poniedziałek, 13 listopada 2017

Kryształ Soldenu

2. Rada Światów

   Czekała, siedząc wyprostowana na zdobionym krześle. Założyła nogę na nogę i objęła kolano dłońmi. Tylko delikatny ruch stopy zdradzał, że dziewczyna się niecierpliwi. Chciała już wrócić do pałacu, ale musiała być tutaj, czekać, aż ją zawołają. Izis westchnęła; niezbyt odpowiadało jej to zgromadzenie władców, zwłaszcza że w pomieszczeniu rozlegały się przytłumione przez ścianę niespokojne głosy. Najwyraźniej prowadzono dyskusję o czymś bardzo ważnym.
   Parę kroków od księżniczki stała jej służka. Co chwilę rozglądała się swoimi chabrowymi oczami. Wiadomym było, że nieczęsto zwykli ludzie bywali wśród tych wszystkich wysoko urodzonych z innych planet, jednak pracując w pałacu powinna chociaż trochę przywyknąć do obecności arystokracji. Tymczasem zachowywała się jak nowicjuszka.
   Kiedy zauważyła, że Izis się jej przygląda, podskoczyła lekko.
   — P-pani, wybacz mi to rozkojarzenie...
   — Sekiny, skup się wreszcie! — zbeształa ją, marszcząc nosek. — To nie czas i miejsce na rozkojarzenie. Przynosisz wstyd pałacowej służbie.
   Sekiny spuściła smutno głowę i splotła dłonie. Księżniczka w końcu odwróciła wzrok, skupiając się na słowach wypowiadanych za ścianą. To, co tam się działo, było o wiele ciekawsze od służki. Izis nie uważała jej za kogoś, na kogo warto zwrócić uwagę. Nie wyróżniała się niczym; dziewczyna nieco bardziej przy kości, nosiła skromne ubrania, jak przystało na usługującą osobie pokroju czarodziejki. Jasne, do pewnego stopnia powinna ją szanować, lecz bez przesady.

   — Handel z Kexdys? Czy wyście poszaleli? Toż to dziki lud! — Z gwaru wyłowiła głos wistera Juygo i przewróciła oczami. Czy ten nadęty buc musi tu być? Skrzywiła się. Starszawy, brzydki i uważający, że zawsze ma rację. Izis szczerze nie lubiła ani jego, ani wizyt na Wistei, rodzinnej planecie aktualnego władcy. Zawsze, ale to zawsze na bankiecie prosił ją do tańca, a ona całą swoją siłą woli kryła niezadowolenie. W końcu jaka to przyjemność dla młodej dziewczyny tańczyć ze starym, brodatym mężczyzną, który się obficie poci? I dodatkowo przeciąga nadmiernie końcówki wyrazów. Nigdy jednak nie skarżyła się na to głośno. Zrobiła to tylko raz, po czym dostała tak długi wykład od matki, iż księżniczce nie wypada narzekać, że zrezygnowała z dalszych skarg. — To doprowadzi nasze państwa do ruiny!
   — Z całym szacunkiem, ale pozwolę sobie się nie zgodzić. — Głos jej ojca jak zwykle był pełen spokoju. Dziewczyna wiedziała jednak, że to tylko przykrywka; maska dla delikatnej gry politycznej. Król Oneji już dawno wyjaśnił jej, jak wiele zależy od odpowiedniej tonacji głosu czy mimiki. To była sztuka, którą mistrzowsko opanował wiele lat temu, a Izis, nieważne jak bardzo się starała, wciąż nie mogła mu dorównać. — To szansa dla nas wszystkich. Kexdys może nie podpisali Konwencji, ale mają wiele bardzo cennych materiałów, zarówno tkanin, jak i tych potrzebnych do budowy umocnień. Zapewniam szanownego wistera, że jeśli pokój się utrzyma, czeka nas rozkwit handlu. Powinniśmy szukać coraz nowszych źródeł, a to jest najlepsza sposobność ku temu.
   Dziewczyna niemal mogła sobie wyobrazić spojrzenie Onejiego, które skierował na wistera. Przełknęła ślinę. Jeszcze chwila i będzie musiała wyjść do tych wszystkich ludzi. Ciekawe czy znowu zacznie się jąkać przed Radą Światów, jak ostatnio? Chociaż ostatnim razem, jak przed nią stawała, miała zaledwie osiem akilusów. Tyle czasu minęło od tamtego dnia, a zdawało się jej, jakby to było wczoraj.
   Serce Izis przyspieszyło swój bieg. Poprawiła swój płaszcz, sprawdziła, fryzura wciąż była nienaganna. W końcu musiała się jakoś prezentować przed wszystkimi. Jeden błąd i nici z jej reputacji, jako przyszłej królowej. Będzie dobrze, nie panikuj.
   — Mój drogi Oneji, cóż masz na myśli? — Nagle zapanowała cisza, gdy do rozmowy włączyła się reogis Tenebrisu. Izis wstrzymała oddech; nie spodziewała się, że Sorun Mirage zaszczyci ich swoją obecnością na Radzie Światów. Dotąd nie słyszała, by kobieta udzielała się w dyskusji, więc sądziła, że zastąpił ją jej mąż, rugen Dyen, bo ona sama była zbyt zajęta. Chociaż z drugiej strony wiedziałaby od razu, że władca był tutaj. Jego donośnego głosu i częstego śmiechu nie szło pomylić z nikim innym.
   Księżniczka przełknęła ślinę. A niech to. Czy dzisiaj cokolwiek pójdzie dobrze? Nie chciała spojrzeć Sorun w twarz, ale nie miała innego wyjścia. Tu nie chodziło o nią samą, a o Sakirię. Nie mogła zrezygnować tylko dlatego, że przy kobiecie czuła się wyjątkowo nieswojo. Wstała ostrożnie, jakby testowała wytrzymałość swoich kości. Syknęła, gdy ból przeniknął jej plecy. Wciąż nie do końca wydobrzała po tym rzuceniu o ścianę przez tajemniczą napastniczkę. Izis wychyliła się delikatnie zza rogu, starając się, by jej nie zauważyli. Czekała na znak.
   — Myślę, że to najlepiej wyjaśni księżniczka Izis.
   To był ten moment. Białowłosa po raz ostatni sprawdziła, czy z jej ubiorem wszystko w porządku. Lewą dłonią chwyciła materiał swej sukni, by się nie potknąć i nie wyłożyć przed zbiorowiskiem. Odetchnęła głęboko i wkroczyła do pomieszczenia.
   Nic a nic się nie zmieniło. Ten sam układ zdobionych foteli, to samo podwyższenie na środku, na którym teraz stał jej ojciec, patrząc na nią wyczekująco. Uniosła dumnie głowę i ruszyła w jego kierunku. Miała świadomość, że spojrzenia zebranych skupiły się na niej. Przypadkowo zerknęła w kierunku reogis. Siedziała tam, na najbardziej okazałym miejscu, jako że Tenebris zawsze przewodził Radzie. Założyła nogę na nogę i, jakby znudzona, oparła głowę na ręce. Bystre, czerwone oczy popatrzyły przez chwilę na Izis z uwagą. Zupełnie jakby Sorun oceniła ją w myślach. Dziewczyna prawie się potknęła. Chyba już wiem, jak wypadłam, skrzywiła się w duchu.
   Odwróciła prędko wzrok. Nie wypadało otwarcie gapić się na innych. Co innego ukradkowe spojrzenia. Przyjęła wyciągniętą w jej stronę dłoń ojca i wkroczyła na podwyższenie. Skłoniła się dwornie, jak nakazywała etykieta. Między zgromadzonymi rozległy się pomruki. Izis siłą powstrzymała grymas niezadowolenia, tak bardzo charakterystyczny dla dynastii Mendlerów. Bądź jak łąka zielona, nakazała sobie w myślach. Nieprzenikniona, spokojna. Inaczej nic nie zdziałamy. Odchrząknęła.
   — Jakiś czas temu — Zaczęła wypowiedź w Mowie Społu, a jej głos poniósł się po sali, wzmocniony zaklęciem. — Sakiria została zaatakowana. Napastnicy zniszczyli część stolicy i przedarli się do pałacu.
   — To jest oczywista zniewaga dla naszego świata — Oneji wydawał się szczerze oburzony. Izis rozejrzała się po władcach, sprawdzając ich reakcję. Na twarzach wielu z nich widniało szczere zdumienie czy zaniepokojenie. Juygo wyglądał zaś na zmartwionego. — Księżniczka stanęła ramię w ramię z obrońcami, lecz niestety agresorzy okazali się wytrwalsi.
   — Czyżbyś miał podejrzenia co do tożsamości atakujących, Oneji?
   Izis nie zdołała się opanować i odwróciła się w kierunku rozmówczyni, lecz zamiast na tronie, spostrzegła ją zbliżającą się do podwyższenia. Pokornie więc schyliła głowę, chcąc zejść i udać się w kąt, skąd mogłaby obserwować rozwój wypadków, aż zostanie znowu wezwana. Jednak Sorun dała jej znak, by pozostała na środku. Przynajmniej mogła się uważniej przyjrzeć kobiecie.
   Nie była stara, zmurszała, lecz w sile wieku. Mogła mieć tyle samo lat, ile jej ojciec, mimo że na Tenebrisie rok był wiele dłuższy. Jednak na jej owalnej twarzy już pojawiły się pierwsze zmarszczki, jak zauważyła Izis. Po oczach błysnął jej prosty diadem, który jakby od niechcenia miał przypominać o statusie właścicielki. Sorun poruszała się z gracją, a zamiast sukni, jakby się można tego spodziewać, miała ciemne spodnie, ściągnięte na łydkach wysokimi butami, a także ciemnoczerwoną tunikę z szerokimi, rozciętymi rękawami, przez które można było ujrzeć jasną skórę. Rogi, tak typowe dla tej rasy, teraz połyskiwały ledwie widoczne, jakby specjalnie postanowiła przywdziać bardziej ludzki wygląd.
   Wygląda jak czyhający drapieżnik, przyszło nastolatce na myśl. Elegancki, ale wciąż drapieżnik. Przy niej wyglądam jak dziecko. Głupiutkie dziecko, które wybrało się na bal bez wiedzy rodziców.
   — Owszem, mam pewne podejrzenia — przytaknął król. — Jak zapewne doskonale wiesz, reogis, takie ataki nie zdarzały się od zawarcia Konwencji Światów. Czyż nie po to wszyscy z nas ją podpisali? By takich rzeczy uniknąć?
   — Lepiej uważaj, Oneji — odezwała się milcząca do tej pory prezydent Ushy. — Nie rzucaj pochopnie oskarżeń. Chyba nie myślisz, że to ktoś z nas?
   — Ależ oczywiście, że nie. — Kłamstwo. Izis nie musiała nawet się wysilać, by je przejrzeć. Gdy tamtego dnia odzyskała przytomność, ojciec szczegółowo wypytał ją o zdarzenia, jakie zaszły w podziemiach. Z początku myślała, że chodziło o Kolena, jednak później zrozumiała. Chodziło o aurę, którą wyczuła wokół napastniczki. Jakby pochodziła z planety-protektora. Ale oskarżyć publicznie Tenebris? To była zbyt ryzykowna gra, zwłaszcza bez dowodów. A nawet, jeśli by je mieli, oznaczało to wojnę dwóch mocarstw, do której przyłączyli by się inni i całą Konwencję Światów Pradawni wzięli. — Nigdy nic takiego nie powiedziałem.
   — Jednak stosujesz aluzje. — Sorun splotła dłonie. Tym razem to Oneji się skłonił. Z jednej strony zabawnie było widzieć postawnego mężczyznę, kłaniającego się przed w sumie drobną kobietą, zaś z drugiej Izis wiedziała, że to część politycznej gry. Gestem oddał jej głos i zszedł z podwyższenia. Jego córka podążyła posłusznie za nim.
   — Jak wszyscy dobrze wiemy, Sakirianie od wieków mieli skłonność do przesadnego pojmowania rzeczywistości. Przesadnej reakcji. Jednak z czasem zaczęło to u nich zanikać. Wszechświat jest pełen niebezpieczeństw; potwierdzają to chociażby Wojny Optylijskie. Wiele planet wciąż nie dołączyło się do Konwencji, nie znając więc dobrodziejstw i możliwości z niej płynących. — Spokojny głos aż zachęcał, by posłuchać. Rozległy się przytaknięcia. Izis się jednak do nich nie przyłączyła, mimo że sopran Sorun do tego zapraszał. Zacisnęła usta. My i przesada? Kłamstwo. Z drugiej strony znajomość historii Wszechświata była naprawdę imponująca. Słyszała pogłoski o niesamowitej pamięci Tenebrian, lecz dopiero teraz mogła przekonać się o ich prawdziwości. A przede wszystkim poczuć na własnej skórze oratorskie zdolności kobiety. — Takie ataki nie są nowością w naszej wspólnej historii. Historii, którą tworzymy tu i teraz, razem. Bo to właśnie nasza siła. Której nikt nie powinien podważać. Jednak masz moje słowo, drogi Oneji, że weźmiemy pod uwagę twoje... obawy. Z samego rana osobiście wybiorę najlepszych z poszukiwaczy, by rozwikłali tajemnicę tożsamości atakujących.
   Osobiście wybiorę poszukiwaczy? Że co, proszę? Izis oniemiała na chwilę. To było dziwne, ponieważ reogis rzadko zajmowała się tego typu sprawami; miała od tego swoich zaufanych ludzi. A najlepiej, by Imperium Tenebryjskie w ogóle nie wtrącało się w sprawy Sakirii. Wiedziała, że jeśli zrobi cokolwiek, będzie źle, bardzo źle. Lecz z drugiej strony...
   — Dość tych kłamstw — wyrwało jej się, zanim zdążyła się powstrzymać. Na jej skórze zalśniły znaki. — Wszyscy wiemy, że to wasza wina! Że to Teneb...
   — Izis, dosyć tego! — Oneji złapał ją za rękę, nie pozwalając jej skończyć. Odciągnął ją, zanim zdążyła powiedzieć coś jeszcze. Uścisk był mocny, gniewny, przywracający zdrowy rozsądek. Wyrwała się ojcu z bijącym jak po maratonie sercem. Zimny pot wstąpił jej na plecy.
   Wtedy poraziła ją czyjaś obecność.
   Przerażająco znajoma obecność.
   Mirage.
   Styrie stała tam, niedbale opierając się o ścianę i uśmiechając się.
   Księżniczka zamrugała kilkakrotnie i w szoku zakryła usta, jakby nie wierzyła w to, co się właśnie wydarzyło. Na sali zapanował chaos.
~*~
   W części ze stolikami nie było wielkich tłumów. Ledwie parę osób przy okrągłych meblach sączyło powoli napoje i podgryzało desery. Garstka z nich prowadziła ożywione rozmowy, których i tak nie było szans usłyszeć przez głośną muzykę. Zdecydowanie więcej ludzi tańczyło na parkiecie do rytmu puszczanego przez DJ-a. Bawili się, zapominając o całym świecie.
   Przysadzisty barman polerował z zawziętością szklankę, zerkając co chwilę na siedzącą przy kontuarze dziewczynę. Wydawało się, że ma co do niej wątpliwości. Posłała mu w odpowiedzi uśmiech, po czym uniosła do ust szklankę z napojem. Odwrócił spojrzenie; nigdy nie czuł się szczególnie pewnie w jej towarzystwie, a ona poprawiła ostrożnie okulary, zerkając ukradkiem na zegarek, jakby się spieszyła. Lubiła to miejsce, mimo wyblakłej farby pokrywającej ściany, na których wisiało kilka zdjęć przedstawiających poprzednich właścicieli. Jednak teraz wszystko było niebieskie za sprawą lamp.
   — Dawno pani tu nie było, panno Incedio — zagaił w końcu mężczyzna, czując, że powinien przerwać tę ciszę. Uśmiechnęła się w duchu; w końcu krok do przodu. Zazwyczaj, to ona rozpoczynała rozmowę, licząc na informacje. A mężczyzna pracował tutaj od kiedy tylko pamiętała; jeszcze na długo przed tym, nim zaczęła tutaj regularnie zaglądać.
   — Życie. — Westchnęła głośno, wzruszając ramionami i oparła głowę na dłoniach. Dalej, rozgadaj się wreszcie. Nie przyszła tutaj na czczą paplaninę. Jej źródło informacji najwyraźniej zawsze o tym zapominało, co strasznie irytowało dziewczynę. — Praca, praca i praca, a przez nią brak czasu.
   — Stanowczo powinna pani wziąć urlop. Tak młoda kobieta nie powinna wpadać w pracoholizm — stwierdził, odkładając naczynie. Rzucił okiem po sali. Gdy ocenił stan gości, oczy rozbłysły mu zadowoleniem. Póki co nie musiał interweniować, wszyscy świetnie się bawili. — A przede wszystkim nie chodzić na imprezy bez przystojnego partnera.
   — Czyżby zgłaszał się pan na ochotnika? — zaśmiała się Incedia. Zakręciła na palcu kosmyk, mrugając niebieskimi oczkami, jednym uchem słuchając odpowiedzi mężczyzny. W duchu już nie była aż tak zadowolona, jednak wciąż grała. Udała, że odgarnia przeszkadzające jej pasmo, jednocześnie ukradkiem poprawiając słuchawkę w uchu. Miała nadzieję, że nic nie zauważył. Bardzo często wpadała przez takie amatorskie błędy.
   Ostatnio wszystko poszło źle przez nałogowe wręcz sprawdzanie pomieszczenia. Podejrzani zauważyli, jak co chwilę się rozglądała, co znaczyło tylko tyle, że kogoś lub czegoś szukała. A potem, ze zdenerwowania, że coś podejrzewają, pomieszała przykrywki. Poprosiła, by nazywać ją innym imieniem, niż się przedstawiła, a potem zaplątała się w wyjaśnieniach, przez co cała misja poszła na marne.
   Najchętniej wyszłaby zaraz po wypiciu napoju, by czegoś nie zepsuć, jednak nie mogła tego zrobić. Jeszcze nie. To nie było tak, że nie lubiła dyskotek i przez nie się dekoncentrowała, po prostu od rana miała zły humor. Nie dość, że zerwano ją wcześnie z łóżka, to musiała załatwić parę spraw. Do tego było dla niej w tym momencie zdecydowanie za głośno, więc bała się, że nic nie usłyszy, kiedy nadejdą polecenia. Nie przepadała też za puszczanym akurat rodzajem muzyki.
   — To wspaniale. Wie pan, ostatnio nie mogę złapać przyjaciela. Może mógłby mi pan pomóc?
   Zauważyła, że barman zesztywniał nieco na te słowa. Bingo, na pewno coś wie, pomyślała z zadowoleniem. Zrobiła niewinną minę, w myślach planując następny krok. Musiała być bardzo delikatna w zdobywaniu informacji. Inaczej nic by z tego nie wyszło i znowu wylądowałaby na lodzie ze ślepym tropem. W sumie to było nawet bardzo prawdopodobne, że coś jej nie wyjdzie, jednak starała się o tym nie myśleć, żeby nie zapeszyć. Popatrzyła z uwagą na barmana. Na skroni lekko zaczęła mu pulsować żyłka, jak zawsze, kiedy się denerwował. Trwało to ułamek sekundy, ale Incedia już wiedziała wszystko, co wiedzieć chciała.
   — To zależy, czy znam tę osobę — odpowiedział chłodno, przywdziewając maskę obojętności, jaką już widywała wcześniej. Oparł się o kontuar na szeroko rozstawionych ramionach. W tym momencie swoją postawą przypominał chytrego lisa. Kobieta skrzywiła się w duchu, jednocześnie przeklinając. Jak zwykle coś poszło nie po jej myśli. — W innym przypadku niestety nie będę mógł pomóc.
   — Jestem przekonana, że pan ją zna. — Postawiła ciężko szklanicę na blacie i odsunęła ją na bok tak gwałtownie, że prawie rozlała napój. Nie poświęciła temu jednak nawet chwili, taksując mężczyznę wzrokiem. Nachyliła się nad barem, ciesząc się, że miała bluzkę na cienkich ramiączkach, zatrzepotała rzęsami i szepnęła: "Maksimian Iwanow". Mimo panującego gwaru usłyszał ją doskonale. Zwęziły mu się źrenice, kiedy oceniał siedzącą przed nim osobę. Była prawie pewna, że zastanawiał się, czy warto cokolwiek jej mówić.
   — Obawiam się, że jednak nie mogę pomóc. Imię niby znajome, ale nazwisko nic mi nie mówi. — Wykonał ukradkowy gest dłonią, którego dziewczyna nie miała szans zauważyć. To wszystko była część gry, część misji. Słodka adrenalina, krążąca w żyłach. Pójdzie dobrze czy źle? Ktoś zginie, ktoś przeżyje.
   — Na pewno? — Posmutniała, a ramiona jej opadły. A jednak musiała znowu coś zepsuć, jak zwykle. Pewnie za szybko zapytała o tego gościa. Czyli nici z nowego sprzętu, technicy nie będą zadowoleni. Postanowiła jednak kontynuować jeszcze przez chwilę. — Wie pan, to dla mnie ważne.
   — Niestety nie. — Zmrużył oczy, patrząc na nią coraz bardziej intensywnie. Nie, nie na mnie, uświadomiła sobie nagle. On patrzy na coś za mną!
   Nie zdążyła się odwrócić, kiedy ktoś położył jej dłoń na ramieniu. Do głowy jej przyszło, że może nie była pierwszą i jedyną osobą, która pytała o tamtego gostka. I podejrzewała, że jej poprzednicy nie skończyli najlepiej. Może za krótko tu przyłaziłam? Zaśmiała się w duchu. Oczywiście, że tak. Głupie polecenia, przecież to było wiadome. Nie wystarczyło pokręcić się tam przez tak krótki czas. Trzeba być upartym i zdobywać zaufanie tak długo, aż pytanie o kogoś nie będzie niczym dziwnym. Do tego teoretycznie była tutaj bez broni; niby miała pistolet, jednak na razie wolała go nie wyciągać. Znając życie, prędzej przestrzeliłaby sobie kostkę, niż trafiła napastnika. A potem policja, przesłuchania i poprawczak, więzienie. Stanowczo zbyt dużo zachodu jak za jedną kulkę.
   Mając złe przeczucia, w pierwszej chwili chciała się odwrócić, jakoś zareagować. Gwałtownie wyrwać się, uderzyć tę osobę. Widziała w myślach, jak miażdży wszystkich jednym zaklęciem, wydusza odpowiedź na zadane pytanie, czuje się przez to niepokonana, niezwyciężona. Wyobraziła sobie siebie rzucającą im wyzwanie, jak wtedy, gdy Konrad prowokował Boga.
   Zamiast zrealizować któreś z wyobrażeń, zesztywniała tylko, obawiając się zrobić coś więcej. Słuchawka w uchu milczała. Mogło to znaczyć, że albo dali jej wolną rękę i testowali reakcję dziewczyny, albo już ją skreślili, albo ci tutaj mieli jakiś zagłuszacz, a ona głupia tego nie zauważyła. Zawsze coś, nigdy nie udawało jej się skończyć misji bez żadnego niepowodzenia. Okiełznała zaczątki lęku w swoich oczach, zamiast tego przywdziała na twarz uśmiech.
   — Panienka pozwoli z nami. — Ton głosu nie wróżył nic dobrego. Incedia zmarszczyła lekko czoło, zastanawiając się, czemu brzmi znajomo. Wspomnienie nieśmiało zapukało do jej myśli, jednak odrzuciła je, skupiając się bardziej na rzeczywistości.
   Rzuciła ostatnie spojrzenie barmanowi, który wrócił do czyszczenia szklanicy, jakby nie rozmawiali przed chwilą ze sobą. Uparcie unikał kontaktu wzrokowego. Dziewczyna wzruszyła ramionami. W sumie to nie była jego wina. Odwróciła się w kierunku sali i ujrzała przed sobą dwóch mężczyzn w eleganckich, jasnych garniturach. Coś jej mówiło, że kiedyś ich już spotkała. Pomyślała też, że nieco źle dobrali kolory do brudnej roboty.
   — Czyżby panowie od Iwanowa? — rzuciła, cały czas się uśmiechając i trzepocząc rzęsami. Chyba pora nieco zaimprowizować. Zobaczymy, jaka ze mnie aktorka. Udawała przed samą sobą, że nie lęka się tego, co ma nastąpić. Że mimo wszystko sobie poradzi.
   Mężczyźni, zamiast odpowiedzieć, pokazali jej gestem, by się pospieszyła. Niechętnie zostawiła szklankę z napojem i zsunęła się z krzesła, poprawiając przy tym spódniczkę. Po raz ostatni sprawdziła, czy słuchawka w uchu dobrze leży, mimo że nadal nikt się nie odzywał. W tym momencie nie pamiętała, czy cisza trwała od wejścia do klubu, czy dopiero od zapytania o Maksimiana.
   Widać było, że jej obstawa nie próżnowała w czasie wolnym, gdyż marynarki opinały im się na ramionach. Nie musiała się tego domyślać, Incedia była przekonana, że mieli ze sobą broń na wypadek, gdyby stawiała opór. Jeden trzymał ją mocno za ramię i prowadził, jakby pokazywał drogę, wyższy zaś szedł z tyłu, pilnując, żeby nie uciekła. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi na zaplecze, dziewczyna westchnęła z ulgą, gdyż muzyka znacząco przycichła.
   — Ach, jak dobrze. Też was drażnił ten dźwięk? — rzuciła, planując nieco rozluźnić atmosferę, jednak przyniosło to marny skutek. Zaczęła paplać jak najęta, zupełnie jakby była na pogaduszkach z kumpelą, a nie prowadzoną nie wiadomo dokąd. — Boże, jak muzykę uwielbiam, tak tego gatunku wręcz nienawidzę. Mój szef za to go ubóstwia wręcz. Ja nie wiem, co to za facet, przecież od tego jazgotu można zwariować i to dosłownie. Wiecie, praca biurowa i to coś? Nieee, to się kupy nie trzyma. Naprawdę, czekam, aż wyląduje w wariatkowie. A wiecie, że w takich miejscach...
   Mówiła, co jej ślina na język przyniosła, a jej mózg pracował na najwyższych obrotach. Co zazwyczaj mówili o takich sytuacjach? Powinna dowiedzieć się jak najwięcej o swoich przeciwnikach. Znaleźć ich słabe punkty i je wykorzystać.
   Ten, który ją prowadził, najwyraźniej nienawidził czczej gadaniny, bo wkrótce kazał jej się zamknąć. Zanotowała to w pamięci, posłusznie milknąc; zauważyła również, że kiedyś najwyraźniej miał złamany nos, bo teraz był on krzywy. Temu z tyłu nie zdążyła się przyjrzeć, gdyż popchnięto ją na krzesło. Wyższy wyjął z kieszeni marynarki broń i od niechcenia się nią bawił, jakby przypominał, żeby nie sprawiała kłopotów, podczas gdy drugi przywiązywał jej dłonie do oparcia. Nie opierała się, jednak napięła nadgarstki, żeby później lina była luźniejsza. A tak swoją drogą, kto jeszcze używa liny?, zastanawiała się, jednak szybko musiała porzucić rozmyślania, kiedy po rękach przeszedł ją prąd bólu.
   — No, no, no. Nie oszukuj, młoda.
   Z początku myślała, że to odezwał się jeden z jej milczącej obstawy, jednak rozczarowała się. Głos dochodził zza niej, podczas gdy mężczyźni byli przed nią. Do tego nowo przybyły mówił po rosyjsku, a tamci odzywali się do niej po angielsku.
   — Czyżby ktoś chciał mnie widzieć?
   Szarpnęła się gwałtownie, a serce jej drżało, ponieważ, pomimo innego języka, była w stanie rozpoznać mówiącego. Chociaż jeszcze nie miała co to tego całkowitej pewności. Światło było tutaj bardzo słabe, jak tego można się było spodziewać po takim klubie. No, ale serwowali tu jedne z najlepszych drinków w mieście. Podobno. Spróbowała rozeznać się w pomieszczeniu, jednak słabo jej do szło. No to się wpakowała.
   — Ummmm... No siema Maksimianie Grigoriju? Czy jak tam powinnam powiedzieć? Nie znam się na tych waszych obyczajach no. Nie moja wina, no. — Zrobiła dziwną minę, a potem wzruszyła ramionami, przepraszając za swój brak wiedzy. — Kiedyś to nadrobię, daję słowo.
   — Czy ona tak cały czas? — Maksimian Grigorij zwrócił się do swoich podwładnych, podchodząc bliżej. — Faktycznie, wkurzająca jest.
   Kucnął przed nią, biorąc jej brodę między palce. Obracał jej głowę, jakby był to towar na sprzedaż. Incedia zacisnęła zęby, żeby nie pisnąć ani słowa. Już wiedziała, dlaczego głos wydawał jej się taki znajomy. To nie był żaden Iwanow.
   — No, no, no. Całkiem ładna buzieńka. Co tutaj robisz? — Gestem dał znać, by ochroniarze nieco się cofnęli. Najwyraźniej nie chciał, żeby słyszeli jego słowa. Dziewczyna zaśmiała się w duchu. Cóż za ironia losu.
   — Tak tylko przechodziłam i pomyślałam, że odwiedzę starego kumpla. Stęskniłeś się za mną, Ramon? — Zmrużyła oczy, uważnie mu się przypatrując. Taksowała go wzrokiem, szukając jakiejkolwiek reakcji na zdemaskowanie. Rozczarowała się jednak. Albo był tak świetnym aktorem, albo spotkała jego brata bliźniaka. — To tylko jedno pytanie.
   Napięła mięśnie rąk, chcąc się od niego odsunąć. Nie podobała jej się ta cała sytuacja, bo zamiast odpowiedzieć, przyglądał się jej uparcie, jakby zastanawiał się, co z nią zrobić. W co ja się znowu wpakowałam? Nie, nie, nie, to jest koszmar, nie misja.
   — Pytanie, tak? — mruknął, powtarzając machinalnie. Wstał, otrzepując ręce; dziwne było, że zupełnie nie zareagował na nazwanie go innym nazwiskiem. Incedia zmarszczyła brwi. Coś tutaj nie grało, ale nie wiedziała dokładnie co. Nagle Iwanow odwrócił się do niej z powrotem. — Słuchaj, Inecia? Idefia? Idefix?
   — Incedia. Mówi. Się. Incedia. — Gdyby mogła, w tej chwili oberwałby od niej z liścia. Jedyną przeszkodą były przywiązane ręce.
   — Mniejsza. — Machnął ręką. — Chodzi mi o to, że nie ty tutaj, Inecia, jesteś od zadawania pytań. Nawet sobie nie wyobrażaj, że na moim terenie możesz chodzić i pytać, o co popadnie. Oj nie. Są zasady. A ty właśnie złamałaś najważniejszą z nich: nie wchodź tam, gdzie nie powinnaś.
   Po części dziewczyna cieszyła się w duszy. Udało się go jakoś zagadać, nawet nie wiedziała jakim cudem, więc miała więcej czasu na opracowanie planu ucieczki. Analizowała wszystko gorączkowo. Trzech na jednego, kurczę, to cholernie nie fair. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że Ramon również był uzbrojony, nie wspominając o obstawie, która na pewno ukrywała nieco więcej niż jeden pistolet. Wydawało się, że jest na straconej pozycji.
   — Ummm? Mayleen? To już nie jest zabawne! — rzuciła, mając nadzieję, że komunikator jakimś magicznym sposobem zadziała. Szarpnęła się mocno, próbując oswobodzić ręce, jednak lina trzymała mocno. Mężczyzna stanął nad nią, a ona zorientowała się, że tylko ramiona ma przywiązane. Nie wiedziała, czy przypadkowo, czy też celowo zapomnieli ją całkowicie unieruchomić, jednak perfidnie to wykorzystała, kopiąc nieprzygotowanego mężczyznę. — Dobra, to już jest zabawne. Nawet bardzo zabawne — rzuciła, gapiąc się przez sekundę na tego, który kazał ją uwięzić.
   Nie mogła tak jednak trwać na zawsze, bo gdy efekt zaskoczenia minie, będzie miała przechlapane. Wykorzystując siłę impetu i swoje umiejętności byłej gimnastyczki, wybiła się i zrobiła salto, pociągając za sobą krzesło, które przyjęło na siebie pierwszą kulkę. Trzasnęła nim o ziemię, by je rozłamać. Okazało się niestety zbyt wytrzymałe. Padła więc na podłogę i niezdarnie się przeturlała, w ostatniej chwili unikając strzałów od ochrony. Jej zraniona łydka zaprotestowała bólem. Incedia z żalem pomyślała, że ledwo jako tako zaczęła się goić, a już na nowo nieuważnie otwarła rozcięcie na nodze.
   — Aż tak się wam nie podobała rozmowa? Trzeba było powiedzieć, a nie zaraz strzelać — zaczęła mówić, jednak zaraz poniechała tego pomysłu, gdy w jej polu widzenia pojawił się but. Zerknęła w górę, dostrzegając wymierzoną w jej głowę lufę pistoletu, a za nią wykrzywioną w furii i bólu twarz Iwanowa. Metaliczny dźwięk odbezpieczenia broni aż poniósł się echem po pomieszczeniu.
   Czyli tym razem na serio schrzaniłam. Nie no, świetnie. Kolejna misja, kolejna porażka, pomyślała i zamknęła oczy. Nie wiedziała jak, ale wyraźnie usłyszała naciśnięty spust i wystrzał. Skuliła się, czekając, aż kula przeniknie jej ciało, jednak nic takiego nie nastąpiło.
   Otworzyła powoli oczy, przez chwilę nie wiedząc, co się dzieje. Magicznym sposobem czas się zatrzymał, pozostawiając wszystko bez ruchu. Celującego w nią Maksimiana, kulę tnąca powietrze, by niedługo trafić w cel. Z tyłu ochroniarzy trzymających broń, gotowych do interwencji. W lichym świetle była w stanie policzyć wszystkie drobinki kurzu unoszące się w powietrzu. Ze zdumienia aż otworzyła usta.
   Nagle całe zaplecze zaczęło znikać, zastępowane przez dużą salę, pełną rozmaitych paneli i urządzeń. Zamrugała kilkakrotnie, potrząsając jednocześnie głową. Zastanawiała się przez chwilę, jakim cudem to wszystko się stało. Zaczęła się podnosić, wciąż nieco skołowana. Powoli sobie wszystko przypominała, nie tylko przegraną przed chwilą misję, ale też to, co było przed nią. Wszystkie instrukcje, zalecenia, a także ostrzeżenia o realności misji. Tamta rzeczywistość wciąż mieszała się z aktualnym życiem, a to wszystko było takie realne. Naprawdę myślała, że zepsuła poprzednie zadania. Naprawdę uwierzyła, że musi wyciągnąć informacje od Maksimiana.
   Swój wzrok skierowała w stronę pomieszczenia kontrolnego, gdzie siedzieli kierujący zadaniem. Pierwszą osobą, na którą natrafiła, była Mayleen. Zmarszczone brwi oraz zacięta mina wskazywały, że nie była zadowolona, a przynajmniej zbytnio szczęśliwa. Pisała coś zawzięcie, aż loki na jej głowie podskakiwały. Zapewne sporządzała raport ze szkolenia. Spostrzegła w końcu, że jest obserwowana przez Incedię. Nacisnęła jakiś guzik, wciąż pracując nad dokumentem. Założyła za ucho niesforny kosmyk ciemnych włosów. Nagle słuchawka w uchu agentki ożyła.
   — Symulacja 3428kd76 zakończona. Pozwól do mnie na rozmowę, Lauro.
   Dziewczyna skinęła głową, zachowując spokojną twarz, zaś w środku zaniepokoiła się służbowym tonem Mayleen. Rzadko kiedy zwracała się do niej aż tak formalnie.
   Okej, czyli schrzaniłam jeszcze gorzej, niż to możliwe. No spoko.
~*~
   Gdy tylko wylądowali, Oneji wyszedł ze statku, nie odzywając się nawet słowem do podążającej za nim Izis. Od kiedy Rada się skończyła, uparcie milczał. Księżniczka obejrzała się jeszcze na pojazd, którego silniki rakietowe dopiero zaczęły zwalniać obroty, a już wokół niego biegała zgraja ludzi, sprawdzając, czy wszystko z nim w porządku. Co chwilę ktoś ze służby wynosił prowiant i wszelkie rzeczy potrzebne teraz w pałacu. Wśród służących księżniczka wypatrzyła Sekiny, która radośnie dyskutowała z młodszą od niej kobietą. Dla nich to był kolejny zwyczajny dzień. Musiała zmrużyć oczy, gdyż metalowa obudowa lśniła w świetle dnia. Od zawsze chciała chociaż raz pilotować jednego z Yesiqetrum, jednak nigdy nie miała ku temu sposobności. Za każdym razem, gdy wybierali się na inną planetę, statek prowadzili wykwalifikowani piloci, nie dając szansy, by księżniczka mogła się wykazać.
   Izis uwielbiała ten smukły statek. Dawał jej poczucie wolności i przedsmak oczekującej na nią przygody. Nie wiedziała czemu, ale kiedy startował i lądował, zapierał dech w piersiach. Może to przez silniki? Albo przez ciemnoniebieski kolor, który odcinał się na tle flot innych planet. Do tego na bokach miał wymalowany herb ich dynastii – cztery kryształy, trzy większe rozchodzące się jak wachlarz, przytrzymywane w ładzie przez najmniejszy. Nad nimi widniała prosta korona, od której odchodziły wstążki, oplatające całość po bokach. W skrzydłach zaś były silniki ze śmigłami, które używano przy lądowaniu.
   — Wasza wysokość. — Skłonił się Kolen, dotykając lewego ramienia wyprostowanymi dwoma palcami prawej ręki, podchodząc do niej. Księżniczka zauważyła, że bandaż na głowie nieco mu się przekrzywił, jednak najwidoczniej nie przejmował się tym, zaaferowany czymś. Czyżby już usłyszał o mojej niesubordynacji?, zapytała siebie w myślach. — Jak wypadła Rada?
   Czyli jednak nie. Najwyraźniej ojciec chce najpierw przedyskutować tę kwestię z matką. Izis przygryzła wargę, nie za bardzo mając ochotę mu odpowiadać. Uparcie wpatrywała się w maszynę, rozważając wszelkie za i przeciw. To powinno pozostać tajemnicą, że o mały włos, a przez nią rozpętałaby się wojna. Chociaż nie do końca wiadomo było, czy tak się ta cała sytuacja nie skończy. W końcu oskarżyła nie byle kogo.
   — Dobrze — odpowiedziała ze spokojem, gdy już podjęła decyzję. W tej chwili kłamstwo było najlepszym rozwiązaniem.
   Kolen tylko mruknął coś, a Izis odwróciła się, podążając do pałacu. Odetchnęła głęboko, myśląc, że dobrze być znowu w domu. Inne planety były tak różnorodne, jednak ona wolała błyszczącą kryształami Sakirię. Szła wśród roślin i skał, wdychając różnorodne zapachy. Gałązki uginały się pod ciężarem tylu rodzajów owoców, że nawet ona nie rozpoznawała wszystkich, a znała tak wiele gatunków, że niektórzy zielarze mogliby się od niej uczyć. Tak przynajmniej powtarzała jej matka.
   W końcu przeszła do pałacu. Powitał ją chłód budowli, który był aż przyjemny po cieple panującym na zewnątrz. Odwróciła się gwałtownie, kiedy usłyszała za sobą kroki, jednak uspokoiła się zaraz, gdy okazało się, że to major. Czasem zachowywał się, jakby był jej prywatną ochroną, co chwilę sprawdzając, czy nic jej nie grozi. Wielu uważało to za urocze, jednak Izis po czasie zmęczyła taka nadgorliwość.
   Dwaj wysocy strażnicy otworzyli przed nią drzwi prowadzące do skrzydła, gdzie znajdowała się jej komnata. Wcześniej jednak postanowiła zajrzeć do rodziców, zanim zdecydują się po nią posłać. Lepiej stawić czoło gniewowi teraz niż później. Skierowała się do ich sypialni, jednak gdy tam ich nie zastała, zdecydowała skierować się do sali narad. Kolen szedł w milczeniu u jej boku.
   — Pani... — odezwał się w końcu po odchrząknięciu i zrównał się z nią. Izis spojrzała na niego pytająco, nie przestając iść. Musiała lekko zadrzeć głowę, gdyż chłopak był od niej wyższy. Na miękkim dywanie prawie nie było słychać dźwięku ich kroków. — Tyle się ostatnio wydarzyło, że nie zdążyłem ci podziękować za uratowanie życia.
   Izis ścisnęło się boleśnie serce. To prawda, gdyby nie ona, Nislen już dawno byłby w Jnabhy, gdzie stanąłby przed samym Ponsiuenem, czekając na Wieczne Ocalenie. Z drugiej strony pewnie niedługo się tam znajdzie z jej winy, bo, gdy wybuchnie konflikt, będzie musiał walczyć za Sakirię. A mimo wszystko, nawet jeśli zginie w boju, to niełatwo będzie mu odnaleźć wieczne szczęście. Nie jestem tą osobą, za którą mnie uważa.
   — Kol... Majorze, nie musisz dziękować — Zaczęła sztywno, zatrzymując się. Nislen po sekundzie również to zrobił, stając blisko niej. Po raz kolejny postanowiła grać. Udawać głównie przez samą sobą, że wszystko jest w porządku. Chciała coś jeszcze dodać, jednak nie za bardzo wiedziała co. W ciemnych oczach Kolena ujrzała pewnego rodzaju nadzieję. — M... Muszę iść. Ojciec zapewne czeka na mnie.
   Odwróciła się gwałtownie, będąc wdzięczną, że na jej ciemnej karnacji nie było aż tak widać rumieńców. Nienawidziła okłamywać innych, zwłaszcza majora, jednak nie miała innego wyjścia. Szła szybkim krokiem, jedną ręką podtrzymując granatowy dół sukni. Najwyraźniej długo podziwiała Yesiqetrum, gdyż nigdzie na korytarzach nie spotkała króla, za to przed kłaniającą się jej służbą musiała udawać, że wszystko jest w porządku.
   Przed rzeźbionymi drzwiami zatrzymała się na chwilę, niepewna, czy powinna wchodzić. Zamrugała parę razy, wygładziła strój i popchnęła oba skrzydła. Wiedziała, że nie trwało żadne posiedzenie, w przeciwnym razie pomieszczenie byłoby pilnowane. Przed nią stał długi, prostokątny stół z ciemnego kryształu, jak w sumie większość mebli na tej planecie. Na Sakirii nie używało się drewna, a jeśli już, to były to pojedyncze przypadki u zamożniejszych rodów. Tylko dwa krzesła były zajęte i, jak się tego spodziewała, siedzieli na nich jej rodzice. Za nimi leżały zwinięte stare mapy, teraz już niepotrzebne.
   Beulne uniosła wzrok znad relacji z przebiegu Rady. Miała zaniepokojoną minę, przez którą wydawała się starsza, niż w rzeczywistości. Izis przełknęła ślinę, ale dygnęła, jak nakazywała etykieta. Oneji wstał i zaczął się przechadzać pod oknami. Nadal nie odezwał się ani słowem do córki, co znaczyło, że jest na nią wściekły.
   — Usiądź, skarbie — odezwała się królowa; jej głos wyprany był z wszelakich emocji. Dotkliwie brakowało w nim tych radosnych tonów, tak dla niej charakterystycznych. Izis odczuła to szczególnie mocno, wciąż obarczając się winą. Przecież nie chciała! Ale słowa same wyszły z jej ust, wbrew jej woli.
   — Matko, ja... Wiem, jak to wygląda — zaczęła, gdy tylko zajęła miejsce. Splotła palce, kładąc dłonie na blacie. Nie wiedziała co powiedzieć, jak wytłumaczyć to uczucie, które narastało w niej podczas przemowy Sorun. Ani ujrzanej reakcji Styrie.
   — Spokojnie, Izis. Po prostu powiedz, jak to wyglądało... — Przerwało jej prychnięcie króla. Beulne spojrzała na niego z naganą, jednocześnie jakby rozumiejąc jego odczucia. — Nie przejmuj się ojcem. Sama wiesz, jaka sytuacja jest delikatna.
   — Po prostu... — Izis odetchnęła głęboko. Spodziewała się o wiele większej reprymendy, a tymczasem jej rodzice byli tacy... spokojni. Zbyt spokojni jak na ostatnie wydarzenia. — Kiedy reogis przemawiała, coś wzbudziło we mnie gniew. To nie było zwykłe uczucie, tylko coś więcej. Jakby... gdybym nic nie powiedziała, to by mnie zabiło. Jakby ktoś podsycał mój gniew. A po wszystkim jeszcze Styrie...
   — Dość. — Oneji odwrócił się do niej gwałtownie. — Najpierw głośno oskarżasz Tenebris, a później mówisz, jakoby ktoś cię podżegał do tego?
   — Właśnie to mówię. I to nie byle kto, ale sama Alifie Mirage.
   — Alifie? Alifie była na Radzie? A nie Aseris? — upewniała się matka Izis, patrząc to na jedno, to na drugie. Stukała niespokojnie palcami o blat, zastanawiając się nad czymś intensywnie. Zmrużyła fiołkowe oczy, jakby próbowała przejrzeć wydarzenia. — Izis, słońce, przecież Alifie nie włada magią umysłów. Bardziej stawiałabym na Aseris, ale skoro jej tam nie było...
   — Co dodatkowo jest dziwne. Dlaczego ja wcześniej nie zwróciłem na to uwagi? — Oneji uderzył się otwartą dłonią w czoło, a potem mruknął pod nosem coś o tym, że powinien się ogolić. — Przecież młodsza Styrie nie przejmie tronu. Ale gdzie jest w takim razie jej siostra?
   — Może nie chciała, byśmy ją rozpoznali? — podsunęła Izis, prostując się. Teraz to wszystko zaczęło nabierać sensu. — Złodziejkę otaczała szczególna aura magii. Po niej można ją łatwo rozpoznać. Jeśli jest nią Aseris, to będąc na Radzie, tylko by się naraziła...
   — Hola, hola, hola. Nie zapędzaj się aż tak daleko, młoda damo. — Beulne uniosła smukłą dłoń ozdobioną pierścieniami. — Skąd pewność, że to ona? Nie sądzisz, że to troszkę zbyt oczywiste?
   — Może trochę, matko. Ale udowodnię to, będę w stanie.
   — Izis. Nie bierz na siebie zadania ponad siły. — Oneji opadł na krzesło obok królowej i wziął ją za rękę. Zaś palcem wskazującym drugiej ręki celował w swoją córkę. — Nie powiedzieliśmy o kradzieży Kryształu Soldenu celowo. Chociaż... Niech stracę. Masz dwadzieścia pięć Helisów na odnalezienie go i udowodnienie, że za tym wszystkim stoi Tenebris. Nie wiem, jak długo uda mi się negocjować i na jak długo uspokoić Sorun, więc nie zwlekaj.
   Izis zamrugała, zdumiona. Zerwała się z miejsca i otworzyła usta. Znaczyło to tyle, że ojciec jej wierzył, że naprawdę za tym wszystkim mógł stać Tenebris. Wciąż w szoku, podbiegła do rodziców i uścisnęła ich mocno, szepcząc podziękowania.
   — Nie dziękuj przedwcześnie — upomniała ją matka. — Nie wiesz, w co się pakujesz. Tylko bądź ostrożna, a teraz ruszaj.
   Dziewczyna skłoniła się im jeszcze raz i, wciąż nie wierząc w to, co się stało, wybiegła wręcz z sali. Na odchodnym krzyknęła, że nie zawiedzie ich. A przede wszystkim nie zawiedzie Sakirii.
   — Naprawdę myślisz, że to dobry pomysł? — Białowłosa królowa zwróciła się do Onejiego, gdy tylko Izis nie mogła ich już usłyszeć. — Nie pogorszymy tym wszystkim sytuacji?
   — Nie mamy innego wyjścia, a ona ma szansę. Nie tylko na znalezienie Kryształu, ale udowodnienie, że nadaje się na królową. Nasza córka jest strasznie młoda mimo wszystko. Potrzebuje doświadczenia. A sama wiesz, że wojna z Tenebrisem jest nieunikniona.
   Kobieta spuściła wzrok, bawiąc się zawieszką złotej bransoletki.
   — Niech bogowie mają ją w opiece. Nie, niech nas wszystkich mają w opiece.
   ~*~
   Nie zdążyła nawet zmienić stroju, gdy Mayleen powiodła ją korytarzami bazy WOfAC. Mijani agenci i pracownicy patrzyli na nią kątem oka, jakby zastanawiali się, czy nie pomyliła przypadkiem budynków. Laura za każdym razem przewracała oczami, z których zdążyła już pozbyć się soczewek. Siedziba była wyjątkowo duża, jednak zdawało się, że Mayleen zna wszystkie korytarze na pamięć. Wkrótce znalazły się w jej tymczasowym biurze.
   Starsza natychmiast skierowała się do biurka, gestem zapraszając nastolatkę, by usiadła. Ta jednak najpierw podeszła do okna, by z pomocą odbicia w szybie pozbyć się blond peruki. Już po chwili jej uwolnione włosy mogły opaść falą na plecy. Laura zamrugała kilkakrotnie, jakby zastanawiała się, kim jest osoba przed nią. Dotknęła lekko zadartego nosa, chcąc się upewnić, czy to naprawdę ona. Później delikatnie przesunęła po trzech piegach pod prawym okiem.
   — Co to miało być? — Mayleen rzuciła jakimiś papierami o biurko, a dziewczyna odwróciła się gwałtownie, marszcząc brwi.
   — Ale co? Tylko upewniałam się, że soczewki nie podrażniły mi oczu.
   — Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi. — Mayleen urwała, odchylając się na fotelu. Westchnęła głęboko, a jej rozmówczyni skrzyżowała ręce na piersi. — Chodzi mi o symulację. Co to było?
   — Nie wyszło mi. — Dziewczyna wzruszyła ramionami, po czym dmuchnęła na kosmyk, który plątał jej się po twarzy. — Nie zawsze wszystko musi być perfekcyjne. Najwyraźniej walka to nie moja mocna strona. Sorry not sorry, takie życie.
   — Nie gadaj mi tu głupot. Widywałam akcje, jak byłaś w stanie skopać ludiom tyłki i nawet się nie przemęczyłaś. Co jak co, ale aktorką jesteś dobrą.
   Laura w końcu stanęła przed biurkiem, jednak wciąż nie siadała. Dopiero spojrzenie Mayleen ją do tego przekonało. Była w nim pewna władza, a lodowe tęczówki sprawiły, że przeszedł ją dreszcz. Skrzywiła się, ale tym razem wykonała polecenie, prychając lekko.
   — Aktorka ze mnie marna. Naprawdę, nie wyszło mi! Ile razy jeszcze mam mówić?
   — Szczerze wątpię. — Agentka pstryknęła jakiś przełącznik i nad blatem pojawiły się sceny z symulacji oraz parę innych z udziałem nastolatki. File data: Kowalska, Laura, głosił napis w górnym rogu. Laura przełknęła ślinę. — Po prostu sobie odpuściłaś albo stwierdziłaś, że nie chcesz, byśmy za wiele wiedzieli.
   — Wcale nie! Zresztą, rozkojarzyłaś mnie! — Laura wycelowała palcem w Mayleen, która uniosła brwi, jakby mówiła: "No dajesz". Nastolatka przez chwilę się zawahała, lecz po chwili dalej kontynuowała, nie przejmując się, że zwracała się do agentki. — Ramon Iwanowem? Toż to chwyt poniżej pasa.
   — Ale przywalenie mu poprawiło ci humor, nie? Co jeszcze było nie tak?
   — No może troszkę — mruknęła Laura w odpowiedzi. Na następne pytanie zastanowiła się. Ucisnęła palcami nasadę nosa, naśladując Martę. Ona zawsze tak robiła, kiedy nad czymś myślała, lub zrezygnowana słuchała szalonych pomysłów przyjaciółki. Potem pomasowała kciukiem i palcem wskazującym skronie. — Co było nie tak? Um... Chyba to, że ochroniarze nie wyjęli na początku broni, że po prostu mnie prowadzili.
   — Nie do końca, ale kontynuuj, potem ci wyjaśnię wszystko.
   Gestem dała znać, by kontynuowała wyliczankę. Szatynka na chwilę się speszyła, jednak podjęła wypowiedź.
   — Przede wszystkim nie zasłonili mi oczu. Cholera! Widziałam całą drogę, wiedziałam, którędy mogę uciec, jak już się oswobodzę. Matthew-Maksimian podszedł za blisko, a te dwa cioły nie związały mi nóg. I jakoś tak niemrawo reagowali. A przede wszystkim niecelnie strzelali. A to krzesło nie powinno zatrzymać wszystkich kul! Matko, Mayleen, słabo, za dużo dziur fabularnych mi tu tworzysz.
   — Najs! I ty twierdzisz, że ci nie wyszło? To była twoja pierwsza symulacja, Incedio, a zauważyłaś niezgodności z rzeczywistością. Swoją drogą, dlaczego Ogień? — Tym razem starsza wzruszyła ramionami, a Laura skrzywiła się. Zdawało się, że specjalnie zadała pytanie odnośnie celowości wyboru przybranego imienia. — Musisz się jakoś wykazać. I ogarnąć, że nie wszystko wygląda, jak w filmie.
   Umilkła, nie wiedząc, co jeszcze może przekazać koleżance. Laura zaś spuściła wzrok, myśląc nad tym, czy pakowanie się we współpracę z tą organizacją to był taki świetny pomysł. Przygryzła wargę i w końcu nie wytrzymała, zmieniając nieco temat.
   — Po co to wszystko? Wykonam zadanie i pewnie już nigdy się nie zobaczymy. Na co mi to całe szkolenie? Żebym na przerwach skopała tyłki tym, co się na mnie uwzięli? Ciekawe będę miała życie w poprawczaku, jak ich znokautuję, albo przypadkowo wylecą przez okno, bo będą chcieli się nauczyć latać.
   — Będziesz uczyła ludzi latać? Niech zgadnę, próbną lekcję przeprowadzisz z Matthewem?
   — Tak! Czytasz mi w myślach! — Wyszczerzyła się do niej, a Mayleen zaśmiała się. — No co? Opłaci się i to jeszcze jak!
   Kobieta, wciąż się śmiejąc, otworzyła jedną z szuflad biurka, wyjmując z niej skórzane etui. Pogładziła je palcem, jakby wspominając dawne czasy, kiedy po raz pierwszy wkroczyła do bazy jako pełnoprawna agentka. Wydawało jej się to teraz tak bardzo odległe. Spojrzała na Laurę; przypominała jej samą siebie. Mimo wszystko pełną energii i możliwości. Położyła etui przed nastolatką, a sama wstała, wcześniej wcisnąwszy przycisk interkomu.
   — Poproście Yvonne, żeby się do mnie zgłosiła. A, i niech weźmie ze sobą L1P7-C.
   Laura uniosła brew, jednak nic nie powiedziała. Mayleen przeszła się pod okno, gestem dając znać, by nastolatka została na miejscu. Ta jednak uznała, że nikt nie będzie jej rozkazywał. Ostatni raz rzuciła okiem na przedmiot i podbiegła do kobiety, omal nie witając się z podłogą, gdyż zapomniała, że wciąż ma krótką spódniczkę i koturny. Obserwowały tak w milczeniu okolicę, gdy drzwi się otwarły i do środka wpadła niska blondyneczka w białym fartuchu. W rękach trzymała jakąś czarną tkaninę, a twarz miała zaczerwienioną. Wyglądała, jakby przed chwilą przebiegła przynajmniej maraton.
   — GRATULACJE! — krzyknęła wysokim głosikiem już od samego progu. — Tak się cieszę, Laura! Rany, nawet nie wiesz. Od początku przeczuwałam. Graty, graty, graty, młoda!
Mayleen spojrzała z niepewną minę na dziewczynę obok, która była w kompletnym szoku, nie wiedząc, co się tutaj wyprawia. Owszem, przyzwyczaiła się do gadatliwej Yvonne, jednak nie miała pojęcia, czego ona jej tak gratulowała. Nie zdążyła pomyśleć nic więcej, zmiażdżona w uścisku kobiety. Jak na swój wzrost, była zaskakująco silna.
   — Nie... mogę... oddychać... — wysapała w końcu z trudem, na to tamta ją puściła.
   — Wybacz, po prostu, no. Sama wiesz, no. — Każdemu słowu towarzyszył gwałtowny gest. Dziwne było, że żaden z trzymanych materiałów nie wylądował jeszcze na posadzce. — Tak się cieszę.
   — Ale zdajesz sobie sprawę, że ona jeszcze nic nie wie? — Na twarzy Mayleen zagościł uśmieszek wyższości. Odgarnęła ciemne loki do tyłu, odsłaniając przy okazji jasną bliznę u podstawy czaszki. — Właśnie miałam jej o tym powiedzieć.
   — Halooo? Ja też tu jestem!
   Laura zamachała rękami, wkraczając między dwie kobiety. Tak, jak na co dzień obie je uwielbiała, tak w tym momencie miała ochotę nauczyć je latać. Nienawidziła traktowania jej, jakby była niewidzialna. Ot, takie spaczenie zawodowe, które swój początek miało, kiedy była w gimnazjum.
   — No dobra. Weź etui z biurka. Teoretycznie, to dyrektor powinien ci wręczyć, ale to zajęty człowiek, więc... No.
   Kowalska nie czekała, aż dziewczyna dokończy, tylko od razu pomknęła do mebla. Chwyciła wspomnianą rzecz i otworzyła ją. Aż otworzyła usta ze zdumienia, nie zwracając uwagi na to, że wciąż hologram wyświetlał sceny z jej symulacji. Pisnęła głośno, jakby spotkała samego Toma Hiddlestona, który w dodatku ją rozpoznał. Mayleen zakryła sobie uszy, ale uśmiechała się, tak samo, jak Yvonne.
   — Zostałam agentką?! Naprawdę?
   — Nie, w żartach. — Nie mogła darować sobie pani naukowiec. — Oczywiście! Chodź no tu, aaa! Czyli co, robimy razem tę broń?
   — Na wypadek niezapowiedzianych kartkówek? Zawsze!
   Laura prawie zaczęła tańczyć. Czyli od teraz mogła oficjalnie rozwalać rzeczy i uderzyć kogoś, jak jej podpadnie. Zatarła ręce, patrząc na zupełnie nową odznakę. Gdzieś z tyłu głowy błąkało jej się pytanie, czy aby im coś się nie pomyliło, że przyjęli tak młodą osobę, jednak szybko zapomniała o wątpliwościach, gdy Yvonne po raz kolejny uwiesiła jej się na szyi. Niedużo starsza kobieta cieszyła się chyba tak mocno, jak nastolatka.
   — Tylko pamiętaj, jesteś agentką w terenie. Nie możesz pokazywać odznaki każdej napotkanej osobie — pouczyła ją Mayleen, poważniejąc już. — Teraz to już nie przelewki. Sama widzisz, temu to całe szkolenie.
   — Mayleen! Nie jestem dzieckiem! Oczywiście, że nie będę pokazywała tego każdej osobie. Tylko co trzeciej. No, może co drugiej.
   — Śmiej się, śmiej. Mamma mia! Prawie zapomniałam! — Yvonne uderzyła się dłonią w czoło. Pokazała Laurze trzymane rzeczy. — Masz, to dla ciebie.
   Wręczyła jej do rąk elastyczny materiał.
   — Chyba moje najlepsze dzieło — rzekła z dumą, ale gdy Mayleen ją szturchnęła, dodała szybko — Okej, okej, nasze dzieło. Tak, to po to cię ostatnio mierzyłam, nie musisz dziękować. No, ja już lecę. Zostawiłam probówkę na gazie. Szef mnie zabije, jak wysadzę to miejsce.
   Ostatnie słowa rzucała już zza drzwi. Szatynka rzuciła przerażone spojrzenie drugiej z kobiet, która machnęła lekceważąco ręką. Laura wzruszyła więc ramionami i rozwinęła materiał. Jej oczom ukazał się czarny jakby sportowy strój. Pisnęła znowu, uświadomiwszy sobie, że to kostium agentki, na misje w terenie. Wiele lepszy niż garnitur Ramona. Był podobnego kroju jak ten, który miała Mayleen. Na początku nie była pewna, czy po zakończeniu poszukiwań będzie mogła wrócić do normalnego życia. Teraz jednak była pewna, że tak się nie stanie.
   I nawet się z tego cieszyła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz