zostały wzmocnione zaklęciem. Atrament również uległ tej modyfikacji, nie mogąc wyblaknąć przez te wszystkie lata. Czyli nie było dzieło Sakirian, bo oni nigdy nie władali tego typu zaklęciami. Uzdrawianie i kryształy (a przede wszystkim to drugie), to była ich specjalność. Ale nie modyfikowanie druku. Czyli Juuefo nie należał do tej rasy.
W końcu odnalazła odpowiednią stronę i wodziła po niej palcem. Było tutaj tak wiele opisanych rodzajów magii, że aż sama się zdumiała, widząc takie pozycje jak magia demoniczna czy modyfikowana. Runopodobna też się tam znalazła.
Izis odkryła, że z podekscytowania zaczęły trząść jej się ręce. To było to! Była o krok bliżej wypełnienia misji. Musiała tylko znaleźć kogoś, kto władał magią runopodobą. No i czystą, nie można było zapomnieć o czystej magii. Ta część zadania była nieco trudniejsza, jednak Izis cieszyła się w tej chwili jak małe dziecko, nie przejmując się następnym etapem.
Prędko przebiegała wzrokiem tekst, a mina coraz bardziej jej się zmieniała. Zmarszczyła brwi, na czole pojawiła jej się pozioma zmarszczka. Przygryzła wargę, nie rozumiejąc niektórych rzeczy.
— Wasza wysokość?
Nastolatka prawie podskoczyła, nagle za sobą słysząc głos posłańca. Zatrzasnęła księgę, obracając się ku niemu, jak osoba przyłapana na gorącym uczynku. Prędko wśliznęła się w skórę przyszłej władczyni. Uniosła brwi, gestem dając mu przyzwolenie.
— Przybył wuj waszej wysokości i łaskawie prosi o spotkanie w sali słonecznej. — Skłonił się. Na szczęście nie był to ten sam mężczyzna, który witał ich na lądowisku. Izis odetchnęła w duchu z ulgą.
— Prowadź więc.
Chwyciła mocniej książkę, jakby był to najcenniejszy skarb. Zupełnie zapomniała o spotkaniu z wujem, tak bardzo wciągnęła się w poszukiwania. Kolena nigdzie nie było widać, co Izis skwitowała lekkim skrzywieniem. Ciekawiło ją, gdzie znowu przepadł mężczyzna.
Niedługo się dowiedziała, ponieważ i on, i jej służka czekali przy wyjściu z biblioteki. Major miał zaniepokojoną minę, a Sekiny wbiła wzrok w ziemię. Księżniczka zaniepokoiła się, to nie mogło zwiastować niczego dobrego.
— Wasza wysokość? — głos powstańca zatrzymał ją w miejscu.
Chciała skrzyżować ręce na piersi, ale przypomniała sobie o trzymanej w jednej z nich książce. Szybko więc skorygowała swoje zamiary, mając nadzieję, że nikt nie zauważył tej wpadki. Położyła dłoń na biodrze, unosząc brew.
— Księga. — Chłopak wskazał dłonią na przedmiot, a gdy Izis nie odpowiedziała, dodał: — Nie może opuścić tego pomieszczenia, wasza wysokość.
Księżniczka od niechcenia poprawiła fryzurę, ukradkiem dając sygnał Sekiny. Miała nadzieję, że służka zrozumiała przekaz. Z teatralnym westchnięciem odłożyła książkę na stolik. Nie godziło jej się przecież odkładać jej z powrotem.
— Sekiny, odniesiesz księgę na miejsce. — To nie było pytanie, tylko rozkaz. Dziewczyna skinęła głową, tym samym rozwiewając obawy Izis.
Jeśli nikt nie przyłapie służącej, powinni bez problemu wynieść dzieło z pałacu, a wtedy będzie miała więcej czasu na zorientowanie się w treści. Owszem, mogła zapoznać się z nią tutaj, jednak gdyby wizyta się przedłużyła niepotrzebnie, ktoś mógłby nabrać podejrzeń.
Po chwili wędrowali tylko w trójkę korytarzami pałacu. Wysocy urzędnicy ustępowali drogi dziwnemu orszakowi, zastanawiając się, czemu księżniczka postanowiła ich odwiedzić. Ona sama nie wiedziała, co obrać za cel niespodziewanej wizyty.
Standardowa kontrola? Uspokojenie nieistniejącego niepokoju? Czy może jeszcze coś innego?
Izis od zawsze wolała trzymać się planu. Mogła go opracowywać godzinami, by później postępować zgodnie z nim. Improwizacja nie była jej najmocniejszą stroną, wiedziała o tym. Zwolniła kroku, czekając, aż Kolen się z nią zrówna. Znowu go szturchnęła, zwracając tym samym na siebie uwagę.
— Jakaś sugestia wymówki? — spytała najcichszym z szeptów, drapiąc się przez materiał po ramieniu. To wszystko przez zdenerwowanie. Nie przemyślała do końca tej kwestii, to teraz miała problem.
— Nie masz żadnego planu, pani? — Kolen nie fatygował się z żadną pomocną odpowiedzią. Uniósł brwi, sprawiając, że Izis miała ochotę się uśmiechnąć. Dlaczego ona wcześniej nie zauważyła tych złotych plamek tańczących w jego oczach?
— Nie pomagasz, majorze — odpowiedziała zamiast tego ostro, zaciskając dłoń w pięść. — Potrzebujemy czegoś teraz. Zaraz.
Kolen uśmiechnął się w odpowiedzi, kłaniając się przy okazji jakiejś damie, która dumnym krokiem minęła ich trio. Zerknęła przelotnie na idącą dziewczynę i zbladła. Oddaliła się pospiesznie z nadzieją, że księżniczka nie przejęła się pogwałceniem etykiety.
— Świetnie, po prostu świetnie — kontynuowała Izis, zupełnie nie rejestrując zachowania damy. Uniosła ręce w parodii jakiejś modlitwy. — O wszechmogący, ześlijcie nam pomoc. — Jej głos nafaszerowany był sztuczną drwiną. Gdyby mogła, zaśmiałaby się histerycznie. Potrzebowała wiarygodnej wymówki na wczoraj.
— Pani. — Kolen uniósł ostrzegawczo palec. Spojrzał groźnie na księżniczkę. — Wiem, że nie jest łatwo, ale nie kpij z bogów. Proszę.
W jego głosie nie było ani śladu żartu, kpiny czy czegokolwiek innego. Została tylko twarda nuta, pod wpływem której Izis wzruszyła ramionami. Nie spodobało się jej pouczenie Nislena, co pokazywały gniewne iskierki w jej oczach.
— Przynajmniej postaraj się, pani. — W końcu złagodniał nieco, patrząc na księżniczkę z pewnym pobłażaniem. Zdawał sobie sprawę, że między nimi nie ma a tak wielkiej różnicy wieku, a mimo to czasem przyłapywał się na tym, że próbował matkować dziewczynie. Czy może w jego przypadku ojcować bardziej by pasowało.
Wyciągnął rękę, jakby chciał zmierzwić jej włosy. Zatrzymał dłoń w pół drogi, gdy zorientował się, co chciał zrobić, a Izis rzuciła mu z założenia mordercze spojrzenie.
— Poradzimy sobie jakoś — rzucił ze sztucznym uśmiechem, zmieniając prędko gest w coś w rodzaju wesołego machnięcia dłonią, które przerodziło się w kciuk do góry.
Izis przewróciła oczami, a na jej twarzy zagościł cień uśmiechu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz