czwartek, 21 grudnia 2017

Kryształ Soldenu

3. Detektyw pilnie potrzebny

    Marta odetchnęła głęboko, wyjmując słuchawki z uszu. Zatrzymała się na chwilę, by podziwiać okolicę. Widziała ją już wiele razy, ale wciąż zachwycała swoim pięknem i prostotą. Na dzikiej plaży mało kto był o tej porze, a szum morza uspokajał i pozwalał wyrównać oddech. Dziewczyna kochała biegać o poranku, nawet jeśli znaczyło to wstawanie przed siódmą podczas wakacji. Dzięki temu miała więcej czasu w dzień i nie musiała się martwić tym, że nie wybiegała tych wymaganych dziesięciu kilometrów. Przynajmniej wtedy trener nie miał się do czego przyczepić.
   Delikatna bryza orzeźwiała, ale nie była na tyle silna, by nieść ze sobą piasek z niedalekich wydm. Marta nie mogła jednak stać w miejscu i napawać się krajobrazem. Przerwy w treningu były naprawdę niewskazane. Ruszyła spokojnym truchtem przez plażę, zrównując się z linią morza, gdzie piasek był znacznie twardszy. To była jej codzienna rutyna, rytuał wręcz można by powiedzieć. Możliwe, że dzięki temu o wiele rzadziej chorowała. A przede wszystkim zapewniało jej to miejsca w drużynie w szkolnych zawodach. Nieważne o jaki sport chodziło, nauczyciele (a o wiele częściej nauczycielki) WF-u wiecznie ją wybierali. W sumie było to zrozumiałe, skoro w biegach dobrze sobie radziła, ale później miała nieco problemów z nadrabianiem zaległości w lekcjach.
   Może gdyby chciała, to dałaby radę być w czołówce klasy. Ale za to jakim kosztem? Mniej czasu wolnego, a szczerze to mało kiedy byłaby w stanie poświęcić chwilę na spotkania ze znajomymi. Każdy sukces ma swoją cenę, pomyślała z goryczą, próbując jednocześnie otrząsnąć się z tych rozmyślań. Był taki piękny dzień, a ona dołowała się takimi sprawami. Były wakacje i, mimo pracy, miała w końcu nieco czasu dla siebie. Nie musiała przejmować się szkołą jeszcze przez jakieś dwa tygodnie. Potem będzie czas na wszelakie przygotowania i powrót do rutyny.
   W uszach dudniła jej muzyka. Jak była młodsza, to zarzekała się, że nie będzie trenowała ze słuchawkami. A teraz po prostu nie myślała; wychodząc na trening, obowiązkowo musiała słuchać piosenek, inaczej czuła się nieswojo. Czasem nawet swoje kroki dostosowywała do rytmu lecącego aktualnie utworu. Zatracała się w dźwiękach, skutecznie odcinając się od rzeczywistości. I ten raz nie był inny.
   Aż się wzdrygnęła, kiedy blisko niej przeleciała skrzecząca mewa. Biały ptak sunął nisko, by po kilku sekundach opaść miękko na wodę. Marta uśmiechnęła się, myśląc, jakie jego życie było proste. Nie musiał przejmować się niczym, nie myślał o tym, ile kilometrów musiał jeszcze przebiec. Dziewczyna dotarła wreszcie do końca plaży. Dotknęła pnia, który pozostał po przewróconej przez burzę sośnie. Pomyślała ze smutkiem, że ktoś w końcu kiedyś tę pozostałość wyrwie, usuwając wszelki ślad po drzewie. Chociaż było wiele innych, a za plażą rósł las, ona przyzwyczaiła się do tej konkretnej rośliny. Odwróciła się, chcąc biec z powrotem.
   — Przepraszam, nie widziałaś gdzieś może Tanurgla?
   Odskoczyła do tyłu z cichym piskiem. Przed nią jak z podziemi wyrósł dziwny mężczyzna około czterdziestki. Stanęła na lekko ugiętych nogach, jak kiedyś pokazywała jej Laura, gdy dla zabawy udawały, że ze sobą walczą. Ręce delikatnie uniosła, ale szybko je opuściła. Zamrugała kilkakrotnie i wyłączyła piosenkę.
   — Przepraszam?
   — Ano, zerwał mi się skubany. Jak zwykle poszliśmy na spacer, aż tu zobaczył Mrugla i jak pognał szaleniec...
   — M-mrugla?
   Nie była pewna, co powinna powiedzieć i czy w ogóle powinna się odzywać. Serce biło jej jak oszalałe, jak za każdym razem, kiedy musiała rozmawiać z kimś obcym. Nie czuła się w tym momencie pewnie, co próbowała ukryć, jednak piskliwy głos ją zdradził. Mężczyzna przypominał jej w pewnym sensie menela spod sklepu. Miał nieco zbyt duże, kolorowe ubrania, niepasujące kompletnie do siebie i, pomimo lata, na ramiona zarzucił długi, rozpinany sweter w bliżej nieokreślonym kolorze. Na głowę wcisnął czapkę; przynajmniej ona była firmowa.
   — Tak, Mrugla. — Pokiwał z zapałem łepetyną, biorąc się pod boki. — Przeklęte stworzenie. A na szkoleniu zapewniali, że nauczą obojętności na nie. Kłamcy przebrzydłe.
   — A... a jak pana pies wyglądał? — zapytała Marta, robiąc malutkie kroki w stronę jak najbardziej oddaloną od mężczyzny. Ostrożności nigdy za wiele. Próbowała sobie przypomnieć wszystko, co powinno się robić w takich sytuacjach.
   Przybysz prychnął, rozbawiony. Zgiął się w pół, wciąż rechocząc i uderzył dłonią w udo. Blondynka przygryzła wargę, stając jak skamieniała. Zastanawiała się, czy jak powie, że nie ma czasu i odbiegnie, to ten będzie ją gonił. Tak czy siak, popełniła błąd, zadając pytanie. Powinna od razu zaprzeczyć i oddalić się stamtąd jak najszybciej.
   — Pies, ha, ha, ha. Dobre sobie, pies! — Otarł niewidzialną łzę wywołaną tym atakiem radości. — Młoda, coś ty, czy ty w życiu Tanurgla nie widziałaś? Przecież on ma jakiś metr dwadzieścia wzrostu. Duże, jak ludzie zwą to zwierzę? — Postukał się palcem wskazującym w czoło. — Ano tak! Duże, jelenie rogi, takie na pół metra, łapska Mrugla, ślipia sowy, smoczy...
   — Wiem, że to niegrzecznie przerywać, ale chyba radzę darować sobie alkohol, a najlepiej nie mieszać go z prochami. — Marta zrobiła przepraszającą minę, z sercem bijącym jak młot kowalski, i wyminęła gościa, pukając się w głowę.
   Zaczęła biec z powrotem, w środku wciąż się trzęsąc. Czuła, jak po plecach spływa jej zimny pot, a nogi miała miękkie. Taka uwaga zużyła cały jej miesięczny zapas odwagi. Zastanawiała się, co ona takiego w sobie ma, że przyciągała samych dziwaków. Ano tak, ja sama jestem dziwna, skrzywiła się w myślach. Dosłownie czuła, jak tamtej wbijał w nią swoje spojrzenie. Wbrew woli obejrzała się, sprawdzając, czy jej nie śledzi. Nieprzyjemny dreszcz przeszedł jej po plecach, gdy spostrzegła, że odprowadzał ją wzrokiem, jednocześnie powoli idąc. Zmyliła krok, a w oddali błysnął piorun, chociaż niebo było zupełnie bezchmurne. Jakby nawet natura sądziła, że coś było nie tak w tym wszystkim. Nie włączyła muzyki, chociaż i tak na miękkim piasku nie była w stanie usłyszeć jego kroków.
   Nie wiedziała, czemu ten facet budził w niej lęk. Spotykała wcześniej dziwaków, bezdomnych, którym czasami pomagała. Jednak ten raz był zupełnie inny. Znowu się odwróciła, niby przypadkowo odrzucając włosy. Już za nią nie podążał, najwyraźniej gestem przywoływał do siebie swojego psa.
Który to okazał się nie być psem. Widziała go tylko przez mrugnięcie okiem. Bestię zgodną z opisem jej rozmówcy, która biegła w jego kierunku. Wbrew sobie przystanęła, obracając się szybko i przekrzywiając z zaciekawieniem głowę. Trwała bez ruchu tylko przed chwilę. Powolutku zaczęła się cofać. Dyszała lekko, a serce waliło jej jak młot, krew szumiała w uszach. Zazwyczaj miewała tak, gdy musiała rozmawiać z osobami, które niezbyt dobrze znała, więc nie do końca była pewna, co się tutaj działo i czy przypadkiem babcia nie próbowała jej otruć tymi grzybami, co zrobiła zeszłego dnia w jajecznicy na kolację.
   Musiała zwariować, takich rzeczy nie widuje się na co dzień. Albo udzieliło jej się od przyjaciółki to wszechobecne widzenie kosmitów, innych wytłumaczeń nie było. Normaxis nie mogli wrócić na Ziemię, przecież wszyscy o tym zapewniali, temu tak bardzo się zdziwiła. Zresztą, co innego słyszeć o ataku kosmitów, a co innego spotkać na żywo dziwnego stwora, który w dodatku zupełnie nie przypominał obcego z opisów. Wtem, nogą zahaczyła o jakąś zakopaną w piasku gałąź i runęła na ziemię. Mrugnęła w szoku, a gdy otworzyła swoje pomarańczowe oczy, mężczyzna i stwór zniknęli.
   Jakby nigdy ich tam nie było.
~*~
   Laura wyprowadziła kopniak z pół obrotu, zawzięcie atakując worek treningowy. Wyrwało jej się przy tym piskliwe "Ayaaaaaaaaaaa!". Szybkim gestem odsunęła fioletową grzywkę z twarzy i uderzyła ponownie. Zatraciła się w ćwiczeniu, jakby próbowała wszystkim udowodnić, że też potrafi walczyć. Że nie jest tylko nudną, słabą dziewczyną. Wyprowadzała cios za ciosem, tak jak się tego uczyła. Czasem modyfikowała nieco sekwencje, dodając swoje własne ruchy. W końcu odsunęła się od swojego celu, przyglądając mu się z widocznym zadowoleniem. Uśmiech znaczył jej diamentową twarz, kiedy podeszła do stojącego w głębi lustra.
   — No proszę, proszę. — Wyszczerzyła ząbki do swojego odbicia, a zaraz się skrzywiła; jak zawsze zapomniała o tym jednym nieco krzywym, który psuł całkowity efekt.
   Porobiła chwilę miny, a potem obróciła się, udając modelkę i podziwiając swój nowy strój. Czarna tkanina podkreślała jej figurę gimnastyczki, ale w żadnym stopniu nie utrudniała wykonywania wymyślonych zadań. Poprawiła kurtkę z materiału przypominającego nieco skórę. Jak jednak zauważyła, był wiele wygodniejszy i wytrzymalszy. Kolor podkreślał ciemność jej włosów i współgrał z oczami. Do tego zorientowała się, że jej oliwkowa karnacja wydawała się o wiele jaśniejsza, gdy miała na sobie kombinezon, chociaż było to aż tak mocno widoczne. Po prostu wbrew sobie to zauważała.
   — Świetna robota, dziewczynki — Laura rzuciła w przestrzeń, nie oczekując odpowiedzi. Muzyka lecąca z głośników prawie zagłuszała jej głos. Z nadzieją popatrzyła na swój kącik ćwiczeń.
   Wiszący na ścianie czarny, tradycyjny łuk kusił ją niemiłosiernie. Mimo zmęczenia po "walce" pragnęła więcej. Podobało jej się to; mogła udawać, że zupełnie nic nie potrafi, jednak sztuki walki były jej pasją. Chociaż... nie żeby była jakąś mistrzynią. Ot, znała ruchy, ale brakowało jej praktyki pod okiem trenera. Za to z łucznictwem radziła sobie o wiele lepiej. Problemem było tylko miejsce do strzelania. O ile z bronią palną mogła pracować na strzelnicy w WOfAC, tak z tą bronią był kłopot.
   Westchnęła, przeciągając się, a potem zdejmując kurtkę. Zerknęła na pokoik i rzuciła się razem z nią na łóżko. Ach, jakie cudne uczucie. Nie musieć się niczym w tej chwili przejmować. Przymknęła oczy. Od kiedy miała na własność to mieszkanie, mogła urządzać je wedle gustu. Kiedyś wyburzyła ściany między sypialnią a pomieszczeniem obok, tworząc tam swoje prywatne dojo, więc nie musiała daleko chodzić. Sukcesywnie sprowadzała sprzęt, a Mayleen jej w tym potajemnie pomagała.
   Laura pogładziła logo organizacji przyszyte na ramieniu. Kącik ust powędrował jej lekko w górę. Wciąż, gdy tylko pomyślała o odznace, czuła euforię i dumę z wyróżnienia. Już wyobrażała sobie te wszystkie czekające na nią misje. I lepiej, żeby nie wypadły tak, jak symulacja.
   Playlista się skończyła i w mieszkaniu zapanowała dziwna cisza. Jakby poza Laurą nie było w nim żywej duszy. I tak wyglądała rzeczywistość; dziewczyna była tam sama jak palec, chociaż nastolatka nie przejmowała się tym w aktualnym momencie. Brak dźwięku aż wywoływał piszczenie w uszach, jednak nie chciało jej się włączać kolejnej piosenki. Za dobrze jej się leżało na łóżku.
   Zdało jej się w pewnym momencie, że usłyszała skrobanie w szybę. Zerwała się, prędko podbiegając do okna i odsunęła firankę, lecz nikogo za nim nie zobaczyła. W sumie inna wersja byłaby dziwna, skoro jej mieszkanie znajdowało się na dziesiątym piętrze. I do tego od strony sypialni nie było balkonu, tylko mały parapet, na który raczej ciężko było się dostać. Przez chwilę dziwny cień zatańczył jej w oczach.
   Nastolatka zmarszczyła brwi, myśląc nad czymś intensywnie i mrugając, próbując odpędzić dziwne wrażenie.
   — Czyżby przestawał działać? — Czasem zastanawiała się, czy nie wariowała już, że rozmawiała z samą sobą, jednak często dochodziła do wniosków, że przynajmniej ma szansę na konwersację z kimś inteligentnym. — Ale... jeszcze kilka godzin przynajmniej powinno być wszystko okej. Nie no, nie, nie nie. Za taką robotę do ja podziękuję. Co za osz...
   Nie dała rady dokończyć, gdyż nagły ból przeszył jej głowę. Pisnęła, automatycznie przykładając ręce do skroni. Uczucie było tak silne, że osunęła się na podłogę i skuliła, nie będąc w stanie zrobić nic więcej. Czuła się tak, jakby ktoś wbił jej sztylet w czaszkę. Nie było jednego miejsca, w którym kumulowałoby się uczucie. To nie powinno się dziać o tej porze. A raczej to w ogóle nie powinno się dziać. Sparaliżowana, nie mogła myśleć. Rozpaczliwie próbowała łapać oddech.
   Gdy minął pierwszy szok, a ból nieco zelżał, uniosła się trochę, sunąc w kierunku stolika nocnego. Drżącą dłonią otwarła szufladę. Desperacko szukała ratunku na własną rękę. Krzyk by jej nic nie dał, solidne ściany zagłuszały dźwięki; zresztą nie była pewna, jaki inny ludzki lek by jej pomógł. W końcu znalazła to, czego szukała, ciesząc się w tym wszystkim, że elementem jej uniformu był T-shirt.
   Ścisnęła mocno przedmiot, przystawiając go do zewnętrznej strony lewego ramienia. Wcisnęła przycisk i automatycznie wysunęła się igła, wchodząc w ciało. W kolejnej sekundzie specyfik krążył już po jej ciele, przynosząc ulgę. Ciężko łapała oddech, w końcu mogąc położyć się na podłodze; nie miała jeszcze dość sił, by wdrapać się z powrotem na podwieszane łóżko. Czuła, że dłonie jej wciąż drżą. Przymknęła oczy.
   — No, Phoenix, było blisko — powiedziała cicho, nazywając siebie wymyślonym przezwiskiem. Ręką otarła spływające po policzkach łzy.
   Dawno nie miała takiego ataku, zawsze się pilnowała, jednak tym razem lek działał krócej niż zazwyczaj. Było to naprawdę niepokojące. Dziewczyna zastanawiała się, czy nie miało to jakiegoś związku z tą falą, która pojawiła się po zniszczeniu komunikatora. Chociaż trochę czasu już od tego minęło, więc teoretycznie wszystko powinno być w porządku.
   W końcu wstała, nie mogąc dłużej być na podłodze. Rzuciła na łóżko zużyty podajnik i zaczęła przeszukiwać szufladę, by sprawdzić, ile leku jej jeszcze zostało. Wyrzucała kartki, karteczki, które poupychała tam w niewiadomym nikomu celu. W końcu mogła zobaczyć ciemne dno szuflady, lecz nie znalazła ani jednej sztuki mikstury. Zagryzła wargi. Tylko tam ją trzymała, nie było innych miejsc.
   — Cholera no!
   Czyli będzie musiała uzupełnić zapasy, zanim przyjęta dawka przestanie działać. Miała na to tylko siedemdziesiąt dwie godziny. Stanowczo zbyt mało czasu jak na zorganizowanie nowej rezerwy. Wciąż plątały jej się myśli, ale jednego była pewna: że była zmuszona załatwić to jak najszybciej. Jednak wcześniej musiała przygotować się psychicznie i odzyskać nieco sił, a także zająć się jedną sprawą. Zresztą i tak dzisiaj pracowała, nie mogła po prostu urwać się pod byle pretekstem. Każdy przecież potrzebował nieco pieniędzy do życia, chociażby po to, żeby móc kupić jedzenie.
W parę minut później już wybiegała w zmienionym stroju z mieszkania, zarzucając pospiesznie torbę na ramię. Wciąż ciężko biło jej serce, ale miała nadzieję, że to prędko minie po szybkim marszu. Nie mogła siedzieć cały czas w mieszkaniu.
   Poranny tłok już nieco zelżał i nie musiała przepychać się łokciami wśród ludzi jak kiedyś. Wydawało się, że biegnie tak bez celu, aż w końcu zwolniła, łapiąc oddech. Oparła się o ścianę budynku, kładąc dłonie na udach. Nie było jej łatwo otrząsnąć się z szoku, chociaż ćwiczenia zwykle pomagały. Już spokojniej przeszła ulicę i weszła do jednego z budynków.
   Pchnęła drzwi. Kiedy tylko przekroczyła próg biblioteki, powitała ją cudowna cisza oraz zapach książek. Laura odetchnęła głęboko, rozkoszując się ukochaną wonią. Uwielbiała to miejsce, było tu tak spokojnie i dotychczas nikt nie wpadł na to, by ją w nim szukać. Nie wyglądała na taką, co uwielbia książki. Do lektur szkolnych jakoś ją nie ciągnęło, co było widać na lekcjach.
Wędrowała powoli wśród półek zastawionych niekiedy grubymi tomiskami. Już po pierwszej wizycie stwierdziła, że księgozbiór jest irytująco mały, jednak nie miała większego do dyspozycji. Musiała zadowolić się tym, co ma.
   — Dzień dobry — przywitała się z uśmiechem na ustach, jednocześnie grzebiąc w torbie.
   Siedząca za biurkiem kobieta po pięćdziesiątce odpowiedziała podejrzliwym uśmiechem, który mimo wszystko rozjaśnił jej pomarszczoną twarz. Jak zawsze miała wysoki kok, który przypominał Laurze gniazdo jakiegoś egzotycznego ptaka. Jednak nigdy o tym nie wspomniała głośno, za bardzo lubiła tę krępą panią.
   — Dzień dobry, dzień dobry. Niech zgadnę, chciałabyś przedłużyć książkę?
   — Nie tym razem — odpowiedziała ze sztuczną radością dziewczyna, wyjmując w końcu to, czego szukała. Położyła dość gruby tom na blacie. — Oddaję, świetnie się czytało.
   — Coś za szybko ci to idzie, złotko. — Bibliotekarka zacmokała, grając niezadowolenie i wzięła księgę. Oglądała ją uważnie, jakby myślała, że nastolatka ją zaczarowała.
   — Nic na to nie poradzę, prze pani. Jak jest interesująca treść, to czytam, ile wlezie. Rozejrzę się, dobrze?
   — W porządku — westchnęła kobiecina i zaczęła coś wpisywać w komputerze, który najwyraźniej najlepsze lata miał już za sobą. Laura nie musiała się przedstawiać, wpadała tu na tyle często, że w końcu bibliotekarka ją zapamiętała. Z początku jakoś nie mogła się do niej przekonać, co przejawiało się do dzisiaj, gdy zawsze dokładnie oglądała wypożyczone książki.
   Nastolatka pomknęła do swojego ulubionego działu. Przystanęła na chwilę przy fantastyce, lecz nie mogła poświęcić jej więcej uwagi, potrzebując książki z innej tematyki. Drogę znała już na pamięć; głównie stamtąd brała opasłe tomiska. Wkrótce stanęła przed regałem z plakietką Książki popularnonaukowe. Traktujące o magii. Uśmiechnęła się pod nosem, dłonią przesuwając po tytułach. Jeden przykuł jej uwagę. Laura sięgnęła po niego, marszcząc brwi. Skrzywiła się, wertując stronice i coraz bardziej wątpiąc, czy "Kordian" znalazł się na właściwej półce. Niby była czarownica, pojawiały się demony, ale wciąż nie była przekonana.
   — Chmura znosi go z igły lodu? — przeczytała na głos dziewczyna, o mało co nie wybuchając śmiechem. Czytała o różnych formach magii, ale o takim czymś jeszcze nie słyszała. — Um... Od kiedy chmury gadają? — mruknęła do siebie i gwałtownie zamknęła dzieło Słowackiego, wpychając je tam, gdzie je po raz pierwszy spostrzegła.
    Nie szukała aż tak starego utworu, a przede wszystkim nie chciała czytać sztuki. To była dla niej tortura. Wciąż chichrając się, wyciągnęła kolejną księgę, nieco nowszą, o wdzięcznym tytule "Atak na Ziemię – przeraźliwa prawda czy umiejętne kłamstwo". Uśmiechnęła się, otwierając je. Z zadowoleniem stwierdziła, że tekst się nada i może go wypożyczyć. Skoro zlecono jej poszukiwania, to musiała prędzej czy później zrobić rekonesans. Równie dobrze mogła skorzystać z Internetu, jednak wpisywanie pytań o kosmitach wydawało jej się bardzo nie na miejscu. Chciała przekonać się, co wiadomo o Ataku, a nie czytać setki bzdurnych artykułów. Do tego pewnie zgubiłaby się gdzieś w rejonie memów typu KNEEL, a później znalazłaby się na krańcach Internetów, żałując, że odpaliła wtedy komputer.
   Rozsiadła się w miękkim fotelu czytelni, a bibliotekarka co chwilę na nią zerkała. Nastolatka jednak pogrążyła się w lekturze, marszcząc co chwilę gniewnie brwi czy krzywiąc się. To nie było tak, że nie rozumiała treści, bardziej szokowało ją zdanie autora.
   Drgnęła niespokojnie, gdy zawibrował jej telefon. Na ekranie mrugało imię Marty.
   Spotkanie. Park. ASAP
   Laura uniosła brwi, czytając te trzy krótkie słowa. Musiało wydarzyć się coś ważnego, że przyjaciółka tak nagle chciała się z nią spotkać. Może zerwała ze swoim chłopakiem, a teraz chciała się wyżalić? Dziewczyna wzruszyła ramionami. Jakby zerwali, to by zadzwoniła.
   Napisała szybko krótką odpowiedź i niechętnie zamknęła książkę. Pomaszerowała do pracownicy, by móc legalnie wziąć książkę i już pędziła w kierunku parku.
~*~
   Marta weszła do parku, wciąż co chwilę rozglądając się niepewnie dookoła. Równie dobrze to wszystko mogło być sprawką jej wyobraźni, jak i psikusem, czy najprawdziwszą prawdą. Otarła prędko pot z czoła, przyspieszając kroku. Cały czas zdawało jej się, że czuje na sobie czyjś intensywny wzrok, jakby była śledzona. Potrząsnęła głową, szybko zbaczając ze ścieżki.
   Drzewa dawały chłodny cień, bo, pomimo dość wczesnej godziny, słońce już przygrzewało. Marta sprawdziła szybko czas, uświadamiając sobie, że przed pracą nie ma aż tak dużo wolnego. Pizzerię otwierali dopiero po jedenastej, a ona wciąż była w sportowym stroju. Będąc na krótką chwilę w domu, nie zdążyła się przebrać.
   Pod jednym z pni dostrzegła torbę Laury, lecz samej przyjaciółki nigdzie nie widziała.
   — Tylko mi nie mów potem, że cię porwali kosmici, bo ukatrupię — dość głośno mruknęła do siebie.
   Westchnęła głęboko, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Kciukiem i palcem wskazującym prawej ręki pomasowała skronie, nie wierząc, że dziewczyna tak po prostu zniknęła. Pewnie jak zwykle pognała za jakąś kosmiczną nowinką. Kiedyś wpakuje się przez swoją obsesję w kłopoty.
   Biegaczka obróciła się powoli, wzrokiem ogarniając okolicę. Gdzieś dalej jakieś dzieciaki grały w piłkę, krzycząc głośno. Dobrze, że ten stary pryk ich nie widzi, pomyślała. Rany, wtedy to by się mogli pożegnać z piłką. Uśmiechnęła się w duchu, słuchając, jak młodzi ekscytują się grą. Nagle drgnęła, słysząc podejrzany dźwięk gdzieś nad sobą.
   — Psssst!
   Gwałtownie odwróciła głowę, cofając się o krok, będąc gotową na spotkanie z tym dziwnym facetem.
   — Czy ty jesteś normalna? — wrzasnęła piskliwie Marta, patrząc prosto w twarz wyszczerzonej Laury. Z tym, że ta zwieszała się do góry nogami z gałęzi.
   — Normalna fizycznie czy psychicznie?
   — Ugh — Marta tupnęła nogą, denerwując się na przyjaciółkę. Normalne było, że nie wzięła spotkania na serio. Dlaczego ta dziewczyna chociaż raz nie może być poważna?
   — Wyluzuj nieco. — Laura przewróciła oczami, łapiąc dłońmi za gałąź i podciągając się. — Czemu zawsze jesteś taka sztywna?
   — Sztywna? Raczej normalna. Bez chorych pomysłów grożących śmiercią.
   Marta usiadła na trawie, bawiąc się źdźbłem i patrząc na przyjaciółkę, która chyba bardzo pragnęła złamać sobie kark przy upadku z drzewa. Laura zaś w końcu przycupnęła na grubszej gałęzi, dopiero teraz testując jej wytrzymałość. Znajdowała się jakieś dwa i pół metra nad ziemią, czego zdawała się zupełnie nie dostrzegać.
   — Przesadzasz. Wcale nie miewam aż takich pomysłów — rzuciła, chwytając mocno drewno i szukając najlepszych miejsc do oparcia stóp.
   — A ten maszt? Pamiętasz może, jak zechciało ci się na niego wspinać po folię? Czy według ciebie to nie groziło śmiercią? I co ty do jasnej anieli wyrabiasz?
   Marta zerwała się szybko na nogi, tylko po to, by odsunąć się z drogi Laurze, która najwyraźniej planowała długotrwały pobyt w szpitalu. Wiedziała, że przyjaciółka była kiedyś gimnastyczką, ale nie mogła więcej trenować przez pewien wypadek, jak jej mówiła, o czym raczej teraz zapomniała, skoro siedziała na tej nieszczęsnej gałęzi. Swoją drogą, jak ona tam wlazła? Pień był dość gładki; bardzo ciężko było wspiąć się z jego pomocą. Najwyraźniej Laura musiała wybić się z rozbiegu, chwytając gałąź i podciągając się. Wiedziała, bo tego kiedyś próbowała, z tym że nie sama. Jej chłopak wymyślił sobie siedzenie na drzewie. Bo to podobno romantyczne.
   Wyrwał jej się cichy pisk, gdy przyjaciółka wybiła się, robiąc salto w przód. Ona naprawdę zwariowała! Zakryła usta dłońmi. Noga ugięła się pod Laurą i, zamiast idealnego lądowania, miała spotkanie bliskiego stopnia z trawą. Syknęła z bólu, ale nie pozwoliła, by Marta pomogła jej wstać. Najwyraźniej stwierdziła, że wygodnie jej na ziemi. Nieco otrzepała się, uśmiechając mimo bólu.
   — To co się stało, że tak wcześnie się spotykamy? — rzuciła, oddychając płytko. Kulejąc, poszła pod drzewo. Odsunęła swoją torbę i sama osunęła się pod pniem.
   Marta przyglądała się jej badawczo, oceniając czy dziewczyna jest cała i nie potrzebuje pomocy medycznej. Do głowy przyszło jej pytanie, jakim cudem ona wciąż żyje. Potrząsnęła głową, przywołując się do porządku. Nie przyszła tu po to, by prawić Laurze kazania, jaka to nieodpowiedzialna ona jest. Oparła się o inne drzewo niż towarzyszka i przymknęła na chwilę oczy, oddychając wolno, a przyjaciółka przechyliła głowę, przyglądając jej się z zainteresowaniem. Marta oczyściła umysł ze wszystkich zbędnych myśli i teraz ze spokojem przyglądała się przeżytej scenie. Zupełnie jakby stała obok, a nie była uczestniczką wydarzeń.
   — Wierzysz w magię, prawda? — zapytała nagle, intensywnie mrugając, zachowując się zupełnie tak, jakby raziło ją światło słoneczne.
   — A co to ma do rzeczy? — Laura zrobiła się podejrzliwa. Rozejrzała się wokół, nagle spięta. — Chcesz mnie zamknąć w wariatkowie? Aż tak mnie nie lubisz? Nic nie powiem! Żądam adwokata!
   — Spokój.
   Była gimnastyczka zapowietrzyła się. Wyglądało na to, że szykowała jeszcze długą tyradę o magii, kosmitach i nikt nie wie, o czym jeszcze. Jak zawsze. Marta uniosła rękę, próbując przywdziać spokojny wyraz twarzy. Wyobraź sobie, że jesteś na eleganckim przyjęciu. Emocje na wodzy.
   — Zadałam jedno, proste pytanie: wierzysz czy nie?
   Laura spuściła wzrok, uporczywie wpatrując się w swoje dłonie, zupełnie jakby były najciekawszymi rzeczami na całym świecie. A może i wszechświecie.
   — Jak zaprzeczę, to pewnie i tak nie uwierzysz. Więc nie. — Wyszczerzyła się, ale zaraz mina jej zrzedła. — Nie wierzysz mi. Aha. Ok. Niech ci będzie. Tak — wymamrotała cicho, jak nie ona. Wyglądało na to, że wstydzi się swojej odpowiedzi. Nagle uniosła głowę, wpatrując się z mocą w Martę. — Zadowolona? To odpowiedź, której chciałaś?
   — Nie, nie nie. — Biegaczka gwałtownie zaprzeczyła, gestykulując przy okazji. — To nie tak. Pytam, bo... myślę, że sama zwariowałam. Boże, po co ja chcę ci to mówić? I tak mnie wyśmiejesz. Kosmici to jedno, a znikający ludzie drugie. — Osunęła się powoli na ziemię.
   — Prrrr! — Laura pomasowała skronie i przeturlała się bliżej przyjaciółki. — Stępa, stępa, nie galopem. Jacy znowu znikający ludzie?
   Marta westchnęła głośno i drżącym głosem streściła szybko wydarzenia z poranka. Zwykle nie miała problemów z opowiadaniem przyjaciółce wszelakich wydarzeń. Tym razem jednak było inaczej. To nie była relacja z randki z Nikodemem. Żaden wypad do kina czy dzień w szkole. Nie wiedziała, jakiej reakcji się spodziewała. Może tego, że Laura nazwie ją wariatką? Albo zaśmieje się i powie, że powinna więcej spać. Cokolwiek. Nie przygotowała się jednak na to, że przyjaciółka momentalnie zbladnie, nie wiedząc, co ma powiedzieć. Kolejna rzecz zupełnie nie w stylu pewnej siebie dziewczyny. Laura zachowywała się różnie. W zależności od nastroju i otoczenia zmieniało się jej podejście do ludzi. Ale teraz? Najwyraźniej Marta zrobiła coś nie tak. Dziewczyna przygryzła wargę.
   — No powiedz coś. Cokolwiek — przerwała w końcu ciszę blondynka.
   — Co mam powiedzieć? Nie jestem pewna, czy to się kwalifikuje pod moją specjalizację — wykrztusiła z siebie niższa, myśląc nad czymś intensywnie. — Kosmici? Okej. Fantastyka? Okej. Ale facio z dziwnym stworem? Nie okej. Tak, zwariowałaś.
   — No dzięki wielkie, wiesz — oburzyła się Marta. — Zamknij mnie w wariatkowie najlepiej.
   — Nie to miałam na myśli. A może jednak? Nie wiem. Pozytywne szaleństwo jest fajne. — Laura uniosła ramiona w obronnym geście, a potem sięgnęła do swojej torby. Wyjęła szybko książkę i prędko zaczęła ją kartkować. Mruczała cicho do siebie pytania, gdzie była interesująca ją kwestia. W końcu podsunęła tom koleżance pod sam nos, palcem pokazując odpowiedni fragment. — Patrz. Wiedziałam, że gościu o tym pisał. Tak samo było z Normaxis! A teraz ten facet? Wariat? Dunno. Ja się nie znam. Ale ten tu najwyraźniej wiedział, o czym pisze.
   Marta chwyciła ostrożnie książkę, jakby ta miała się zniszczyć. Albo nagle odlecieć. Z takimi dziełami to nigdy nie wiadomo. Szybko zaczęła czytać, marszcząc przy tym brwi. Starała się zrozumieć, co właśnie miała przed sobą. Przedstawione wyjaśnienie zdawało się dość prawdopodobne, ale racjonalna część umysłu dziewczyny je odrzucała.
   — "O ile teoria wieloświatów może być prawdziwa, o tyle efekt Mandeli budzi wiele kontrowersji. Badający to zjawisko wyjaśniają, że jego przyczyną jest nakładanie się na siebie dwóch światów równoległych. — Odchrząknęła, przerzucając stronę. — Dla wielu Atak na Ziemię jest tylko bujdą wymyśloną dla propagandy, jednak znacznie więcej osób twierdzi, że na własne oczy widziało atakujących kosmitów" — przeczytała głośno, patrząc co chwilę pytająco na Laurę. — "I w tym momencie wkracza wspomniany wcześniej efekt, który nazwę swą wziął od byłego prezydenta RPA. Według niektórych zmarł on w więzieniu w latach osiemdziesiątych, podczas gdy naprawdę żył znacznie dłużej. Patrz strona dwadzieścia trzy.
   Tak samo jest, jeśli chodzi o Atak. Możliwe, że była to tylko zbiorowa halucynacja, którą ówczesny rząd starannie zaplanował, chcąc przekonać do siebie ludzi. Wyjaśniałoby to rozbieżność w zeznaniach o tamtym dniu. Ale w takim razie, co z zabitymi w ataku?" — Marta zatrzasnęła książkę, odsuwając ją prędko od siebie.
   To było zdecydowanie zbyt dużo jak na nią. Nie była walnięta na punkcie kosmitów, magii i wszelakich zjawisk nadnaturalnych. Nie jej rzecz. Co innego, jeśli chodziło o Laurę, ekspertkę w tej dziedzinie. Dziewczyna doskonale pamiętała każde jej wystąpienie przed klasą, gdy jeszcze chodziły razem do gimnazjum. Wtedy Laura wiecznie wplatała jakąś ciekawostkę o istotach pozaziemskich. A teraz siedziała, bawiąc się źdźbłami trawy, zachowując się tak, jakby jej to w ogóle nie interesowało.
   — Co o tym sądzisz? — odezwała się w końcu nastolatka, patrząc na biegaczkę. Marcie zdawało się, że oczy dziewczyny są jeszcze ciemniejsze niż zazwyczaj. Przełknęła ślinę, zanim odpowiedziała.
   — A co miałabym? Jeszcze parę godzin temu to wszystko byłoby dla mnie stekiem bzdur, które ktoś nabazgrał sobie, bo mu się tak podobało. I lubił trollować ludzi. Ale teraz? Ten gościu chyba był dla mnie wystarczającym dowodem na istnienie tego całego zjawiska Mandeli.
   — Efektu — poprawiła ją Laura, biorąc książkę do ręki. W zamyśleniu pogładziła czule okładkę. — Nie myślisz, że coś jest tutaj na rzeczy? Mam na myśli nie tylko tę książkę, ale cały świat?
   — Teorie spiskowe? To może ja sobie już pójdę... — Marta zaczęła się powolutku podnosić, lecz Laura złapała ją szybko za ramię. — No co?
   — Nic, nic. — Zreflektowała się, wzdychając ciężko. — Poczekaj chwilę.
   Pogrzebała w torbie, szukając czegoś. Zupełnie jak tego dnia, gdy bawiły się komunikatorem. Marta zmarszczyła brwi. Coś jej bardzo tutaj nie pasowało. Skoro autor przedstawiał Atak jako halucynację, to jak w takim razie na Ziemi znalazło się tyle pozaziemskiej technologii? Do tego na własne uszy słyszała język Normaxis. A przynajmniej tak ich zwała Laura, bo nikt nigdy nie nazywał najeźdźców w ten sposób. Mówiono tylko o Ataku na Ziemię, bez użycia nazwy rasy.
   — Mam! — wykrzyknęła w końcu jej przyjaciółka, ściskając triumfalnie w ręku jakiś przedmiot. Był wyjątkowo malutki, mieścił jej się w dłoni.
   — No pochwal się, co tam masz? Nie, czekaj, niech no zgadnę: paznokieć kosmity! Albo jego ząb.
   — A po co mi by to było? — Laura postukała się palcem w czoło. — Zwłaszcza że nie mogłabym go w tej chwili sklonować. Wiesz, ile kosztuje sprzęt do tego? W życiu bym się nie wypłaciła, a rodzice mi tego nie kupią. Nawet nie wiesz, jak bardzo by się wkurzyli, jakbym ich o to poprosiła, co nie? A potem mulion pytań: po co, dlaczego, gdzie będę go trzymała, czym go karmić. Nie, podziękuję za to. Masz tu coś lepszego.
   Ostrożnie wyciągnęła dłoń w kierunku Marty. Na początku dziewczyna była strasznie nieufna, zastanawiając się, czy to aby na pewno bezpieczne. Często robiły sobie nawzajem małe prezenty, jednak pewna nieufność pozostała, zwłaszcza że nie wiadomo było, czego się spodziewać po byłej gimnastyczce.
   Nastolatka jednak w końcu się przełamała, przyjmując podarunek. Były to małe kolczyki, połyskujące w promieniach słońca. Materiał podejrzanie przypominał ten z komunikatora. Marcie jednak prędko przypadły do gustu, były naprawdę pięknie wykonane. W sumie trzymała dwie miniaturowe błyskawice na samej górze ozdobione maleńkimi czerwonymi kamyczkami. Wydawały jej się piękne.
   — Nie mogę ich przyjąć — odezwała się w końcu, oddając je przyjaciółce. Źle czuła się z tym, że tamta na pewno wydała na nie strasznie dużą kwotę. Gdyby miała urodziny, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej, lecz był to prezent zupełnie bez okazji. — Są przepiękne, ale po prostu nie mogę.
Laurze zrzedła mina. Zniknął szeroki uśmiech, a oczy jej posmutniały. Najwyraźniej nie tego się spodziewała. Marta wyraźnie widziała, jak dziewczyna próbowała zatuszować swoją reakcję.
   — Weź je, proszę. Musisz. — Odgarnęła kosmyk za ucho, a jej głos przybrał stanowczy ton. Jakby próbowała zahipnotyzować Martę lub uparcie przekonać ją do swojej racji. — To nie są byle jakie kolczyki. To wzm... — Ugryzła się w język. — Wzniosłe pioruny. Taki mały symbol, skojarzył mi się z tobą.
   Marta westchnęła przeciągle, powoli kiwając głową. Nie chciała sprawić Laurze zawodu. Rzuciła krótkie "Dobrze" i założyła podarowaną biżuterię. Przyjaciółka rozpromieniła się w uśmiechu. Przysunęła się z lekkim syknięciem z bólu, by ją objąć. Wrócił jej dobry humor, który udzielił się też Marcie. Zaśmiała się.
   — Dzięki wielkie, są wspaniałe!
   Oparła głowę na ramieniu dziewczyny, przez chwilę zapominając, że czeka ją praca, a ona była wciąż w treningowych ciuchach. Nie zdążyła jednak zupełnie się zrelaksować, gdyż nagle zauważyła coś między drzewami i poderwała się. Musiało jej się coś przewidzieć.
   — O rzesz... — Zakryła sobie usta dłonią. Chociaż czasem wymsknęło jej się przekleństwo, starała się żadnego z nich nie wymawiać. — Spadamy stąd.
~*~
   Palce Izis wybijały niespokojny rytm o podłokietnik. Miękka kanapa ją rozpraszała. Do tej pory najbardziej wygodnym meblem, z jakim miała do czynienia, było jej łóżko. Nie licząc właśnie tej sofy. Z przekąsem pomyślała, że meble nie powinny być aż takie puszyste. Przecież liczyła się ich funkcjonalność oraz ozdobność. Tymczasem kanapa była zadziwiająco prosta w szarym odcieniu. Przed nią stał niziutki rzeźbiony stolik z czarnego kryształu, a kawałek dalej krzątała się staruszka. Dziewczyna miała ochotę uśmiechnąć się, jednak zachowywała kamienną minę. Księżniczka powinna być nieprzenikniona. Spokojna. Jak ten kryształ, serce jej mocy.
   Rozejrzała się uważnie po apartamencie i ze zdumieniem zauważyła, że zniknęły zdobne arrasy przywiezione niegdyś z Optylium, teraz zastąpione przez starannie namalowane obrazy. Wstała, chcąc im się lepiej przyjrzeć. Nigdy wcześniej takich nie widziała. Była pod wrażeniem, musiała to przyznać. Dzieła wydawały się wyjątkowo realistyczne. Jej uwagę przykuło zwłaszcza jedno z nich. Na tronie we władczej pozie siedziała kobieta. Jej niebieskie włosy w ładzie utrzymywała masywna korona. Izis wiedziała, że diadem zaginął podczas Fladerium. Dziewczyna tak bardzo żałowała, że nigdy nie zobaczy jej na żywo. Sama po zostaniu królową będzie musiała nosić wyjątkowo proste insygnia władzy, a przede wszystkim zupełnie inny strój, niż namalowana kobieta. Jej zdobne szaty spływały falami, oplatając dolną część włóczni, którą postać trzymała prawą ręką. Drugą zaś położyła na rękojeści miecza. Za nią, na drugim planie wyraźnie odcinał się herb rodu, kontrastując z ciemnym tłem.
   — Czy podoba ci się? — Staruszka podeszła do niej, niosąc dwie filiżanki z parującym napojem. Nozdrza Izis wypełnił intensywny zapach ziół. Z tego, co się zorientowała, żadne z nich nie było szkodliwe, co jej w sumie nie zdziwiło. — Tym wspomnieniem podzielił się ze mną twój wspaniałej pamięci dziadek. To był pierwszy raz, gdy mógł mnie ujrzeć. Przybył wtedy wraz z poselstwem prosić o mą rękę. Ach, wspomnienia. — W jej oku zakręciła się łza, na co Izis zareagowała uniesieniem brwi. Nieczęsto jej babcia okazywała swoje uczucia w tak otwarty sposób. Zawsze słynęła z twardej ręki i stanowczości w swoich rządach, przypominając poniekąd Sorun. Ale właśnie dzięki małżeństwu jej dziadków Sakiria i Iolesti zawarły między sobą przymierze. Nawet jeśli rodzinna planeta jej babki nie podpisała Konwencji Światów, taki sojusz dawał wiele więcej możliwości.
   — Wyglądasz, babciu Gyeo, jak żywa. — Izis pozwoliła sobie na nieśmiały uśmiech, podczas gdy staruszka postawiła filiżanki na blacie i teraz rozsiadła się wygodnie w fotelu. Upiła łyk, patrząc znad naczynia na wnuczkę.
   — W końcu zleciłam wykonanie najlepszemu z artystów. Od kiedy twoi rodzice zawalają cię obowiązkami następczyni tronu, rzadziej już do mnie wpadasz, moja Izis. — W jej głosie wyraźnie słychać było wyrzut, widoczny też na pomarszczonej twarzy. Do tego kobieta wyrażała się wyjątkowo formalnie. Wiele lat różnorakich wydarzeń sprawiły, że teraz na starość, nie potrafiła wyzbyć się takiego słownictwa. A może wcale nie chciała?
   — Tęsknisz za dziadkiem? — zmieniła szybko temat Izis. Nie miała ochoty wdawać się akurat w tę dyskusję, bo musiałaby przejść do wyjaśnień. Aż dziwne, że cały pałac nie wiedział jeszcze o jej politycznym faux pass. Usiadła naprzeciwko Gyeo.
   — Czasem. Wiesz, Izis — upiła łyk ziołowej herbaty, jakby nic sobie nie robiła z temperatury napoju i nagłej zmiany tematu. Filiżanka stuknęła o talerzyk, brzmiąc tak nadnaturalnie. Na początku księżniczka zdziwiła się, że jej babka sama przygotowała herbatę, ale potem zdała sobie sprawę, że pewnie celowo odesłała służbę, żeby pobyć sam na sam z dziewczyną. — Na naszej pozycji nie ma miejsca na miłość. Liczy się dyplomacja i dobro państwa.
   Księżniczka spuściła wzrok, dłońmi obejmując kolano. Na jej policzki samoistnie wypłynął rumieniec, na szczęście nie aż tak widoczny na jej ciemnej skórze. Jej myśli zaraz powędrowały w kierunku osoby... Stop!, nakazała sobie w myślach ostrym głosem. Co ci to da? Sama słyszałaś. Racja kraju.
   — Rozumiem — odpowiedziała ostrożnie, badając, czy głos jej nie zadrży. Oczywiście już wcześniej zdawała sobie sprawę z tego, jakie zasady panują na dworze, jednak słowa babci dobitnie podkreśliły jej brak wyboru. Staroświeckie zasady uparcie trzymały się wszystkich członków rodziny królewskiej. — Babciu Gyeo, herbata jest na pewno wspaniała, jednak przyszłam też po poradę...
   — Na temat tego chłopaka, który zaprząta twe myśli? — Gyeo uśmiechnęła się niewinnie znad filiżanki, po raz kolejny rozkoszując się napojem. Izis drgnęła na jej słowa, a jej policzki zaczęły ją jeszcze bardziej palić.
   — Nie, to wcale nie tak! — Zamachała w obronie rękoma, o mało co nie strącając ze stolika swojego naczynia. W ostatniej chwili udało jej się uratować filiżankę, łapiąc ją jedną ręką, a drugą wyczarowując kryształ, który powstrzymał herbatę przed szczęśliwym lotem na posadzkę.
   — Nie używaj magii do tak błahych spraw — pouczyła ją staruszka, marszcząc czoło. — Uzależnisz się od niej i co wtedy?
   Nastolatka pokornie przeprosiła, odkładając delikatnie rzeczy na miejsce, tym razem nie używając do tego zaklęcia. Wzrok uparcie wbijała w swoje kolana, jakby były najbardziej interesującą rzeczą w calutkim wszechświecie. W komnacie zapadła niepokojąca cisza. Niemalże słychać było ich oddechy. W końcu Izis odważyła się odezwać, nie wracając do poprzedniego pytania. Zawisło ono między nimi, może już na zawsze pozostając bez odpowiedzi. Księżniczka nawet w myślach wolała na nie nie odpowiadać.
   — Babciu, czy istnieje zaklęcie, które pozwoli odszukać zaginioną magiczną rzecz, którą nie wiadomo kto ma i nie wiadomo, gdzie jest? — wyrzuciła z siebie gwałtownie, patrząc na siedzącą kobietę.
   Nagle wyraz twarzy Gyeo się zmienił. Już nie była sympatyczną staruszką; na powrót stała się królową Sakirii. Tyle lat trwała u boku Kijao, że teraz z łatwością wracała do swojej dawnej pozycji. Izis za to zgarbiła się: oto stanowcza królowa, o której tyle słyszała. Czuła, że niedługo wszystko wyjdzie na jaw, chociaż bardzo tego nie chciała. A z drugiej strony nienawidziła okłamywać swojej babci. Czyż już nie dosyć nasłuchała się kłamstw w swoim życiu? Nastolatkę gryzło sumienie, które nagle się obudziło i z wyjątkową intensywnością pragnęło teraz uwagi.
   Przez witraże w oknach do środka wpadały kolorowe promienie słoneczne, oświetlając całą scenę: dwa pokolenia zebrane razem wśród obrazów, kryształów, mebli i szpargałów. W pomieszczeniu pełnym ksiąg zielarskich i samych ziół walających się po regałach. Zlewki, fiolki, palniki, mieszadełka i wszelki inny chemiczny sprzęt opanowały powierzchnię średniej wielkości komody, sprawiając, że komnata wyglądała na pogrążoną w jeszcze większym chaosie. Gyeo słynęła ze swojego zamiłowania do ziół, które odziedziczyła po niej Izis. Może i jej magia związana była z kryształami, jednak jej pasją były wszelakie mikstury. Niestety, nie miała dosyć czasu, by się rozwijać w tym kierunku, z powodu natłoku innych zajęć.
   — Jest pewien sposób — powiedziała w końcu wolno Gyeo, przeciągając końcówkę każdego wyrazu, zupełnie jak nie ona. Nie pasowało to do dumnej byłej królowej i sprawiło, że Izis przeszedł dreszcz. Nie tylko strachu, ale też podniecenia. Możliwe było, że jej kłopoty znikną, zanim się obejrzy i minie wyznaczony czas. Księżniczka miała świadomość, że zegar nieubłaganie tykał. — Ryzykowny, ale istnieje. Ale — uniosła palec, udając nauczycielkę, upominającą niesfornego ucznia. — kryształowa magia nie wystarczy. Jest za słaba. Do rzucenia czaru wymagana jest magia runopodobna
   — Runopodobna? — Tym razem to Izis zmarszczyła brwi. Uczyła się podstaw magii, ale nie spotkała się z takim określeniem. Musiało być stare.
   — Tak, runopodobna — potwierdziła Gyeo, powtarzając się. Nie wyjaśniła jednak niczego, stwierdzając, że pojęcie jest powszechnie znane. — i czysta. Bardzo ważne, żeby były one idealnie złączone w chwili rzucania czaru. Gdzieś miałam o tym księgę, mogę ci ją pożyczyć, jeśli chcesz.
   — Byłabym wdzięczna. — Serce dziewczyny niespokojnie biło. Z jednej strony miała ochotę uściskać mocno babcię, a z drugiej obawiała się każdego następnego słowa. Jeśli jej staruszka skojarzy fakty, już po niej. Jedno nieopatrznie wypowiedziane słowo przez starszą kobietę i już cała służba będzie wiedziała. A skoro służba się dowie, to równało się sytuacji, gdyby Izis udała się na balkon i zaczęła wrzeszczeć o wszelakich tajemnicach państwowych.
   — Potrzebujesz ją na teraz, Izis?
   — Tak, to do zadania domowego — skłamała księżniczka z bolącym sercem. W końcu czego nie robi się dla państwa?
~*~
   Silne pociągnięcie za ramię wyrwało Laurę ze swojego własnego świata, w którym pogrążyła się na chwilę, myśląc nad tą całą sytuacją. Przecież na Ziemi magii nie było, nie żyły tam inne rodowite kosmiczne rasy. W innym wypadku przecież kogoś z nich by spotkała. Może jacyś osiedleńcy pojawiali się na chwilę lub dwie, ale nigdy nie pozostawali na tej planecie na zawsze. Czytała nieco o kosmicznym prawie w tym rejonie wszechświata i święcie wierzyła w wyczytane zasady. Nawet jeśli okazałyby się stekiem bzdur wymyślonych przez nudzącego się fana komiksów.
   Rozejrzała się prędko dookoła, nie dostrzegając jednak zupełnie nikogo. Ledwie zdążyła chwycić swoją torbę, a już Marta pociągnęła ją w kierunku alejek. W parku było dziwnie mało osób jak na tę godzinę. Dzieciaki skończyły niestety już swoją grę, nie było ich słychać, najwyraźniej jeden ze stróżów ich przegonił, jak zwykle za argument podając niszczenie trawy. Jakby trawa była jakimś bezcennym skarbem, prychnęła w myślach Laura. Od czasu do czasu odzywał się jakiś ptak, jednak nie znała się na nich na tyle dobrze, by po samym dźwięku odróżnić gatunek.
   — Dokąd się tak spieszysz? — zawołała do Marty, która ani na chwilę nie zwolniła swojego biegu. Wyszarpnęła się z uścisku i stanęła na środku ścieżki, krzyżując ręce na piersi. Trwała nieruchomo, chociaż wokół niej toczyło się życie. W oddali ktoś użył klaksonu, zabrzmiał dzwonek roweru. Wszystko było normalne, oprócz ich dwójki.
   Marta odwróciła się w biegu i wyhamowała. Spod jej nóg wzbił się w powietrze niewielki obłoczek kurzu, jako że dawno nie padało.
   — Musisz akurat teraz? Widziałam tego zwierza z plaży — jęknęła, przestępując z nogi na nogę. Wydawała się naprawdę niespokojna.
   — Że co? — Laura uniosła obie ręce, powstrzymując przyjaciółkę i zmieniając swoje podejście o sto osiemdziesiąt stopni. — Przecież tam nikogo nie było. Nie szalej za bardzo z tą wyobraźnią.
   — Przecież... Przecież jeszcze chwilę temu mi wierzyłaś! — Na twarzy Marty ukazało się szczere i bezgraniczne zdumienie, jakby próbowała zrozumieć nagłą zmianę nastawienia koleżanki.
   Laura popatrzyła na nią z uwagą. Oczy dziewczyny błyszczały niepokojem, co chwilę zezowała na boki, jakby się obawiała, że zaraz coś na nich wyskoczy. Cała jej postawa wskazywała gotowość, a nowe kolczyki połyskiwały wesoło w słońcu. Coś bardzo nie grało w tym wszystkim szatynce. Nie wiedziała jeszcze co, ale dodała do swojej listy punkt, by jak najszybciej się dowiedzieć. Marta założyła specjalną biżuterię, co bardzo cieszyło Laurę. A jednocześnie sprawiało, że ten dziwny niepokój podwajał się. Niewinne błyskawice miały bowiem odpędzać wszelakie uroki i dawać odporność na halucynacje. Taki był ich cel, a nastolatka nie wiedziała, w jakim stopniu ten właśnie cel był wypełniany.
   — Powiedziałam, że wierzę w magię i w efekt Mandeli, a nie w dziwnego smokopodobnego zwierza, co nie ma nic lepszego do roboty niż stalking nastolatek.
   Nie była do końca pewna, czy ta strategia się sprawdzi. Zawsze istniało ryzyko, że ktoś w końcu połapie się, że coś jest na rzeczy. Na całym świecie, nie tylko w ich mieścinie. I w tym był problem. Kosmici, dziwaczne rasy na Ziemi... To wykraczało poza zwyczajne ludzkie rozumienie. Właśnie w tym celu powstała WOfAC. To właśnie organizacja za swój cel obrała badanie takich zjawisk i chronienie zwykłej, szarej ludności przed nowinami zdolnymi zachwiać ich całkowitym światopoglądem. I właśnie Laura postanowiła przyjąć ich punkt widzenia. Chociażby na tę chwilę, modyfikując go o własne poglądy. Tego od niej wymagano. Nie była już normalną ziemianką, tylko częścią organizacji chroniącej ludzkość. Chociaż do tego ostatniego miała, póki co, wątpliwości.
Stanęła na szeroko rozstawionych nogach i skrzyżowała ramiona na piersi, podejmując standardową grę, którą wyuczyła ją Mayleen. Marta nie wiedziała, co odpowiedzieć, teraz najwyraźniej już zupełnie pewna, że zwariowała. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego, że właśnie odkryła coś, co jej przyjaciółka bezowocnie badała.
   — Czy wy musicie stać na środku drogi?! — Laura drgnęła niespokojnie, jednocześnie prędko się odwracając, gdy tylko rozległ się za nią głos. Blondynka zaś tylko usunęła się na bok, ciągnąc za sobą protestującą koleżankę. Niezadowolona babcia na rowerze przemknęła obok nich, mrucząc ciągle coś pod nosem. — Jaka ta młodzież niewychowana. Stać im się nagle zachciało! A w autobusie to chwili nie mogą wytrzymać. Tak, bo młodzież musi stać.
   — Przepraszamy! — zawołała za nią jeszcze biegaczka, rzucając spojrzenie przyjaciółce, by ta nie odezwała się ani słowem. Laura zacisnęła gniewnie usta, zachowując jednak dla siebie ripostę, którą chciała obdarować moherowy beret. Chociaż staruszka najwyraźniej zapomniała tego dnia zabrać z domu swojego nakrycia głowy. Warknęła lekko z niezadowolenia.
   — Nie sądzisz, że powinnyśmy ją uświadomić, że jeździ po parku, nie ścieżce rowerowej? — Dziewczyna przełknęła swoją dumę, zadając pytanie i lekko uniosła brwi, a na jej ustach czaił się cień uśmiechu.
   Marta stanęła koło niej, również przyglądając się staruszce jadącej wesoło w stronę bramy parku, która pobłyskiwała metalicznie. Tyle razy Laura bywała w tym miejscu, a dopiero teraz zauważyła, że nie była ona taka prosta, jakby mogło się zdawać. Pręty wyginały się ozdobnie, tworząc łodygi, gałęzie, listki i kwiaty. Ze zdumieniem uświadomiła sobie, że skrzydła zdobią dwa drzewa otoczone kwiatami. Nieoficjalny symbol tego miejsca.
   — Nieeee, wygląda na całkiem zadowoloną z życia. A z takimi moherkami nigdy nic nie wiadomo — rzuciła Marta, krzywiąc się nieznacznie. — A co robimy z faktem mojego szaleństwa?
   Zazwyczaj to ona była odpowiedzialna za wszelkiego rodzaju plany. Ze swoim opanowaniem i zastanawianiem się nad wszystkim, potrafiła trzeźwo ocenić sytuację. To Laura była tą chaotyczną, co działała pod wpływem impulsu. Ale gdy przychodziło do spraw związanych z nadnaturalnością, to ona lepiej sobie radziła. Jak na razie, była to jedyna tego typu zamiana ról. Szatynka zmarszczyła brwi, niepewna. Gestem zaprosiła Martę na pobliską ławkę, sama zaś stanęła nad nią.
   — Wyglądasz, jakbyś zaraz miała wezwać jakiegoś kosmitę, który miałby mnie zabrać na badania.
   — Nie. Po prostu... — Laura kopnęła jakiś kamyk, który miał nieszczęście znaleźć się pod jej nogami. Popatrzyła, jak się toczył po alejce, po czym podjęła: — zastanawiałam się nad czymś. Ale to nic takiego. Po prostu się nie wychylaj, dobrze?
   Dziewczyna poprawiła swoją bluzkę. Zazwyczaj nosiła je proste, odsłaniające jedno ramię, jednak dzisiaj miała na sobie T-shirt z nadrukiem UFO porywającego krowę, nad którym napis głosił ''Breaking News! Porwano ziemskiego przedstawiciela inteligencji!'' Marta zaśmiała się pod nosem, dopiero teraz to zauważając. Agentka uśmiechnęła się do niej w odpowiedzi, ale zaraz dodała:
   — Ej no, podejdź do tego poważnie, co? Albo inaczej będziesz mówiła: ''Witaj, pokoju bez klamek. Co u ciebie?''
   Marta westchnęła teatralnie, sprawdzając godzinę na telefonie. Zacisnęła usta, uświadamiając sobie, jak późno jest. Jeśli się nie pospieszą, będzie musiała zacząć zmianę w treningowym stroju.
   — Rozumiem, że ucieczka przed tym czymś nie wchodzi z rachubę? — upewniła się.
   Laura skinęła głową w odpowiedzi, rozwiewając wszelkie wątpliwości. A przynajmniej miała taką nadzieję, w końcu nigdy nie wiadomo, co się kryje w umyśle drugiej osoby. No, chyba że było się telepatą. Ale to już inna historia.
   — Nie wychylaj się, pakiet standardowy. W to wliczamy: brak reakcji — Zaczęła wyliczać prędko na palcach. — brak ucieczki, milczenie, niewspominanie o widzianych rzeczach. Taki pakiet wystarczy, czy dorzucić pakiet deluxe za dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć?
   — Za deluxe chyba podziękuję. Czyli udaję, że nic się nie wydarzyło. Copy that.
   Laura posłała jej jeden ze swoich specjalnych uśmiechów, który nie wyglądał, jakby chciała kogoś zabić. Skinęła Marcie ręką na pożegnanie. Sama też się spieszyła. I to nie tylko ze względu na pracę, o nie. Miała wiele do przemyślenia i sprawdzenia.
   Nie widziała już tego, jak Marta zadrżała, znów między drzewami dostrzegając Tanurgla, który powoli wędrował sobie w krzakach w kierunku bramy parku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz