sobota, 6 stycznia 2018

Kryształ Soldenu

4. Wszędzie misje

    Laurę zaskoczyło nieprzyjemne uczucie, które kiełkowało w niej, od kiedy tylko opuściła park. Obejrzała się za siebie, ale Marta już też nie siedziała bezczynnie na ławce, tylko pognała do domu się przebrać. Nastolatka przygryzła wargę, wędrując prędko wzdłuż ulicy. Jednocześnie chciała i nie chciała być w skórze przyjaciółki. Laurę zżerała od wewnątrz piekielna wręcz zazdrość, że to blondynka, a nie ona, doświadczyła spotkania z innym gatunkiem. Z drugiej strony jednak nikt od dawna już nie widział takich mieszkańców Ziemi, co było więcej niż niepokojące.
   Dziewczyna westchnęła głęboko. Była fatalną przyjaciółką. Powinna szukać jakiegoś rozwiązania, zamiast zastanawiać się, jakby to było, gdyby zamieniły się miejscami. Pogrążyła się w myślach, nawet nie zauważając, kiedy dotarła do niewielkiej restauracyjki, w której sobie dorabiała. Dopiero w chwili przekroczenia progu zorientowała się, gdzie jest. Nie pamiętała nawet momentu wysiadania z autobusu, a co najważniejsze, nie orientowała się, w którym momencie do niego wsiadła. Jednak wciąż była rozkojarzona, jakby zupełnie nie przywiązywała wagi do tego, co robiła. Automatycznie wymamrotała przywitanie i pomaszerowała na zaplecze, gdzie stał wesoły rządek srebrnych szafek. Przez chwilę zastanawiała się, co robi w szkole, ale w końcu wzruszyła ramionami.
   Mechanicznie zostawiła swoją sportową torbę, biorąc ze sobą tylko telefon i portfel wraz z ciemnym, skórzanym etui. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyda się jej odznaka, a zawsze może ją schować w kieszeni fartucha i nikt się nie zorientuje. Gorzej by było, gdyby ją w nim zostawiła po skończeniu pracy. Rozejrzała się nieprzytomnym wzorkiem po sali. Jasne ściany dawały wrażenie, że w środku było jeszcze milej niż na zewnątrz. Na ścianach wisiało kilka zdjęć pobliskiego parku oraz wybrzeża, a zasłony nieco zmniejszały siłę zabójczych promieni słonecznych. Na sali stały w róznych odstępach stoliki z ciemnego drewna.

   — Co ty taka dzisiaj nieobecna? — powitała ją jej koleżanka z pracy, wycierając szmatką szklankę. Przyjrzała jej się pod światłem krytycznym wzrokiem i wróciła do pucowania.
   — A tak jakoś... Serial za bardzo wciągnął i na jednym odcinku się nie skończyło — skłamała w odpowiedzi dziewczyna, uśmiechając się lekko do Zosi. Potrząsnęła głową, stwierdzając, że zbyt wiele myśli. Szybko obwiązała się fartuchem w pasie, pospiesznie umykając zza baru, zanim druga z dziewcząt wciągnęłaby ją w dalszą dyskusję. Nie teraz. Laura, weź się w końcu ogarnij. Potem będziesz mogła o tym myśleć do woli. Teraz się skup.
   Dzień mijał jej tak jak zwykle. Zapracowana ani razu nie miała okazji zastanowić się głębiej nad tą całą sprawę z Tanurglem, chociaż serce biło jej jakoś tak niespokojnie ciężko. Laura co chwilę sprawdzała telefon, jakby czekała, aż Marta do niej napisze z jakimiś nowinami. Jednak urządzenie uparcie milczało i nawet Mayleen nie przesłała jej żadnych instrukcji. Teoretycznie miała dwóch szefów: właściciela restauracji i właśnie agentkę. A teraz obydwoje milczeli, jakby zapomnieli o jej istnieniu.
   Klienci wchodzili i wychodzili, a ona coraz bardziej pogrążała się w pracy. Polerując kontuar baru, poplotkowała chwilę z Zosią. Zadziwiające było, ile ta niska kobieta wiedziała o tym, co się działo w mieście. Zielonowłosa była tak zorientowana we wszelakich tematach, że Laurze nie raz i nie dwa brakowało słów, gdy dowiadywała się, co się działo z niektórymi jej znajomymi. A to ktoś urządzał imprezę, to jakaś para się zeszła, rozstała. Odpowiadała kelnerce najczęściej uśmiechem i półsłówkami, by jej nie urazić. Dziewczyna zwykle była miła, a spod jej zafarbowanych na zielono włosów gdzieniegdzie wesoło wyglądały czarne kosmyki, jakby chciały przypomnieć, jak naprawdę wyglądała.
   W końcu jednak musiały przerwać swoje rozmowy, gdy fala klientów przybyła na obiady. Jak zwykle zaczął się potężny ruch i mówiły do siebie tylko to, co było konieczne.
   — I wtedy wyszedł ten facet w masce, trzymając nóż. Każdy się chyba spodziewał, że rzuci coś w stylu, że mogą się pożegnać z życiem. A tu nagle: ''Siemanko wszystkim''. Myślałem, że się posikam ze śmiechu przy tej scenie, mówię ci, stary!
   — Chciałbym to zobaczyć. Tylko nie wiem, co byłoby zabawniejsze — ty, czy ten facet — zaśmiał się jeden z gości, gdy Laura z uśmiechem stawiała przed nim zamówione danie. Skinął jej w podziękowaniu głową, wracając do dyskusji.
   Na sali było tak gwarno, że prawie nie słyszała własnych myśli. Gdzieś tam wśród stolików mignęła jej promiennie uśmiechnięta Zosia. Miała do tego dryg, z łatwością lawirowała między klientami, dokładnie pamiętając co komu przynieść. Chociaż Laura wiedziała, że to była sprawka numerków stołów, które pisały sobie zawsze nad zamówieniami.
   Nastolatka skończyła właśnie notować kolejne życzenia i odwróciła się, by pobiec prędko do kuchni, gdy na kogoś wpadła.
   — Przepraszam pana! — rzuciła, chcąc go wyminąć. Podniosła wzrok. — Najmocniej pa... Chwila. — Zmrużyła podejrzliwie oczy, jakby im nie wierzyła. Po raz kolejny potrząsnęła głową, jeszcze bardziej rozwalając swoją i tak już nieporządną fryzurę. — Ramon. Co ty tu robisz?
   — Stoję — odparł beztrosko Matthew Ramon, chowając ręce w kieszeniach spodni. Wydawał się kompletnie wyluzowany. — Dziwne, że się nie zorientowałaś, Kowalska.
   — A spadaj na wyimaginowane drzewo — prychnęła, ponownie próbując go wyminąć. Zacisnęła zęby, gdy zagrodził jej drogę. — Czego?
   — Nie tak powinna zachowywać się kelnerka. — Pokręcił z naganą głową. Laura zauważyła, że na twarzy miał nowe zadrapanie. Delikatne, ale jednak. Dziewczyna o mało co nie wywróciła oczami. Oczywiście ta niedorajda musiała zebrać razy po mordzie. Nie powiedziała jednak nic głośno, wzdychając ciężko.
   — Dasz mi w końcu przejść i złożyć w kuchni zamówienie? Czy będziesz tak stał i się na mnie gapił cały dzień? Jeśli tak, to sorry za złamanie nadziei, ale odpada. Nie mam ochoty użerać się ze skargami.
   Doskonale widziała pytające spojrzenie Zosi znad kontuaru. Najwyraźniej, gdy Laura zbierała zamówienia, tamta zdążyła wrócić za bar. Kelnerka już szykowała się do przyjścia z odsieczą, gdy nagle Matthew odsunął się, przepuszczając nastolatkę. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że tym razem nie opłaca mu się toczyć sporów z agentką. Chociaż Laura nie była pewna, czy wiedział o tym, że ją przyjęli do WOfAC. Zastanawiała się, po co w takim razie tutaj przyszedł. Czyżby znowu zrobiła coś nie tak, jak powinna?
   — Kto to? — szepnęła do niej Zosia, jak tylko jej koleżanka znalazła się za bezpiecznym barem. W jej oczach błyszczała ciekawość, jakby była gotowa na wysłuchanie najnowszych ploteczek. Laura przerwała rozpisywanie zamówienia na odpowiednie kody i spojrzała w tym samym kierunku co dziewczyna. Jęknęła w duchu. Ramon wygodnie rozsiadł się przy jednym ze stolików i najwyraźniej czekał, aż przyjmą od niego zamówienie.
   — Nikt ważny — odparła oschle. Zosia zerknęła na nią z ukosa. Co jak co, ale Laura wiedziała, że jej nie oszuka. Koleżanka z pracy może i wydawała się osobą płytką, ale na ludziach znała się jak mało kto. Spojrzenie jej niebieskich oczu potrafiło prześwietlić na wylot. Uśmiechnęła się nieco krzywo, sprawiając, że w jej policzkach pokazały się dołeczki.
   — Niech zgadnę. To twój chłopak, ale jesteś na niego wkurzona i nie przyznajesz się do niego.
   Laura zapowietrzyła się, gwałtownie czerwieniejąc. Że co do cholery?! Co jej wpadło do głowy?! Już otwierała usta, by wygłosić długą tyradę, jak to nienawidzi tego gościa przy stoliku, gdy Zosię uratował dzwonek w kuchni. Szepnęła tylko do zdenerwowanej dziewczyny krótkie ''żartowałam'' i pobiegła do rozdzielni kelnerskiej. Gdy już jej nie mogła zobaczyć, Laura zrobiła siarczystego facepalma i z notesem powędrowała dzielnie w kierunku Matthewa, czując, jak ogarnia ją złość. Na niego. Bo się tu pojawił. Bo w ogóle istniał.
   — No wreszcie się pojawiłaś — odezwał się do niej, mierząc ją wzrokiem. O dziwo zrezygnował z marynarki i podwinął rękawy wymiętoszonej koszuli. Nerwowo wystukiwał rytm o ciemny blat stołu, jakby się niecierpliwił albo czymś martwił.
   — A ty wciąż istniejesz — odparowała Laura, pstrykając długopisem. On irytował ją stukaniem, ona odpowiedziała mu natrętnym dźwiękiem. Na reakcję nie musiała długo czekać, gdy posłał jej wyjątkowo zmęczone spojrzenie. Po raz pierwszy przyszło jej na myśl, jak bardzo udręczony musi być mężczyzna. Szybko jednak odegnała od siebie tę myśl, uśmiechając się z wyższością. — Zamawiasz coś, czy będziesz tak siedział tutaj cały dzień, Ramon?
   Przez chwilę nie odpowiadał, znów podziwiając widok za oknem. Mimo tego, że na niedalekiej plaży był tłum ludzi, krajobraz wciąż był imponujący. Podążyła za jego wzrokiem, marszcząc brwi. W Matthewie było coś... niepokojącego. Coś, co do tej pory jej umykało. Zawsze miał ją na oku. W sumie, od kiedy po raz pierwszy zagościła w siedzibie Światowej Organizacji do Spraw Obcych Cywilizacji.
   — Kawa wystarczy. Sypana. Mocna — rzucił z rozkojarzeniem.
   — Świetnie. — Odwróciła się na pięcie i już chciała podążyć w stronę baru, gdy zatrzymał ją głos Matthewa, w którym teraz wyczuwała nutkę rozbawienia.
   — Wiesz, że jak zgubisz odznakę, to łatwo drugiej nie dostaniesz?
   Laura zacisnęła ze złością zęby, nie reagując na zaczepkę służbisty. A więc wiedział, że przyjęli ją do agencji. I najwyraźniej wiązał z tym jakieś plany czy nadzieje, skoro pofatygował się do niej osobiście. Jakby nie miała dosyć własnych problemów, to teraz dołączył jeszcze on. Gdy przyjmowała odznakę, miała nadzieję na świetnie misje, mnóstwo brawurowych akcji i brak nudy. A tymczasem Mayleen milczała, jakby o niej zapomniała. W sumie Laura mogłaby się wybrać do jednej z baz, ale to niewiele jej by dało. Póki nie zechcą przydzielić jej do jakiegoś zadania, musiała zacisnąć zęby i czekać.
   Zignorowała ciekawskie spojrzenie Zosi i machinalnie zaczęła przygotowywać kawę. Skoro tu był, mogła spróbować mu podyktować warunki. Albo uzyskać jakieś informacje. Albo jedno i drugie. Uśmiechnęła się pod nosem, myśląc o tym. Jednak zaraz znów wróciła w wir obiadowego szaleństwa.
   Pół godziny później opierała się ze zmęczeniem o blat baru, jakby miała nadzieję, że to koniec tego dnia. Napływ klientów się skończył i teraz tylko paru siedziało jeszcze, prowadząc swobodne rozmowy, a dwie kelnerki mogły odsapnąć z ulgą. Chociaż jednej z nich wciąż biło niespokojnie serce, gdy zerkała na mężczyznę siedzącego pod oknem.
   Matthew był irytujący, Laura śmiało to przed samą sobą przyznawała. Ale teraz wzbudzał podejrzenia, wolno pijąc przygotowaną kawę i czytając coś na telefonie. Przy tym co chwilę marszczył brwi, jakby to, co wyczytał, bardzo mu nie odpowiadało. Nastolatka westchnęła, znowu do niego zmierzając. Stanęła przed jego stolikiem, nie odzywając się i czekając, aż ją zauważy. Chrząknęła znacząco i wtedy dopiero agent zaszczycił ją swoim spojrzeniem.
   — Chcesz coś jeszcze? — zapytała neutralnym tonem Laura. Nie chciała się kłócić. Teraz gdy sala była prawie pusta, a muzyka w tle spokojnie grała, ich słowa mogły być wszędzie doskonale słyszalne.
   — Rachunek.
   Skinęła mu głową w odpowiedzi. Tego się spodziewała, więc już zawczasu wydrukowała paragon i teraz podała mu go w prostym, jasnobrązowym etui z logiem restauracji. Matthew uniósł brwi, ale nie skomentował tego w żaden sposób, a Laura znów zadała sobie pytanie, dlaczego tutaj był. Jeśli chciał ją kontrolować, to istniały na to znacznie bardziej dyskretne sposoby.
   Odeszła na chwilę od Ramona, by posprzątać inny stolik, a kiedy wróciła, jego już tam nie było. Została nie tylko odliczona kwota, ale też drobny napiwek. Uniosła brwi na ten gest. Już za barem, chwilę przed wyrzuceniem paragonu zobaczyła, że Matthew coś na nim nabazgrał. Kwadrans po dziewiątej. Al. Niepodległości 12. Nie spóźnij się, odczytała w myślach.
   Nagle sobie coś uświadomiła. A co jeśli oni cały czas ją obserwowali? Jeśli tak, to wszystko, co do tej pory robiła, mogło obrócić się na jej niekorzyść. Wszystkie sekrety, kłamstwa, manipulacje. Wszystko. Dosłownie wszystko to mogła posiadać WOfAC. Że też ona na to wcześniej nie wpadła!
   Nie kojarzyła, żeby przy podanym adresie był któryś z bezpiecznych domów, co sprawiło, że mocniej zabiło jej serce. Była tak podekscytowana odznaką, że zupełnie zapomniała o wszelakich konsekwencjach i obowiązkach, które wiązały się z posadą agentki. Jak zwykle podjęła decyzję bez przemyślenia wszystkiego, a później dopiero zdawała sobie sprawę z następstw. Po plecach przeszedł jej dreszcz niepokoju. Nie miała pojęcia, czego od niej oczekiwali.
   Może wiedzieli więcej, niż jej się wydawało.
~*~
   Sakiriańska flota kosmiczna od zawsze wyglądała imponująco, ale dopiero teraz Izis mogła w pełni docenić smukłe statki zdolne wynieść ich poza orbitę planety. W hangarze stał Yesiqetrum, którym podróżowali na nieszczęsną Radę Światów. Wiedziała, że jest ogromny, ale teraz dopiero uświadomiła sobie, jak bardzo mała się przy nim czuła.
   Był już wieczór, kiedy zakradła się do podziemnego garażu, by sprawdzić, czy łatwo będzie się wymknąć z planety. Jedno było pewne: tutaj raczej nie znajdzie skradzionego Kryształu Soldenu, a głośno o misji mówić nie chciała. Coraz częściej w myślach powracała do tego, co wyczytała w księdze od babci i coraz mniej z tego rozumiała. Zaklęcie było naprawdę skomplikowane, skoro wymagało połączenia ze sobą aż dwóch rodzajów magii. Standardowe czary wymagały tylko jednego – albo magii czystej, albo żywiołów, albo jakiegoś zupełnie innego. Ale nigdy nikt nie wspominał nic o runopodobnej. Nie znalazła żadnego wyjaśnienia w księgach z królewskiej biblioteki, lecz to jej nie zdziwiło, skoro jej babka pochodziła z Iolesti. I chociaż teraz planeta pozostawała w strefie wpływów Sakirii, wciąż zazdrośnie wręcz strzegła swoich sekretów. Więc może to właśnie na niej kryło się rozwiązanie jej problemu.
   Cholernie potrzebowała tego zaklęcia, a czas nieubłaganie płynął i powoli łapał ją stres, że nie podoła zadaniu. To wciąż było strasznie trudne. Odnaleźć tajemniczego złodzieja, odebrać mu skradziony artefakt, odwołać oskarżenia i uniknąć wojny. Czuła się jak jakiś heros wysłany przez bogów, by dokonać niemożliwego.
   — Pani? — Z zamyślenia wyrwał ją dziwnie znajomy głos. Mimo to zareagowała jakoś instynktownie i w mniej niż nutsyk przykładała ostry kryształ do gardła majora Nislena, a na jej skórze powoli zaczynały błądzić znaki.
   Cofnęła się prędko, widząc, że chłopak nie stanowi zagrożenia. Jednocześnie księżniczkę zirytował fakt, że najwyraźniej major ją śledził. Mógł sobie myśleć, co chciał, być kimkolwiek był, ale śledzenia Izis nie zamierzała tolerować. Przybrała nieprzenikniony wraz twarzy, ukrywając wszelakie emocje. A przynajmniej to właśnie starała się zrobić.
   — Co tutaj robisz, majorze? — zapytała spokojnie, patrząc w jego oczy. Uroczy fiolet jej tęczówek przez chwilę mierzył się z pozorną obojętnością tych ciemnych, należących do Kolena. W końcu jego wzrok się zmienił, malowało się w nim pewnego rodzaju poczucie winy.
   — Widziałem cię, pani, przemykającą tutaj i pomyślałem...
   — Że pójdziesz za mną? — przerwała mu chłodno Izis. Cały czas miała w pamięci słowa jej babci, które teraz odbijały się w jej czaszce, jakby próbowały desperacko wydostać się na wolność. Zmrużyła niebezpiecznie oczy. — Sama. Potrafię. Się. Obronić. Nie potrzebuję niańki.
   Odwróciła się na pięcie, zmierzając do wejścia jednego z mniejszych Yesiqetrum. Fakt, że Kolen przyłapał ją w hangarze, nie wróżył niczego dobrego. Mógł nabrać podejrzeń, a ona nie miała przygotowanej wymówki w razie niewygodnych pytań. Chciała to zrobić sama – zdobyć odpowiedzi i wrócić. Potem zorganizować wielką, szlachetną wyprawę w celu odzyskania skradzionej haniebnie własności, bla, bla, bla. Uniknięcie wojny, pokój, radość, wdzięczność, bla, bla, bla.
Yesiqetrum kusiło ją swoim metalicznym blaskiem na skrzydłach. Ale wiedziała, że gdyby w tym momencie próbowała wystartować, najpewniej rozbiłaby się maszyną. A daru teleportacji niestety nigdy nie miała, co znacznie ułatwiłoby jej zadanie. Metal był przyjemnie chłodny w dotyku; nigdy go nie tracił. Materiał przypominał zimny, nieskończony wszechświat, który mógł przemierzać dzięki geniuszowi Sakirian.
   Kolen podążał za nią krok w krok i obecnie coraz bardziej ją irytował. Nie odzywał się, tylko szedł. Jak natrętny, całkowicie realny, zbudowany z krwi i kości cień. Izis sama zdumiała się swoją reakcją. Zwykle nie miała nic przeciwko towarzystwu Nislena, ale dzisiaj... Coś nie dawało jej spokoju. Znali się długo. A słowa Gyeo wciąż powracały do niej echem. Czego nie robi się dla państwa?
   Trybiki w jej głowie zaskoczyły. Czego. Nie. Robi. Się. Dla. Państwa. Czy to była prawda, czy ona zupełnie już wariowała? Zakręciło jej się lekko w głowie, jednak szła dalej dumnie wyprostowana, jakby połknęła kij od magicznej miotły. Najpierw pomyślała o Kolenie, potem jednak jej myśli poleciały jak strzała w kierunku Tenebrisu. Jaki interes miałoby imperium w wywoływaniu wojny? Zmarszczyła brwi, jednocześnie nawijając na palec zabłąkany kosmyk. We wszelakim rozłamie między planetami? To się nie trzymało kupy.
   — Kolen, to nie mogli być oni! — wypaliła nagle, zanim zdążyła pomyśleć, co mówi i odwróciła się z radosnym uśmiechem do majora. Miała ochotę tańczyć. Jeśli się nie pomyliła, nie musiała się pchać w łapy reogis. Lecz w takim razie... Mina jej zrzedła. Uświadomiła sobie wszystko. — Ale jeśli to nie oni, to...
   Major uniósł pytająco brwi. Nie przerywał jednak chaotycznego przemówienia Izis; wpajana od lat dyscyplina nie była litościwa dla niego w tej chwili. Intrygowało go, co też księżniczka mogła mieć na myśli. Od chwili ataku była wiecznie zamyślona, ganiała za nieuchwytnym przeciwnikiem, a od Rady Światów coś się w niej zmieniło. Desperacko czegoś szukała, jakby coś się niedobrego wydarzyło.
   — Uaeli, zlituj się. — Zbladła nagle dziewczyna. I momentalnie u jej boku znalazł się Kolen, nie mówiąc nic, tylko obejmując ją lekko w geście pocieszenia.
   — Spokojnie. Wszystko się ułoży. — szepnął miękko, magicznym sposobem wyczuwając jej uczucia. Teraz wyraźnie widział, jak bardzo martwiła się tą całą sytuacją. I bardzo mu się to nie podobało. Ale jaki miał w tej chwili wybór? Szanse, że przekona księżniczkę do zmiany planów, były prawie że równe zeru. — Jeśli jest coś, w czym mógłbym pomóc... Powiedz tylko.
   Izis bardzo chciała w to wierzyć, jednak nie potrafiła. Obecność Kolena jednak ją uspokajała. Nie była tylko pewna w tym momencie, czy to nie przypadkiem sprawka magii. Do tego gest, na który się poważył, poważnie łamał zasady etykiety, a przede wszystkim reguły straży pałacowej. Nie był kimś z równą jej pozycją.
   W jej myślach rywalizowały wszelakie za i przeciw. Wiedziała przecież, że major potrafił sterować Yesiqetrum. To była część jego szkolenia, mimo że w służbie pałacowej byli zawodowi piloci. Czy jednak chciała go wykorzystywać?
   A druga jej strona nieustannie szeptała jej coś zupełnie innego o Nislenie. Że był młody. Silny. I cholernie przystojny. Przynajmniej to twierdziło grono wielbicielek pana majora. Bo tak, takie istniało i do tej pory Izis zdecydowanie uważała, że nie należy do jego grona. Do tego rozumiał ją jak nikt inny. A ona... Ona chyba rozumiała jego. I mimo tego, że wiele nie mówił, nie przeszkadzało jej to. Po prostu był. Zawsze.
   Ale za to ona była księżniczką. I jej wewnętrzna monarchini mówiła jej, że jak nie teraz, to nigdy. Uniosła głowę, patrząc w jego oczy. Starała się mieć nieprzeniknioną minę, ale chyba niezbyt jej wychodziło.
   — Właściwie... Jest coś, w czym mógłbyś mi pomóc.
~*~
   Rozglądała się niepewnie, stojąc jak głupia pod wskazanym adresem. Dom niczym nie różnił się od pozostałych posiadłości, stojących na przedmieściach. Jasne ściany, ciemnoczerwona dachówka, brązowe ramy okienne i niewielki balkonik z ozdobną balustradą nad wejściem. Ewidentnie ktoś wybudował go po to, by móc urządzać wakacyjne imprezy, albo w końcu być w stanie wyprowadzić się od mamusi.
   Dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę, trochę z niecierpliwości, a trochę z chłodu. Zaczął wiać wiatr znad morza, przynosząc gwałtowne ochłodzenie, a ona nie wzięła ze sobą żadnej bluzy. Sportowa torba leżała u jej stóp, w tej chwili nieprzydatna i bardziej niepasująca do sytuacji, niż mogła się spodziewać. Zerknęła na ekran komórki, mając ochotę zrobić coś Matthewowi. Spóźniał się już dziesięć minut i nie dawał żadnego znaku życia, podczas gdy ona tkwiła tu jak kołek.
   A może powinnam zadzwonić?
   Do niego? To głupie. Nawet jeśli miałabym numer, to nie chciałabym dzwonić.
   A do drzwi? To chyba lepszy pomysł, nie?
   A jak za nimi będzie Rekinado?
   Prychnęła, rozcierając ramiona pokryte gęsią skórką. Nie po to gnała na złamanie karku, jak tylko skończyła pracę, by on mógł ją olewać. Przybyła punktualnie, ledwo łapiąc oddech. Ale dotąd nie przyszło jej do głowy, by zadzwonić domofonem i zapytać o agenta. No bo jeśli to był zwykły dom, to raczej wyszłaby na idiotkę.
   Wokół niej już paliły się lampy, jako że słońce zaszło dobrą chwilę temu, a ona stała, zastanawiając się, czy nie natknie się na jakichś rycerzy ortalionu. Uśmiechnęła się pod nosem. To by się zdziwili. Chociaż, co by jej dała walka, gdyby mieli przewagę liczebną? W końcu, znudzona, porzuciła rozmyślania o dresach i zaczęła nucić pod nosem irytującą piosenkę, usłyszaną gdzieś podczas pracy. Potem maszerowała, jakby chodziła po linie, którą imitował krawężnik. W końcu, kiedy prawie skręciła sobie kostkę, zadzwoniła domofonem.
   Nikt nie odpowiedział.
   Po dwudziestu minutach zaczęła się niepokoić. Usiadła koło swojej sportowej torby, śląc wiadomości do Marty i Mayleen. Do pierwszej ze standardowym pytaniem ''Co tam?'', a do drugiej z pytaniem o Matthewa. I z irytacją myślała, czemu oni wszyscy muszą mieć imiona na m. Jakby nie było innych liter w alfabecie. Przecież łatwo było się w ten sposób pomylić! Nie tylko przy wybieraniu numeru.
   Dwadzieścia pięć minut i nikogo na horyzoncie. Laura zdenerwowała się już poważnie, drżąc z zimna. Marzyła o ciepłym łóżku, a tkwiła wciąż w tym samym miejscu. Dla pocieszenia zaczęła wyliczać głośno na palcach, co zrobi służbiście, jak się wreszcie pojawi. Albo jak go spotka. Albo jak wbije mu z buta do mieszkania tylko po to, by nauczyć go latać. Przy okazji po raz czternasty nadusiła przycisk domofonu.
   Nadal brak reakcji.
   Trzydzieści minut. Kołysała głową, nie wierząc, że wciąż czekała. Musiała być zdrowo walnięta, że uwierzyła agentowi. Po prostu sobie z niej zakpił. Chamsko zakpił. Wzięła z westchnięciem swoją torbę z ziemi i ominęła rosnącą zaraz przy chodniku brzozę. W dzień to miejsce wyglądało naprawdę uroczo, ze wszelkimi drzewami dającymi cień i ładnie przystrzyżonymi trawnikami. Teraz jednak nie cieszyło jej nic. Była głodna, zziębnięta i zła.
   Tupała głośno nogami, otwarcie demonstrując swoje niezadowolenie. Prawie doszła do końca alei, gdy koło niej zatrzymał się czarny, sportowy samochód. Zignorowała go, nawet gdy kierowca otworzył szybę od strony chodnika.
   — Hej, Kowalska, podwieźć cię? — Laura drgnęła na te słowa, doskonale wiedząc, kto je wypowiedział. Jednak wciąż miała focha.
   — Odwal się. Teraz to sobie przyjeżdżasz — Stanęła i odwróciła się w stronę kierowcy, którym okazał się nie kto inny jak Ramon. — Ponad. Trzydzieści. Minut. Spóźnienia.
   — Sorki — powiedział, widząc oskarżycielki wzrok dziewczyny, która teraz już otwarcie gapiła się na niego przez uchyloną szybę. — Korki na Morskiej.
   Laura wciąż stała, krzyżując ręce na biuście.
   — Przysięgam. Sama mnie nazywasz ''służbistą'', powinnaś uwierzyć. Nie spóźniłbym się, gdyby to ode mnie zależało.
   Uniesienie brwi.
   — Po prostu wsiadaj.
   Dziewczyna nie zareagowała, patrząc na niego z jeszcze większym wyrzutem. Jej skrzywiona mina nie wróżyła niczego dobrego. Już sama postawa nastolatki powinna zaalarmować mężczyznę.
   — Wsiądź, proszę? Boże, nie wierzę...
   — Bogiem nie jestem — odezwała się w końcu, próbując otworzyć drzwi od samochodu, które za grosz się jej nie słuchały. W głosie dziewczyny wciąż czaiły się nutki złości, jednak chłód dał jej popalić, a w samochodzie pewnie było przyjemnie ciepło. — Ale miło, że tak o mnie myślisz. I czemu te cholerne drzwi nie chcą się otworzyć?
   — Musisz być delikatna — odpowiedział jej Ramon, przewracając oczami, zirytowany ignorancją dziewczyny. Już widząc sam samochód, mogła się domyślić, że to nie byle jaki model.
   Chwilę później naburmuszona dziewczyna siedziała już w środku, ukradkiem rozkoszując się temperaturą. Może i było lato, ale noc, która połączyła swoje siły z wiatrem, nie należała do najprzyjemniejszych. Patrzyła za okno, wodząc zmęczonym wzrokiem po mijanej w pędzie okolicy.     Zastanawiała się, co by powiedzieli jej rodzice, gdyby odkryli, jakim samochodem się wozi i o jakiej porze. Odpędziła jednak te myśli, zdając sobie sprawę z tego, że w aktach WOfAC figurowali oni jako martwi. Przełknęła ślinę. Coś ścisnęło ją w gardle i zapiekły ją oczy. W myślach dziękowała, że panowała noc, bo Matthew już by miał tematy do żartów. Nie musiał przecież wiedzieć wszystkiego.
   — Więc — zagaiła, chcąc przerwać niezręczną ciszę. A w sumie bardziej pragnęła nie zostawać sam na sam z własnymi myślami. Odpowiedziało jej bliżej nieokreślone mruknięcie ze strony skupionego na drodze Matthewa, więc kontynuowała. — Czemu się spóźniłeś, panie służbisto? Bo w te korki nie wierzę.
   Agent miał ochotę uderzyć głową w kierownicę. Znowu się zaczynało. Rozważał wszelkie za i przeciw, myśląc nad tym, czy nie lepiej byłoby wysadzić Laurę gdzieś na pustkowiu.
   — Ściśle tajne. — Zdecydował się w końcu na najmniej bolesną z opcji, licząc na to, że dziewczyna nie będzie drążyła dalej tematu. Nie chciał, żeby się dowiedziała, że ubrudził sobie marynarkę sosem z hot doga i próbował pozbyć się plamy. Tak porządnie i na dobre. Żeby nie zostały ślady jego zbrodni.
   — Ściśle tajne? — prychnęła, naśladując jego ton wypowiedzi. — Tutaj wszystko jest ściśle tajne! Nie można nawet zapytać o godzinę, bo zaraz powiedzą ci, że nie masz uprawnień! — Uderzyła dłonią obok deski rozdzielczej, aż Matthew się wzdrygnął. Rzucił jej nienawistne spojrzenie.
   — Trochę szacunku! — Zrzucił jej rękę, gładząc czule uderzone miejsce. — To nie byle jaki samochód, tylko Lamborghini Aventador! Hamuj nieco, bo wylecisz.
   — Wyluzuj. Samochód to samochód — przewróciła oczami, poprawiając się w fotelu. Przypadkiem zerknęła na prędkościomierz. — O Desiro! Chcesz nas zamordować z zimną krwią?
   Ścisnęła mocno krawędzie fotela, czekając, aż w końcu nieuchronnie się rozbiją. Jechali ponad sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, co, zważywszy na stan dróg w ich jakże pięknym kraju, było samobójstwem. Wydawało jej się, że czuje każdą, nawet najmniejszą dziurę w asfalcie.
   — Ktoś tu mówił coś o wyluzowaniu? — Uniósł jedną brew, ryzykując krótkie spojrzenie na przerażoną dziewczynę. Jednak nieco zwolnił. Do stu czterdziestu kilometrów. Posłał jej piękny uśmiech. — Lepiej?
   — Nie, nie lepiej. Jak przez ciebie zginę, to żądam rekompensaty! Przynajmniej milion dol... a nie, euro stoi wyżej... milion euro, o! I pogrzeb godny bohaterki narodowej.
   — Nikt tu dzisiaj nie zginie. I na co ci pieniądze po śmierci?
   Laura nie odpowiedziała, ale widząc, że najwyraźniej jeszcze nie zamierzają się rozbić, odprężyła się nieco. Założyła nogę na nogę i zaczęła gapić się w sufit pojazdu. Głowę oparła na skrzyżowanych na zagłówku rękach.
   — No więc, skąd kasa na takie cacko? Lamborghini nie są tanie.
   — A jak myślisz? — Matthew wzruszył ramionami, chociaż miał ochotę popukać się w czoło, pytając sam siebie, czy ta dziewczyna nie ma bladego pojęcia o otaczającym ich świecie. W jego głosie dało się wyczuć zmęczenie tą ciągłą dyskusją. Gdy nie odezwała się ani słowem kontynuował:    — Światowa Organizacja nic ci nie mówi? Prywatne samoloty. Najlepszy sprzęt. No to dostałem służbowy samochód. A że drogi i szybki był? Na to ci nic nie poradzę.
   Odpowiedziało mu prychnięcie. Nie zareagował jednak w żaden sposób. Resztę podróży spędzili w ciszy.
~*~
   — Wstajesz, młoda. — Usłyszała nagle Laura, rozbudzając się w tej chwili zupełnie. Była tak bardzo zmęczona i nawet sen nie przyniósł ulgi. Przetarła oczy i wstała z prowizorycznego łóżka, przez chwilę nie wiedząc, gdzie się jest ani jak się tam znalazła. W wejściu do niewielkiej kabiny widziała męską sylwetkę, której nie rozpoznała. — Nie będziemy marnować całego dnia, bo zachciało ci się spać.
   Rozejrzała się dookoła, nieco więcej niż lekko rozkojarzona, a wszystko powoli do niej wracało. Jak jechała sportowym samochodem z Matthewem. I jak dotarli na lotnisko, gdzie, zamiast iść na odprawę jak normalni ludzie, wpuszczono ich aż pod sam samolot. Laura nie zdążyła mu się przyjrzeć dokładnie, już prowadzona do małej kabiny, gdzie samotnie spędziła większość lotu. W końcu, gdy skończyła już SMS-ować z Martą, zasnęła. Stwierdziła, że cokolwiek ją czeka, powinna być wypoczęta i gotowa.
   Ale tak nie było. Czuła się mniej przygotowana niż w chwili, gdy wsiadała do samochodu agenta. Do tego nie znała osoby, która ją obudziła. Szorstki głos sprawił, że po plecach przeszedł jej dreszcz. Wciąż zapominała, że organizacja nie ograniczała się tylko do Mayleen, Yvonne i Matthewa. Ani ich szefa.
   Musiała w końcu ruszyć się i z potarganymi włosami wyjść na korytarz. To nie jest normalny samolot, uświadomiła sobie, widząc wszelakie ekrany, stanowiska, które powitały ją zamiast zwyczajnych foteli. Jednak nie było przy nich tłumów, jakby tylko wybrani mogli w tej chwili przebywać w pomieszczeniu. Laura z przyzwyczajenia przygładziła niesforne loki, kierując się do jednego z wyświetlaczy. Przyglądała mu się z zainteresowaniem, kiedy usłyszała za sobą chrząknięcie.
   — Mayleen! — wykrzyknęła, chcąc podbiec do niej, ale w miejscu zatrzymała ją poważna mina kobiety. To nie był czas i miejsce, więc nastolatka powtórzyła już spokojniej: — Mayleen.
   — Matthew to nieodpowiedzialny agent, który powinien zostać zwolniony za swoją niekompetencję, którą już nieraz udowodnił, a teraz daje kolejny przykład, skandalicznie zmuszając mnie do czekania? — zapytała agentka, opierając się o stojące na środku urządzenie. Uniosła brew, a w ręce trzymała komórkę, na której ekranie widniała wiadomość od dziewczyny.
   — Um, no tak... — Laura przestąpiła z nogi na nogę, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Szybko więc spróbowała zmienić temat. — Ładna pogoda, nie?
   Mayleen pokręciła z niedowierzaniem głową, jednak nie drążyła tematu. Zza paska czarnego stroju wysunęła notatnik. Otworzyła go, przeglądając notatki i marszcząc co chwilę brwi.
   — Możesz poczekać gdzieś w kącie? Usiąść, zaszyć się? — mruknęła, niespecjalnie zwracając uwagę na niezadowolenie Laury, która typowo dla siebie skrzyżowała ręce na piersi i już chciała się odezwać.
   W końcu jednak westchnęła, posłusznie idąc do jednego z kątów. Wybrała sobie ten z ekranem pokazującym przebieg lotu. Próbowała studiować wszelakie liczby i określenia, które się na nim pojawiały. Niestety już po chwili porzuciła to zajęcie, niezbyt wiedząc, co dokładnie one oznaczają. W tym czasie pojawiło się więcej osób, najwyraźniej bardziej obytych z zadaniem, ponieważ nie mieli takich zdezorientowanych min, jak ona, kiedy Mayleen zaczęła mówić.
   — No dobra. — Kobieta klasnęła dłonie, pragnąc zwrócić na siebie uwagę wszystkich.
   Laura poderwała się z miejsca, lecz jej entuzjazm opadł, gdy nie rozpoznała nikogo z nowo przybyłych. Zastanawiało ją to. Powinien tam być przynajmniej Matthew. Chyba że jego zadaniem było tylko i wyłącznie dostarczenie mnie na miejsce, przyszło jej nagle na myśl.
   Zgromadzonych nie było wielu, za to wydawało się, że są w różnym wieku. Była kobieta z krótko przystrzyżonymi, ciemnoblond włosami, których końcówki zdawały się połyskiwać krwistoczerwonym kolorem. Od pierwszego spojrzenia nie zdobyła sympatii nastolatki. Coś w niej było nieprzyjemnego. Chociażby to, że gdy wszyscy zdawali się skupieni na czekającym ich zadaniu, ona beztrosko żuła gumę, nie przejmując się zupełnie obecnością Mayleen. W końcu Laura musiała odwrócić wzrok, gdy tamta zaszczyciła ją swoim spojrzeniem.
   — Jesteśmy zespołem. Nasz szef — Mayleen specjalnie urwała. — wybrał nas wszystkich do tego zadania. Bo wierzy, że podołamy. Że jesteśmy najlepszymi z najlepszych.
   — To co ona tu robi? — zapytał jakiś chłopak, do tej pory opierający się o ścianę. Ze zdumieniem Laura uświadomiła sobie, że mówił o niej. Nie wyglądał na wiele starszego od dziewczyny, jednak z całej jego postawy emanowała swoistego rodzaju siła, która wydała się nastolatce znajoma. Nie wiedziała tylko, skąd ją zna. Zmrużyła oczy, uświadamiając sobie, że on ją obudził. Ale mimo wszystko pozostawało to uczucie, jakby dawno temu już czuła jego aurę.
   — Ona ma imię — poinformowała go chłodno, a w jej głosie czaiła się złowroga nuta. Jakby ostrzegała go, żeby nie zapędzał się zbyt daleko samą tonacją i doborem słów. Może było to nie najlepsze pierwsze wrażenie, ale nie chciała pozwolić, by ktoś próbował ją upokorzyć już na samym początku.
   Podjęła grę na spojrzenia. Przez chwilę siłowali się na spojrzenia. Wściekła zieleń jej oczu pojedynkowała się z czekoladowym brązem jego. Nie odwróciła wzroku, unosząc tylko brew.
   — Każdy ma swoją rolę do odegrania — podjęła Mayleen, niezrażona tym, że chłopak jej przerwał. — Musisz to w końcu zrozumieć.
   Chłopak przewrócił oczami, wyraźnie niezadowolony, że w jego drużynie miała się znaleźć siedemnastolatka, która najwyraźniej pierwszy raz w życiu miała wziąć udział w takiej akcji, wnioskując po jej minie i tej dziecięcej ciekawości, którą obdarzała wszystko i wszystkich w pomieszczeniu. Nie odezwał się jednak więcej, przygwożdżony spojrzeniem kobiety od gumy. Uniósł ręce w obronnym geście, jakby nie miał sobie nic do zarzucenia.
   Laura w końcu odwróciła wzrok od niego, patrząc po pozostałych zebranych. Nie było ich wielu. Poza niezadowolonym chłopakiem i czarnowłosą była jeszcze dwójka.
   Pierwszy z nich, ciemnoskóry, nerwowo zaciskał i rozluźniał pięści, jakby denerwował się. Albo nie mógł się doczekać akcji, poprawiła się w myślach nastolatka. Ciemny strój opinał wyćwiczone mięśnie, które charakteryzowały chyba każdego agenta mającego styczność z pracą w terenie. Do tego miał schludnie przystrzyżony zarost, jakby nim chciał odwrócić uwagę od początków łysienia. Rozglądał się uważnie, mierząc każdego wzrokiem, chcąc zapamiętać, z kim pracuje. Nie wydawał się jednak osobą, używającą przemocy dla zabawy i czerpiącą z tego przyjemność. Raczej wyglądał na kogoś, kto tylko wykonuje swoje obowiązki.
   Kolejny miał za to jasne włosy i był zupełnym przeciwieństwem Mulata. Jego jasna cera wyglądała wręcz na nienaturalnie białą. Cała postawa mężczyzny sygnalizowała opanowanie, nawet nie drgnął, od kiedy zaczęło się zebranie. Nie wyglądał na znudzonego, raczej zdawał się wiedzieć już wszystko, co niezbędne, dlatego teraz patrzył na innych z kpiącym uśmieszkiem i spojrzeniem pełnym wyższości. Gdy to dostrzegła, Laura zacisnęła zęby. Chyba już wiedziała, kogo polubi, a kogo nie.
   — Nasza misja jest jasna — podjęła niezrażona niczym Mayleen. Stuknęła w blat stołu, o który się dotychczas opierała. Za nią pojawiła się hologramowa mapa. Laura gwizdnęła cichutko z wrażenia. Wiedziała, że technika poszła do przodu, ale nie zdawała sobie sprawy z tego, że aż tak. — Jednak nastąpiły pewne komplikacje. — Powiodła wzrokiem po zebranych, na dłuższą chwilę zatrzymała go na Laurze. — Placówkę przejęła grupa bliżej nieokreślonych terrorystów.
   Teraz już miała całkowitą uwagę wszystkich. Gdy upewniła się, że wszyscy uważnie słuchają, odwróciła się i stuknęła w punkt na mapie. Pojawił się wizerunek sieci budynków. Laura podeszła dwa kroki bliżej, żeby wyraźnie widzieć model. Teraz wszystko nabierało sensu. Tajemnicza wiadomość, spóźnienie Matthewa, brak wiadomości od nikogo. Przełknęła ślinę. Tylko wciąż nie wiedziała, jaką rolę ma w tym wszystkim odegrać. Nie była specjalistką od niczego.
   — Jak w... — Czarnoskóry szybko przeliczył obecnych. — szóstkę mamy sobie poradzić z grupą terrorystów? Wiem, że każdy z nas ma swoją specjalność, ale nadal jest nas zbyt mało.
   W tym sęk, dopiero teraz uświadomiła sobie Laura, powtarzając mężczyznę jak papuga, niezdolna do wymyślenia innego wniosku. Jest nas zbyt mało. Nie ważne jak dobrzy okazaliby się zgromadzeni, wciąż nie mieli przewagi liczebnej. A nie ważyła się zakładać, że ktoś z tej piątki nie jest człowiekiem. Do tego po głowie chodziło jej pytanie, czemu WOfAC zajmowało się tą sprawą. Ich zadaniem było wszystko związane z kosmitami. A nie jakieś odbijanie placówek badawczych.
   — Siódemka, Pedro — poinformował go Matthew, wchodząc niespodziewanie do pomieszczenia, z czarną tkaniną w rękach. Rzucił ją Laurze ze słowami: — Przebieraj się lepiej. Nie mamy całego dnia. A właściwie całej nocy.
   Dziewczyna złapała rzucone materiały, orientując się, że to jej nowy strój. Strój, który powinien leżeć w jej mieszkaniu. Które było zamknięte. Które było aktualnie wiele kilometrów od miejsca, do którego zmierzali.
   — Włamałeś mi się do mieszkania?! — rzuciła oskarżycielsko, mierząc w Ramona palcem. — Wlazłeś tam bez zaproszenia, a teraz tak po prostu rzucasz mi strój, bez słowa wyjaśnień i każesz się przebierać?
   — Tak — odparł po prostu z dziwną obojętnością w głosie. — Skończyłaś już fochy? I, tak przy okazji, posprzątaj tam czasem. Serio, miotła nie gryzie.
   — Chyba że jest magiczna — zaśmiał się milczący do tej pory blondyn i uśmiechnął się do Laury, chcąc dodać jej otuchy. Odpowiedziała mu tym samym, czując się nieco lepiej i zmieniając o nim zdanie. Może za szybko go oceniła?
   — Jaki jest plan? — zapytała kolejna osoba z silnym, szkockim akcentem i rozległ się dźwięk przebitego balona z gumy. — Bo zakładam, że nie idziemy kompletnie na żywioł.
   — Dziękuję. W końcu rozsądne pytania. — Mayleen kliknęła coś znowu na hologramie, przybliżając kilka miejsc. — Naszym zadaniem jest infiltracja, zabezpieczenie i unieszkodliwienie. Resztą zajmą się służby ONZ-tu. Nasz cel to nie pozbycie się terrorystów. Tym zajmą się inni. My przejmujemy przedmiot badań. Kosmiczną broń.
   Laura zmarszczyła brwi, słysząc to wszystko. Czuła się, jakby znalazła się w grupie kosmitów, którzy planowali przejęcie innej planety i ustalali wszystko w swoim własnym języku. Przez chwilę zagubiła się w angielskiej wymianie zdań, jednak potrząsnęła głową, słuchając wyraźnie rozkazów, co do swojej roli. Uśmiechnęła się do siebie. Wydawało jej się na początku, że szykowała się niezła akcja.
   — Powodzenia wszystkim — rzuciła na koniec Mayleen, gasząc hologram. — Po broń zgłoście się do agentki Cocci. Ona objaśni wam dalszą część planu.
~*~
   — Phoenix na pozycji — zameldowała Laura, przeczołgawszy się na krawędź płaskiego odcinka dachu. — Czysto.
   — Czy chociaż raz nie możesz nazwać się normalnie? — odezwał się w słuchawce w jej uchu głos Ramona. — A tak trzeba się zastanawiać, kogo dodatkowego nam tu przywiało.
   — Agencie Ramon, skup się na zadaniu — przerwała im nadzorująca wszystko z samolotu Mayleen. Bardzo chciała uczestniczyć w akcji, jednak ktoś, jak to ujęła, odpowiedzialny powinien koordynować wszelakie działania. Towarzyszyła jej agentka Cocci, która stwierdziła, że praca w terenie nie jest dla niej. Wolała skupić się na monitorowaniu wszelakich wskaźników.
   Laura wychyliła się, wyglądając zza krawędzi na rozległy teren placówki. Gdzieś na innym odcinku dachu pozbyła się uprzęży spadochronu, nie przejmując się, że ktoś mógłby ją znaleźć. Na razie miała inne zmartwienia. Przeczesywała wzrokiem teren, pozostając w bezruchu. W całym tym podekscytowaniu nie przemyślała swojej roli, a teraz nagle zaczęła jej nie opowiadać. Cała w środku aż rwała się do akcji. Chciała z kimś powalczyć, postrzelać dla ostrzeżenia, cokolwiek, a tymczasem jej zadaniem była obserwacja. I eliminacja nieproszonych strażników. Dzięki Mayleen za zaufanie.
   Z tego, co się zorientowała, ośrodek zajmował się badaniami genetycznymi. Głównie pracowali nad nowymi, lepszymi gatunkami zwierząt, jednak w ostatnim czasie w łapki naukowców wpadła broń Normaxis. Nikt tylko nie wiedział skąd. Jakby wytrzasnęli ją spod ziemi i teraz próbowali jakoś wpleść do swoich badań.
   Gdzieś przy ścianie budynku mignęła jej sylwetka Mulata. Wiedziała, że to on nie widząc odcienia jego karnacji, ponieważ wyróżniał się umięśnioną figurą. Uśmiechnęła się pod nosem. Widać, że pochodził z Brazylii, nie tylko po wyglądzie, ale i delikatnie portugalskim akcencie oraz imieniu. W końcu ile dla ilu krajów było typowe nazywanie chłopców Pedro? No dobra, pewnie dla Ameryki Łacińskiej. Ale i tak. Wyglądał na typowego Brazylijczyka.
   — Wschodni kwartał, czysto — zameldował blondyn Tommy, zapewne teraz przemykając korytarzami i starając się namierzyć poszukiwany przedmiot.
   Laura przymknęła oczy. Dlaczego ona musiała tkwić bez ruchu, podczas gdy innych czekała świetna zabawa?
   Cocci przed skokiem wcisnęła jej do ręki karabin. Podobno jeden z najlepszych: HK PSG1. Ulepszony nieco przez naukowców WOfAC, bo jakżeby inaczej. Oprócz magazynków ze zwykłymi nabojami dostała też z usypiającymi. Nie czuła się przez to pewniej, niezaznajomiona z taką bronią. Powinna chyba postawić go na trójnogu, żeby strzał był pewniejszy, jednak wciąż się wahała.
   Mayleen twierdziła, że nastolatka miała świetny cel.
   Laura się skrzywiła na to stwierdzenie.
   Wolała łuki. One były prostsze. Cichsze. I wymagały mniejszej filozofii, ale i ogromnej precyzji. A tymczasem co dostała?
   Zadziwiający był spokój w placówce. Żadnych syren, żadnego osaczenia budynków przez grupy antyterrorystyczne. O ile jakieś były w tym kraju, bo jak dotąd nastolatka nie była w stanie zorientować się, gdzie się znajdują.
   Wszyscy powinni być na swoich miejscach. Pedro miał zająć się napastnikami, Tommy zabezpieczyć broń, a ten chłopak, co najwyraźniej kręcił nosem na obecność Laury – przypadkowo akurat w tej chwili zapomniała jego imienia – znał się podobno na komputerach. Miał zająć się systemami bezpieczeństwa, które napastnicy na pewno na nowo aktywowali. Matthew i ta od gumy balonowej byli obstawą blondyna i Brazylijczyka. W końcu co dwie głowy to nie jedna.
   — Kowalska, melduj. — Mayleen co jakiś czas standardowo sprawdzała, czy wszystko jest w porządku.
   — Teren wciąż czysty — westchnęła Laura, mając nadzieję, że w jej głosie nie dało się wyczuć niezadowolenia. Jeszcze tego by jej brakowało. Pierwsza misja, a ona już podpadłaby dowodzącej. — Brak ruchu w najbliższej okolicy — szepnęła po chwili milczenia, dla pewności chwytając mocniej broń, którą w końcu zdecydowała się postawić na trójnogu.
   Jednak coś jej zaczynało nie grać. Teren wciąż czysty, powtórzyła w myślach, analizując swoje słowa. Teren. Czysty. A strażnicy? Czy ktoś nie powinien pilnować całego terenu? W końcu grupa przejęła nie byle jaki budynek. I najwyraźniej zrobiła to stosunkowo niedawno.
   W końcu odetchnęła niejako z ulgą, gdy dwójka mężczyzn w ciemnobrązowych mundurach minęła na dole jej stanowisko, kontynuując patrol. Cicho szepnęła do Mayleen, z iloma przeciwnikami ma do czynienia.
   — Mogę dołączyć do akcji? Proooszęęęę — kontynuowała najcichszym z szeptów, tonem bardziej pasującym do grzybobrania, a nie tajnej misji, gdzie ważyły się ludzkie losy.
   — Nie. Zdejmij ich, ale po cichu. I trzymaj się z daleka.
   Mogła sobie wyobrazić, jak kobieta przewraca oczami albo pociera skronie, wciąż nie rozumiejąc, czemu nastolatka po prostu nie może wykonać przydzielonej roboty bez pakowania się w kłopoty i narażania wszystkich.
   Posłusznie wyjęła z jednej z kieszonek przy pasku naboje, karcąc się w myślach, że nie zrobiła tego wcześniej. Sprawdziła, czy karabin nie jest załadowany, a potem wsunęła pociski do magazynku. Szybciej, szybciej, powtarzała sobie w myślach, nie chcąc zawalić. Gdy już był na miejscu i wszystko sprawdziła, wymierzyła przez teleskopowy celownik. Czuła się zupełnie inaczej, niż gdy ćwiczyła łucznictwo czy strzelała z pistoletu, ale zasada była podobna. Trafiała. Może nie idealnie, ale trafiała, a załadowane miała pociski nasenne, więc nie bała się, że zabije mężczyzn.
   A jednak nawet to powodowało u niej dyskomfort. Bo co jeśli dawka będzie zbyt mocna? A jeśli pomyliła magazynki? A jeśli mają rodziny?
   Wahała się. Przecież dostała wyraźne polecenie. Jeśli nie zrobi tego teraz, nie będzie już miała okazji, by powtórzyć strzał.
   Jeśli mają rodziny, to te może chociaż podziękują za próbę przywrócenia ich do porządku.
   Odetchnęła głęboko, spoglądając znowu na celownik. Jej rozterki trwały dosłownie kilka sekund, które teraz były na wagę złota. Nie zastanawiała się więcej, zabroniła sobie myśleć o konsekwencjach. Padły dwa strzały, a ona skrzywiła się na dźwięk huku. A miał być cichy! Albo może ona powinna być w większej odległości?
   Zrobiło się jakieś zamieszanie, a ona przylgnęła niemalże płasko, wstrzymując oddech, jakby bała się, że ktoś mógłby ją w ten sposób usłyszeć. Budynek, na którym się znajdowała, stał w niewielkim oddaleniu od głównego oddziału placówki. W sumie największego. Poza tymi dwoma był jeszcze jeden, którym jednak Mayleen nie kazała się przejmować. Ich cel był w najważniejszej z budowli.
   Jeden z tych, co przejęli placówkę, wybiegł na zewnątrz. Zauważył ciała i zaczął coś mówić przez krótkofalówkę. Zanim pomyślała, Laura znowu strzeliła. Mężczyzna zwalił się na ziemię, koło swoich towarzyszy. Teraz już nie miała wątpliwości, że grupa zauważyła, co się dzieje. Na początku głosy zlały się w jeden gwar w niezrozumiałym języku. Dziewczyna wsłuchała się w nie i po chwili, jakby ktoś pstryknął przełącznik w jej mózgu, zaczęła je rozumieć.
   — Snajper! Na dachu.
   Świetnie. I jej kryjówkę szlag trafił.
   — Sprawdzić wszystkie dachy! Biegiem!
   Jeszcze lepiej. Jakby nie mogło wszystko pójść zgodnie z planem.
   — Phoenix do Mayleen — zwróciła się do przełożonej, z przyzwyczajenia używając przezwiska.
   Przez chwilę była całkowita cisza. Na linii oczywiście, bo od wejścia do budynku dobiegały ją przytłumione polecenia. Chyba próbowali być cicho, ale coś im to nie wychodziło. Przez myśl jej przemknęło pytanie, gdzie mogą być zamknięci pracownicy.
   — Co się dzieje, agentko? — Laura odetchnęła z ulgą, słysząc w słuchawce głos Mayleen. Serce tłukło jej się w piersi.
   Szybko wytłumaczyła kobiecie zaistniałą sytuację. Nie wspomniała jednak o swoim początkowym wahaniu. To nie był czas na moralne dylematy. Potarła oczy; wciąż zmęczenie trzymało ją w uścisku i nie chciało puścić.
   W sumie powinna od razu zareagować, jednak coś nakazało jej najpierw zapytać, co powinna robić. Wyglądało na to, że nagle stwierdziła, że samowola jej się zupełnie nie opłaca. Słuchała poleceń Mayleen, a przez na jej twarzy malowała się cała gama emocji.
   — Agent Davis jest na drugim piętrze. Północne skrzydło. Pomieszczenie kontrolne. Powodzenia.
   Na początku była rozczarowana. Później zła, że nie mogła sama niczego zrobić. Potem jednak kąciki jej ust uniosły się delikatnie ku górze.
   To była jej szansa.
   Ściskała przez chwilę karabin w dłoni, po czym podjęła decyzję. Sprawdziła, czy jest załadowany. Szybkim ruchem odczepiła magazynek, wsypując pozostałe naboje do kieszonki. Przygryzła wargi. Pomknęła ku wyjściu z budynku, mając nadzieję, że nikt nie odciął jej drogi ucieczki. Po drodze schowała broń w leżącej kawałek dalej stercie rupieci, które jakby specjalnie dla niej znalazły się na dachu. Karabin był zbyt ciężki i nieporęczny, by go ze sobą dalej targać. Pozostało jej tylko modlić się, żeby nie okazało się, że ktoś przypadkiem ma ze sobą amunicję do G3.
   Może i było to nieodpowiedzialne, ale czy ktoś kiedykolwiek powiedział, że Laura była odpowiedzialna?
~*~
   Dlaczego zawsze w takich ośrodkach musi być biało?
   Przerażał ją ten wszechobecny brak koloru. Przez niego jej strój jeszcze bardziej odcinał się na tle ścian, chociaż wszelakie światła były pogaszone. Jednak dzięki lampom awaryjnym korytarz był jako tako oświetlony. Słabo, ale zawsze oświetlony.
   Pod pewnymi względami placówka była wręcz straszna sama w sobie. Nie przez naukę, ale przez to, co dzięki niej można było tutaj osiągnąć. Setki godzin badań, eksperymentów, by stworzyć coś zupełnie odwrotnego, niż chciała natura. A może wręcz próba dorównania jej? Ulepszanie genów nie było do końca dobre jak chyba wszystko na tym świecie. Przecież przez jeden błąd można było zmienić całą osobę. Chociaż podobno pracowano tylko na zwierzętach, to przecież one też miały uczucia. Odczuwały ból, radość... Pomijając wszelkie inne kwestie, to było po prostu okropne.
   Każdy korytarz wydawał się taki sam, tak samo bez kolorów, z takimi samymi salami. Jednak po pewnym czasie skradania się, odkryła, że mimo wszystko są drobne różnice. Z jednego z laboratoriów zwinęła jakiś fartuch, zarzucając go na swój czarny strój i zupełnie zapominając, że pracownicy zostali zapewne wzięci za zakładników.
   Musiała przez chwilę zastanowić się, czemu nikogo poza nimi nie było. Najwyraźniej WOfAC ustalił z innymi służbami, że mogą wkroczyć dopiero, jak oni wykonają swoją robotę. Albo jeśli im się nie powiedzie.
   Z początku się skradała, uważając na każdy swój krok, lecz to ją tylko spowalniało. Teraz szła przez budynek, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Nie chciała też ryzykować używania windy, więc wędrowała dłuższą drogą.
   Przystanęła, słysząc podejrzany hałas gdzieś przed nią. Zmarszczyła brwi, odruchowo sięgając do kabury na udzie. Co teraz, co teraz?!, myślała gorączkowo, szukając wyjścia, kiedy hałas przemienił się w kroki, którym co jakiś czas asystowały słowa.
   Rozważała trzy opcje, zerkając na znajdującą się w suficie kawałek za nią kratkę wentylacyjną.
   Wybrała chyba w sumie najrozsądniejszą, o ile można o takiej było mówić w tej chwili.
   Nie, nie wlazła do szybu, nawet nie dałaby rady go niego dosięgnąć, chociażby nie wiadomo jak mocno się wybiła. Bez drabiny nie dałaby rady. No, chyba że nagle okazałoby się, że jednak ma tę umiejętność latania. Przed nią znajdowały się drzwi do laboratorium, na jej nieszczęście duże i szklane. Jednak wolała znaleźć tam jakąś kryjówkę, niż czołgać się kanałami wentylacyjnymi, czy liczyć na łut szczęścia, że nikt jej nie zapyta, co tu robi. Albo musieć szukać kryjówek dla ciał.
   Wpadła prędko do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi, chociaż wcześniej były uchylone. Sądziła, że nie miało to w tamtej chwili znaczenia. Pomieszczeń było tak wiele, że jedno więcej zamknięte nie robiło zbytniej różnicy.
   Szybko schowała się za którymś ze stanowisk, przywierając w bezruchu do ziemi i patrząc w kierunku korytarza. Kroki były coraz bliżej i w końcu zobaczyła dwóch uzbrojonych mężczyzn w kominiarkach. Dali sobie znak i jeden wszedł do środka, świecąc latarką po ścianach.
   Laurze biło głośno serce w piersi i chyba tylko cudem nikt jeszcze tego nie usłyszał. Mężczyzna z początku sprawdził tylko przestrzeń między pierwszymi blatami, potem jednak zaczął zagłębiać się coraz bardziej w pomieszczenie i niebezpiecznie przybliżając się do nastolatki.
   W świetle latarki błyskały probówki, zlewki, palniki oraz wszelkiego rodzaju inne potrzebne urządzenia. Dziewczyna zacisnęła oczy, modląc się, żeby nie podszedł bliżej. Oczywiście, mogła zaatakować, w końcu zawsze miała jakieś szanse na powodzenie, jednak wolała tego nie robić. Nie w tej chwili. Jej położenie nie było najkorzystniejsze. Żeby wyprowadzić cios, musiałaby się poderwać, przebiec kawałek, zapewne przeskakując blat, co dodatkowo by ją odsłoniło na strzały, bo co to tego, że napastnicy są uzbrojeni, nie miała wątpliwości.
   A nawet jeśli powiodłaby się jej pierwsza część zadania, zawsze pozostawał drugi z mężczyzn, stojący na czatach.
   Czyli, podsumowując, chwilowo była w sytuacji bez wyjścia. Strasznie powolnym, ledwo zauważalnym ruchem sięgnęła do broni i zaczęła ją wyjmować z pokrowca. Desperacko zacisnęła palce na swojej obronie.
   Był blisko, zdecydowanie zbyt blisko. Niemalże czuła zapach jego wody kolońskiej. Na szczęście stanowiska były zabudowane aż do ziemi, dzięki czemu znalazło się miejsce na szufladki i półki. Z tych ostatnich wesoło zerkały na Laurę szalki Petriego, kpiąc z obecnego położenia dziewczyny. Prosiła o akcję, to ją dostała.
   Musiała coś zrobić. Cokolwiek. Inaczej zaraz zostałaby odkryta, a tego bardzo, ale to bardzo nie chciała. Serce biło jej niespokojnie, co chwilę myląc rytm i podchodząc jej przy okazji do gardła. Jakim cudem oni jeszcze tego nie usłyszeli?!
   Napastnik zatrzymał się parę kroków od niej, studiując wzrokiem pomieszczenie. Ciemnobrązowy mundur pozbawiony był wszelakich ozdób czy odznaczeń. Jedyną charakterystyczną rzeczą na nim była naszywka z symbolem węża na rękawie i piersi. Mężczyzna jedną ręką trzymał karabin, a w drugiej miał tę nieszczęsną latarkę, jakby bał się zapalić normalne światła.
   Spięła się w sobie, gotowa zaatakować. Wolno uniosła się na ramionach, tak, by nikt niczego nie zauważył. Szykowała się na nieuchronne. Zaraz ją odkryją, cała misja pójdzie w łeb i ktoś będzie musiał ją ratować. Znając życie, przylezie taki Matthew i zacznie marudzić jej nad uchem, jaka to nieodpowiedzialna była, że się dała złapać w tak idiotyczny sposób.
   Już, już, miała skoczyć, kiedy w miejscu zatrzymał ją głos.
   — Daj już spokój — odezwał się ten przy drzwiach spokojnie. — Co ci to da?
   Cholera. Jasna.
   Wciąż miała na sobie biały fartuch. Ten cholerny biały fartuch, odcinający się od ciemności. Równie dobrze mogła zacząć tańczyć makarenę na blatach, wrzeszcząc ''Tutaj jestem!''. Osiągnęłaby przez to taki sam efekt.
   Przeszukujący pomieszczenie spojrzał na tamtego ponuro. Gdyby spojrzenie mogło ranić, jego towarzysz zapewne już zwijałby się na podłodze z bólu, jakby zawinił, nie wiadomo czym. A tymczasem on się zwyczajowo odezwał, niszcząc tylko wszechobecną ciszę.
   — Będziesz teraz przeszukiwał każde pomieszczenie centymetr po centymetrze? Przecież nikt się nie zmieści w zlewce.
   Laura odetchnęła chwilowo z ulgą. Więc jej nie zauważyli. Chociaż tyle dobrego w tym wszystkim. Opuściła ręce, gotowe do trzymania nad głową w pozornym geście poddania się. Nie żeby chciała się poddać bez walki. To byłby cios dla jej dumy, dać się tak podejść i nie spróbować czegoś zrobić.
   — Może i zamierzam. — Odpowiedź była ostra, gwałtowna. Zupełnie jakby mężczyzna był zły o to zwykłe pytanie. Możliwe, że już kiedyś zawiódł swoje dowództwo, więc teraz wykonywał swoje obowiązki nadzwyczaj gorliwie.
   — Weź już daruj. Ten obchód jest już i tak za długi. Przecież nikt nie byłby tak głupi, żeby się chować w takiej przestrzeni.
   Laura uśmiechnęła się pod nosem. Yeah! Zostałaś oficjalnie mianowana idiotką przez jakiegoś typa w kominiarce. Level up!
   Przeszukujący odsunął kominiarkę, ukazując stosunkowo młodą twarz, niedoświadczoną jeszcze trudami życia i splunął na podłogę. Nastolatka ostatkiem sił opanowała swoje obrzydzenie, wciąż tkwiąc w niewygodnej pozycji. Do tego wciąż nie wiedziała, w jakim języku tamci rozmawiają. Z początku brzmiał podobnie do niemieckiego. No, może niderlandzkiego. Czyli może byli w Holandii w takim razie? Zdecydowanie Holandia. Niemiecki brzmiał... ostrzej.
   — A cholera ich wie. — Kopnął jakiś stołek, który z taką siłą uderzył w stół, że aż stojący na nim monitor komputera zachwiał się niebezpiecznie. Chyba tylko cudem uniknął rozbicia na podłodze. — Cały teren obstawiony przez tych z ONZ, co to myślą, że nie wiemy o ich obecności, jakiś gostek urządził sobie strzelankę z dachu, a my gówno wiemy, co będzie dalej. I tylko łazimy po tych korytarzach jak debile, a dowództwo siedzi sobie bezpiecznie na dupie w jakiejś chacie na Honolulu, gdy my tu nadstawiamy karku.
   — No, no, no — zacmokał z niezadowoleniem drugi. — Odważne słowa jak na takiego młodzika. A wiesz, co ja myślę? Że jesteś po prostu tchórzem, który zazdrości tym, co to nie muszą się tu szwendać, a kasę mają w kieszeni.
   Nastolatka przygryzła wargi, przysłuchując się tej wymianie zdań. Coraz bardziej drżały jej ramiona, ponieważ bała się w tej chwili zmienić pozycję chociażby o milimetr, a wróciła do podpierania się nimi. W ciszy, która ponownie zapadła, byłoby słychać każdy najmniejszy szelest.
Pocieszający był fakt, że ich mały oddział nie był zdany sam na siebie. No i przede wszystkim nie złapali na razie żadnego z nich. Mayleen powinna być zadowolona, nawet jeśli aktualnie część planu wzięła w łeb. Davis za to nie ucieszy się z towarzystwa, jak już Laurze uda się do niego dotrzeć.
Usłyszała szybkie kroki, zmierzające w kierunku wyjścia. Mężczyzna musiał przez chwilę lawirować między ustawionymi z pozoru bez składu stanowiskami, by stanąć przed swoim partnerem. Zacisnął dłonie w pięści, pozwalając broni zawisnąć na pasku przełożonym przez ramię.
   — Coś ty powiedział?
   — To, co usłyszałeś i na twoim miejscu martwiłbym się raczej o to, żeby nikt nie usłyszał twoich poprzednich słów.
   — Ty prze... Poczekaj no, aż to się skończy. Mieliśmy współpracować, a nie sobie nawzajem grozić. — Mężczyzna poczerwieniał na twarzy, a jego oczy błyskały groźnie. To była niebezpieczna gra i zdawał sobie z tego sprawę.
   — Nikt tego nie udowodni. — Przez kominiarkę ciężko było stwierdzić, czy drugi faktycznie się uśmiechnął, jak to było typowe dla takich słów. Chwycił swojego rozmówcę za ramię i przyciągnął do siebie. Teraz na jego czole malowała się pozioma kreska. — Musisz się nauczyć uważać na słowa. Idziemy.
   Drugi chciał jakoś zaprotestować, jednak nie zdołał. Wciąż mamrotał coś gniewnie pod nosem, ale wyszedł na korytarz, kontynuując obchód.
   Laura odetchnęła z ulgą, w końcu siadając na ziemi. Otarła pot z czoła, myśląc, że było blisko. Następnym razem musi przemyśleć to wszystko dokładniej. Próbowała uspokoić oddech, a przede wszystkim swoje ręce, które wciąż drżały nieco od wysiłku. A może czegoś więcej?
   Dopiero teraz zaczęła się rozglądać po laboratorium, do którego wpadła. Prócz biurek, które dosłownie zdążyła już poznać, było parę komputerów, a oprócz nich na tyłach pomieszczenia usadowiło się kilka szaf. Zwłaszcza jedna przykuła uwagę dziewczyny. Miała same szuflady w większości zamykane na zamek.
   Odczekała chwilę i podeszła do nich, przy okazji uderzając się przypadkowo w biodro o róg, który miał nieszczęście stanąć na jej drodze.
   — Cholera — wyrwało się jej dość głośne syknięcie, zanim zdążyła pomyśleć. Zreflektowała się i zakryła usta dłonią w rękawiczce bez palców. Błysnęły paznokcie pokryte ciemnofioletowym lakierem. — Cholera — powtórzyła, teraz już znacznie ciszej, zastygając w bezruchu.
   Jednak na razie nikt nie zorientował się, że gdzieś tam w budynku szwendała się nastolatka, przeszukująca półki ze zwykłej ciekawości. Postanowiła, że jako ''chemiczka'' (dzięki namowom Yvonne) powinna dowiedzieć się nieco o przeprowadzonych tutaj badaniach.
   Niestety szuflady okazały się zamknięte na klucz i nawet jej wsuwka nic nie dała. W końcu nie ćwiczyła się w otwieraniu zamków. Widziała parę razy, jak ktoś to robił na filmach, ale nic więcej. Szczerze mówiąc, znała się na tym tak samo, jak na łapaniu latających kotletów, które wykrzykiwały ''Hakuna Matata'', gdy otworzyło się szafkę nad zlewem. Czyli w ogóle.
   Westchnęła ciężko, zrezygnowana. Gdzieś po głowie błądziły jej słowa ojca, żeby nigdy się nie poddawała. Dobre sobie. Co, mam tę szafkę wysadzić w powietrze? Strzelić w zamek jak w jakimś głupim filmie?
   Odwróciła się już, gdy kątem oka dostrzegła skrawek papieru, leżący niedbale na podłodze. Zupełnie jakby upuszczono go i nigdy nie podniesiono, spisując na straty. Albo był zwykłym śmieciem, a ona robiła sobie nadzieję. Chwyciła go w dwa palce, uważając, żeby nie wyfrunął jej z rąk. Musiała zmrużyć oczy, bo światło było naprawdę fatalne, a nie chciała ryzykować włączania latarki, jak zrobili to tamci.
   Zmarszczyła brwi, próbując rozszyfrować koślawe pismo. Najwyraźniej ktoś się spieszył. W najgorszym wypadku to była jego kaligrafia. Tak czy siak, jej zadanie nie było łatwe. Zawsze miała problemy w czytaniu w innych językach niż angielski i polski. Chociaż je rozumiała ze słuchu, wszelkie aspekty gramatyki były dla niej okropne, znienawidzone ze wzajemnością.
  Męczyła się z tym niemiłosiernie, jednak udało jej się rozszyfrować parę wyrazów, które niepokojąco ułożyły się w World Organization for Alien Civilizations. Po plecach przeszedł jej nieuzasadniony dreszcz. Przecież mogli tajnie współpracować z każdym na świecie, czemu ją tak ten fakt dziwił?
   Z tego, co zrozumiała, były to szczegóły jakiegoś zamówienia Organizacji. Prychnęła, zrezygnowana, ale zaraz oczy jej zabłysły, gdy uświadomiła sobie, że cały czas pomijała najważniejsze źródło informacji. Jej palce zaczęły szaleńczy taniec po klawiszach, gdy tylko jedno z urządzeń się uruchomiło. Co prawda nie było to dyskretne, ale ciekawość za bardzo ją zżerała.
   — Davis do Kowalskiej — zgłosił się nagle głos w słuchawce. Laura aż podskoczyła, słysząc niespodziewane słowa i rozejrzała się gwałtownie dookoła, mrugając intensywnie, by przywrócić sobie ostrość widzenia. Gdy nikogo nie zobaczyła, opuściła dłonie zaciśnięte w pięści, jakby one miały uchronić ją przed kulką. — Gdzieś ty zniknęła?
   — Mayleen nas nie słyszy, nie? W takim razie wyleguję się na leżaku na Wyspach Kanaryjskich. — Dziewczyna się uśmiechnęła, chociaż jej rozmówca raczej nie miał szans zobaczyć jej miny. Uniosła prawą dłoń do ust i dodała konspiracyjnym szeptem: — Alfa bravo, Alfa bravo, mamy dezertera. Powtarzam: dezerter na siódmej. A tak na poważnie, to miałam drobną komplikację, ale już jestem w drodze i jeśli nie pomyliłam się w tych jakże skomplikowanych obliczeniach wprost z marzeń mat-fizów, to jestem gdzieś piętro pod tobą i właśnie wybieram się w dalszą drogę.
   Z tym ostatnim skłamała nieco. Właściwie to jednocześnie mówiła też prawdę. Skrzywiła się, naprawdę wybierała się do, w końcu udało jej się przypomnieć sobie jego imię, Raymonda Davisa. Dziewczyna cały czas stukała w klawiaturę, w końcu ogarniając, że ktoś na tamtej kartce napisał sobie hasło. Miała szczęście, że trafiła na odpowiedni komputer.
   — Wiedziałem, że z tobą będą kłopoty — głos w jej uchu był jakby znudzony. — I czy ty piszesz coś na klawiaturze?
   — Primero: ty chyba nie wiesz, co to są kłopoty, Davis — ucięła krótko, zanim zdążył cokolwiek więcej powiedzieć. Przewróciła oczami. Mogła dopisać do listy kolejnego irytującego człowieka. A w sumie powinna ją najpierw założyć. Trochę ciężko było zapamiętać te tysiąc osiemset trzydzieści pięć nazwisk, których powinno się unikać. — Segundo: jak niby mam pisać po cholernej klawiaturze, skoro idę korytarzem?
   Chłopak nie odezwał się więcej, a ona z satysfakcją wróciła do swojego poprzedniego zadania. Skakała po plikach, prawie nie zwracając uwagi na wyświetlane okna. Wszędzie widniały szczątkowe informacje, jakby ktoś bał się trzymania pełnych wersji na zwyczajnych urządzeniach. Skrzywiła się, a na jej czole pojawiła się pionowa zmarszczka.
   Nagle odsunęła się gwałtownie od ekranu, rozpoznając słowo. Teraz naprawdę zaczynała sądzić, że coś tutaj nie grało. Nie wierzyła, żeby chodziło o zwykłą zorzę polarną.
   Borealis, śmiało się do niej słowo z ekranu, jednak nie wyczytała nic więcej przydatnego. Jakby ktoś sobie z niej zakpił, a ona dała się całkowicie nabrać. To nie było możliwe.
   Zamknęła prędko wszystko inne, jakby bojąc się, że informacja zaginie wśród setek różnych plików. Wpatrywała się uparcie w litery, czekając, aż okaże się, że to tylko zwidy z przemęczenia. Albo wpływ leku. Cokolwiek. Niestety, słowo trwało wciąż niezmienne.
   Kiedy usłyszała głosy na korytarzu, wyłączyła prędko urządzenie i w panice rozejrzała się za kryjówką. Zupełnie zatraciła się w swojej ciekawości, narażając całą misję na niepowodzenie. Jeśli tamci nie kłamali, to mimo wszystko agenci nie byli tutaj sami. Ale zupełnie inaczej prezentowała się obserwacja wszystkiego z zewnątrz, a zupełnie inaczej od środka. Słychać było tupot wielu nóg i bezlitosne otwieranie każdych drzwi po kolei.
   — Sprawdzić wszystko dokładnie! Oni muszą być w środku! — Nawet z daleka głos dowódcy brzmiał straszliwie bezlitośnie. Najwyraźniej w końcu się zorientowali, że ktoś przedarł się do środka.
   Zaraz tutaj będą, nie miała wiele czasu. Już raz cudem uniknęła wykrycia, drugi raz się jej nie uda. Oglądała teraz wysoki sufit oraz ściany, jakby one były najbardziej interesującymi rzeczami na świecie. Ku jej przerażeniu, nie było w nich dostatecznie wielkiego tunelu, by chociaż na chwilę się ukryć. Jedyną opcją była moc latania, ale ona wciąż twardo stała na podłodze. Jeśli wyszłaby na korytarz, natychmiast ktoś by ją zauważył. A zostać też nie mogła.
   Ktoś właśnie sprawdzał laboratorium sąsiadujące z tym, gdzie dziewczyna aktualnie przebywała. Przygryzła wargę, nie mogąc się zdecydować na ruch. Zamarła w bezruchu.
   Mężczyzna w ciemnobrązowym mundurze stanął w drzwiach.
   Teraz naprawdę była w sytuacji bez wyjścia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz